Dmuchaliście w kartridże? To nie miało zupełnie sensu!

kartridże
PG Exclusive Publicystyka Retro

W dzisiejszych czasach niedziałająca gra może zostać naprawiona przez patch, aktualizację lub edycję niektórych plików. Ostatecznie pomóc może reinstalacja lub reset, ale na tym nasze możliwości się kończą. Kiedyś sposobem na problemy z grą było dmuchanie w kartridże. Strumień powietrza miał poprawić działanie styków i samej gry, o czym na pewno pamiętają posiadacze Pegasusa. W rzeczywistości metoda ta mogła jedynie nam zaszkodzić i nie miała zupełnie sensu!

Kartridże zamiast płyt, plastik zamiast… a nie, czekaj

Nikogo nie zdziwię gdy przyznam, że kiedyś gaming w domowym wydaniu wyglądał zgoła inaczej, niż obecnie. Ba, samo słowo “domowy” jest trochę nietrafione, bo część z nas doskonale pamięta wyprawy do salonów gier i tracone w ten sposób kilogramy monet. Wszystko po to, aby rozegrać kolejną partyjkę w ulubioną bijatykę, grę wyścigową czy strzelankę. No tak, wszystko to wyglądało inaczej również wtedy, gdy wracało się do domu. Bo na co mogły liczyć dzieciaki, których okres młodości przypadał na rozwój pierwszych konsol domowych?

W Polsce opcji nie było zbyt wiele, ale prawdziwy boom na gry wideo nad Wisłą odbył się za sprawą konsol Pegasus. Nie było mowy o autorskim sprzęcie Nintendo czy Segi, gdyż popularna konsola “z bazaru” stanowiła jedynie podróbkę japońskiego Famicoma. Pojawiła się w Polsce w 1991 roku i wprowadziła rodzimych zapaleńców w świat 8-bitowej grafiki, tysięcy wariacji na temat Mario i innych klasyków, które gracze choćby na zachodzie dobrze już znali. Bycie gamerem nie było jednak wówczas proste — nawet gdy wspomniana konsola znajdowała się w finansowym zasięgu polskich rodzin.

Kartridże - niegdyś stały element kolekcji
Kartridże – niegdyś stały element kolekcji

Problemów było całkiem sporo, a z pewnością należał do nich stan techniczny konsol i oferowanych gier na charakterystycznych nośnikach. Kartridże działały całkiem prosto i równie prosto można było spotkać się z sytuacją, w której ulubiona gra nie chciała działać. Co można było wówczas zrobić? W czasach, gdy aktualizacje i patche były niedostępne, człowiek uciekał się do bardziej bezpośrednich rozwiązań.

Jak naprawić kartridż? Na pewno inaczej, niż myślisz

Jednym z najczęstszych problemów z Pegasusem było to, że po załadowaniu kartridża do konsoli gra nie działała poprawnie. Problemy z konsolą mogły objawiać się w różny sposób, czasami na ekranie telewizora wyświetlały się różne artefakty graficzne, innym razem menu było nieresponsywne i niczego nie dało się zrobić. Najczęściej gra po prostu nie działała, to znaczy nie ładowała się — zupełnie tak, jakby kartridż był pusty lub w ogóle nie został włożony do środka. Co robiliśmy w takiej sytuacji? Najpewniej usłyszę w tym momencie chóralne “dmuchamy!” – i tak też się właśnie działo.

Kartridże były przez nas naprawiane iście po macoszemu, czyli poprzez wydmuchiwanie strumienia powietrza w okolicę styków. Teoretycznie dało się to sensownie wytłumaczyć. Plastikowe pudełka z grami często walały się na podłodze i innych zakamarkach pokoju, zbierając przy tym kurz i zabrudzenia. To oczywiste, że do ich wnętrza mogły dostać się pyły i drobiny, które negatywnie wpływały na pracę styków i elektroniki po włożeniu do konsoli. Podmuch powietrza miał je wyczyścić, pozbywając się niechcianych elementów.

W rzeczywistości jednak popełnialiśmy ogromny błąd, narażając się na uszkodzenie kartridża. Wszystko przez wilgoć, która była wydmuchiwana razem z powietrzem. Nie trzeba być inżynierem, aby wiedzieć, że metalowe elementy i przewody elektryczne wraz z wilgocią nie tworzą dobrego połączenia. Po czasie mogło dochodzić do korozji i faktycznego uszkodzenia gry. A wszystko przez nasze dziecięce próby “naprawiania” naszego growego pudełka. Kto by pomyślał?

Jasne, takie wytłumaczenie jak najbardziej ma sens. Pojawia się jednak pewne pytanie. Skoro dmuchanie w kartridże tak naprawdę nie miało sensu ani pożytku, to… dlaczego to do diabła działało?!

Przegrałeś, ale misja się powiodła

Okazuje się, że w tym wypadku robiąc coś niewłaściwego, przy okazji podejmowaliśmy działanie jak najbardziej słuszne i pomocne. W rzeczy samej sam fakt dmuchania w kartridż nie niósł pozytywnych skutków, a wręcz przeciwnie, mogło to prowadzić do uszkodzenia styków. No ale właśnie za każdym razem, gdy decydowaliśmy się kartridże “przedmuchać”, to musieliśmy je wyjąć i dopiero po chwili wsadzić do konsoli z powrotem. A te działanie było pomocne, bo prowadziło do ponownego podłączenia styków w obydwu miejscach — na nośniku i w konsoli.

Umówmy się, plastikowe kartridże i wejścia w konsolach nie były zbyt precyzyjne — nie umywają się do nowoczesnych (acz delikatnych) sprzętów. Oznaczało to, że czasami wsadzona gra mogła “nie stykać”, czyli nie dochodziło do procesu odczytu danych z nośnika. Wyjęcie i ponowne wsadzenie można zatem przyrównać do resetu. Ten budził błędne wrażenie, że to podmuch świeżego powietrza prosto z płuc pomógł rozwiązać problem. A tak nie było.

Co się stało z kartridżami?

Mówi się, że lepsze jest wrogiem dobrego — ale nie w przypadku gier wideo. Ta branża ewoluuje i rozwija się jak szalona. Regularnie otrzymujemy jako gracze nowe rozwiązania, dzięki którym nasze doświadczenie jest lepsze, większe, bardziej zaawansowane i cokolwiek tylko jesteśmy tu w stanie dopisać. Tyczy się to nie tylko samych gier, ale i osprzętu czy konsol — kartridże się w tej kategorii również znajdują. O ile swego czasu były absolutnie wszędzie, tak dziś prawie ich nie ma — prawie, bo jest jeden wyjątek. Dlaczego zniknęły z rynku?

Był to efekt zwykłego postępu technologicznego. Plastikowe pojemniki na gry nie cechowały się niezawodnością, miały też marną pojemność. Zależnie od konsoli, mogły pozwolić na zapisanie 32 KB (Atari 2600) do nawet 9 megabajtów (jak miało to miejsce w przypadku SEGA Mega Drive). Z dzisiejszej perspektywy wartości te wydają się być śmieszne, ale nawet w latach 90. ubiegłego wieku przestały robić na kimkolwiek wrażenie. Ostatecznym ciosem dla tego nośnika okazała się płyta CD. Gdy Sony wpadło na pomysł zaopatrzenia PS1 w czytnik dysków o pojemności nawet 650 megabajtów, rynek gier wideo znacząco się zmienił. A dziś mowa już o wielu gigabajtach na płytach Blu-Ray.

Wcześniej napisałem, że kartridży “prawie” nie ma. Wszystko dlatego, że nadal istnieją urządzenia, dla których jest to domyślny nośnik danych. Mowa choćby o Nintendo Switch, czyli konsoli wydanej w 2017 roku. Wciąż ukazujące się gry są ładowane na plastikowym nośniku, który jest w stanie zmieścić 32 gigabajty danych. Sam w sobie jest malutki i znacząco różni się od pierwowzorów sprzed kilkudziesięciu lat. Ciekawe, czy Nintendo Switch 2 również będzie obsługiwał gry w tak charakterystycznym wydaniu…

Dawid Szafraniak
O autorze

Dawid Szafraniak

Redaktor
Pierwsze growe szlify zbierał jeszcze w erze PS1, aby później zapoznawać się z kolejnymi wcieleniami japońskiej konsoli, skosztować Xboksa i Switcha. Ostatecznie najbardziej lubi PC, a ostatnio nawet i granie w chmurze. Królują u niego FPS-y, gry akcji nieczęsto górujące nad filmami i tytuły wyścigowe, które podobno #nikogo. Święta Trójca gamingu? Pierwsze Modern Warfare, seria Mass Effect i Uncharted. Bez tego nic nie miałoby sensu. Poza grami lubi planować kolejne podróże i chwytać za aparat fotograficzny podczas meczów piłki nożnej.
Udostępnij:

Podobne artykuły

Zobacz wszystkie