Call of Duty z 2003 roku to prehistoria. Tak rozpoczęła się nowa era FPS-ów

Call of Duty
PG Exclusive Publicystyka

W czasach, gdy na topie był jeszcze Medal of Honor, pewna grupka profesjonalistów postanowiła stworzyć coś swojego zupełnie od nowa. Nikt nie przewidywał, że rodząca się marka stanie się jedną z najlepiej sprzedających się gier w historii branży. Pierwsza odsłona Call of Duty utorowała drogę tej niezwykłej serii raz na zawsze.

Każda legenda ma swój początek

Wspominanie na samym początku o serii Medal of Honor to duże ryzyko. Głównie przez to, że dziś marka ta jest od lat martwa, a ostatnia „duża” odsłona miała swoją premierę w 2012 roku. Swego czasu był to jednak gigant gatunku FPS, który pozwalał graczom w iście kinowy sposób przeżywać wydarzenia II Wojny Światowej. Nie wiem, czy część deweloperów przewidywała koniec marki, czy po prostu chcieli stworzyć coś swojego. W każdym razie to właśnie ta grupa zdecydowała, że „idzie na swoje”.

W ten sposób branża gier dowiedziała się o powstaniu nowego studia o nazwie Infinity Ward. Choć wtedy nie było to oczywiste, dziś łatwo można ocenić, że to właśnie słynna odsłona Medal of Honor: Allied Assault zmotywowała deweloperów to wzięcia sprawy w swoje ręce. Oto bowiem gracze zobaczyli piekło wojny z nowej perspektywy.

Słynna misja z lądowania w Normandii pokazała, jak naprawdę wyglądał konflikt — a przynajmniej był to obraz bardziej realistyczny, niż przedstawiany w wielu niemal superbohaterskich strzelankach. Nie heros, a szeregowy. Nie samodzielny, lecz wspólnie walczący z oddziałem, i to niekoniecznie o glorię i chwałę, lecz kolejne minuty życia. Gracze zakochali się w nowej wizji FPS-ów. Tym bardziej że II Wojna Światowa okazała się wprost idealnym okresem do osadzania tam swoich produkcji.

Stąd też pojawiła się decyzja o stworzeniu Call of Duty — nowej gry, która pozwalała wcielić się graczowi w żołnierza podczas największego konfliktu zbrojnego w historii ludzkości. Może i nie bezimiennego, lecz przeciętnego pechowca, którego ktoś wysłał na front. Jakie były szanse na powodzenie tej misji?

To samo, ale lepiej. Call of Duty wyznaczyło standard

Z pozoru pierwsze Call of Duty nie różniło się aż nadto od wspomnianego Allied Assault. Oto bowiem wkraczamy w sam środek wojennej zawieruchy, obserwujemy akcję z perspektywy pierwszej osoby i zwiedzamy różne lokacje, w których odbywały się działania wojenne. Skąd zatem dziś mowa o kultowej, wciąż silnej marce, podczas gdy Medal of Honor to seria coraz bardziej zapomniana? Diabeł tkwi w szczegółach.

Już pierwsze godziny z grą dawały nam do zrozumienia, że deweloperzy z Infinity Ward wiedzieli, na co się porywają. Uzbrojeni w masę doświadczeń z poprzedniej prace doskonale zdawali sobie sprawę z zalet poprzednich FPS-ów, jak również ich braków. Rozumieli również, że gracz, do którego chciano dotrzeć, się zmienił. To już nie był 1995 rok, gdy wizja jednoosobowej armii w stylu Duke Nukem czy Doom mogła wywrzeć na kimkolwiek wrażenie. Zresztą, w przedstawianym konflikcie nigdy o nic takiego nie chodziło.

Call of Duty
Kultowa postać, wtedy mało znana

Krótko po premierze jak i dziś gracze zwracali uwagę na zupełnie inną dynamikę tytułu w porównaniu do konkurencyjnej serii Medal of Honor. Call of Duty cechowało się idealnie skrojonym zestawem misji, w których nie brakowało wykonywania specjalnych zadań, polowania na wrogów, obrony pozycji, atakowania i wielu innych. Dodatkowo tempo nie zwalniało ani na chwilę — a nawet jeśli, to było to dobrze umotywowane danymi wydarzeniami. Tempo to chyba pierwszy czynnik składowy serii. Gra trzymała w przyjemnym napięciu od samego początku, regularnie serwując nam kolejne kęsy smacznego dania, jakim była przygoda dla jednego gracza.

Co ważne, w misjach nie chodziło o bohaterskie wyczyny jednego żołnierza. Za każdym razem w akcji brał udział oddział, czy nawet kompanie. To pokazywało tylko, że era samodzielnych herosów dobiegła końca.

Pierwsze Call of Duty to technologiczne zmiany

Nie tylko projekt gry sprawił, że pierwsza odsłona Call of Duty mogła być początkiem czegoś wielkiego. Pod kilkoma technicznymi względami gra sprawiła, że gatunek gier FPS… dorósł. Nasz żołnierz nie taszczył na plecach dziesiątek karabinów, piły łańcuchowej i miotacza płomieni — w podręcznym ekwipunku było miejsce na podstawowy karabin i broń krótką, ewentualnie zamienianą na znaleźny oręż przeciwnika. Z pukawek dało się też wreszcie celować — przez muszkę, a nie jedynie strzelając z biodra, co zresztą gra nam odradzała.

Niektóre misje wymagały pośpiechu

Towarzysze nie stanowili jedynie kukieł wałęsających się po polu bitwy, tylko mieli swoje konkretne zadania. Zdarzało się, że ich celny strzał mógł nam uratować skórę w sytuacji podbramkowej, a nasze działania pomagały sanitariuszom uratować rannych. Czuć było, że przedstawione pole bitwy pełne było zależności między graczem a postaciami sztucznej inteligencji.

Progres technologiczny był też widoczny w innych aspektach. Kule świstało ponad głowami, wybuchy granatów nie tylko raniły, ale i eliminowały naszą postać na krótką chwilę. Efekt rozmazanego wzroku, przytłumione dźwięki i wrzaski towarzyszy w oddali stanowiły zestaw nowoczesnych efektów specjalnych w strzelance. Dodajmy do tego sporo oskryptowanych scen i mokry sen fanów „Kompanii Braci” się spełni — czy właśnie w takie tony uderzali twórcy? Biorąc pod uwagę fenomen filmów wojennych, wiele na to wskazuje. Efekciarstwo, dynamiczna akcja, wizualny aspekt i satysfakcja ze strzelania to pakiet, który sprezentowali nam twórcy. Zrobili to chyba jako pierwsi w tak genialnym wcieleniu.

Najlepsza misja? Ta ze spadochroniarzem

Seria Call of Duty przyzwyczaiła nas do przeżywania nierzadko ekscytujących misji, które rozgrywają się na niemal całym świecie. W przypadku pierwszej odsłony serii również mieliśmy okazję wziąć udział w ciekawych zadaniach, jak również obserwować konflikt z różnych perspektyw. Która z 24 misji była jednak najlepsza?

Zdanie na ten temat każdy powinien wyrobić sobie samodzielnie, jednak według mnie na tytuł ten zasługuje zadanie „Ste. Mere Eglise” w kampanii amerykańskiej. Naszym głównym celem było zniszczenie niemieckiego działka przeciwlotniczego. Całość rozgrywała się w małym francuskim miasteczku. Klimatu dodawały nie tylko płonące budynki, ale i pora dnia, a w zasadzie nocy. Prawdziwą wisienką na torcie był jednak amerykański spadochroniarz, zwisający z kościelnej wieży.

Smaczek dla fanów historii

Pechowiec utknął tam podczas próby wylądowania na ziemi. Co w tym interesującego? Otóż było to nawiązanie do Johna Steele, prawdziwego żołnierza, który faktycznie utknął w ten sposób w Sainte-Mère-Église. Jego historia potoczyła się jednak inaczej, bo zdołał przeżyć wojnę. Świetnie, że twórcy zdecydowali się na dodanie takiego smaczku w grze.

Kapitan Price po raz pierwszy

Jedną z ciekawszych postaci w cyklu Call of Duty jest bezapelacyjnie Kapitan John Price, czyli istny bohater brytyjskich jednostek specjalnych. Co ciekawe, po raz pierwszy mogliśmy zobaczyć go właśnie w pierwszej odsłonie serii. Pojawia się zatem pytanie, jak to możliwe, skoro wydarzenia z II Wojny Światowej a czas akcji Modern Warfare dzieli około 70 lat?

Teoria głosi, że Price z pierwszej części gry to dziadek Johna ze współczesnych odsłon. Choć obaj wyglądają niemal identycznie (nawet wąs jest taki sam!), to jest to jedyne sensowne wytłumaczenie. No, chyba że komandos odkrył jakiś lek na nieśmiertelność i uniknięcie starzenia się. Tak czy inaczej, bohater już od początku siedział w głowach deweloperów.

Wiele lat później nadal trzyma się dobrze

Teoretycznie powrót do gry sprzed 20 lat może być bolesny. Tym bardziej gdy mowa o tytule FPS. W tym gatunku powiedziano już wiele, a konkurencja jest piekielnie silna. Może was zaskoczę, ale w przypadku debiutanckiego Call of Duty jest naprawdę nieźle. Jeżeli przymkniemy oko na archaiczną już mechanikę apteczek zdrowia czy pewny aromat drewna, to jest naprawdę dobrze.

To zasługa satysfakcji płynącej z mechaniki strzelania, wrogów i towarzyszy zachowujących się całkiem realistycznie (jak na tamte czasy) i bardzo, ale to bardzo widocznego bezsensu wojny, który twórcom udało się przedstawić nienagannie. Zresztą, sam klimat tego konfliktu powoduje, że tytuł warto sobie czasami odświeżyć. Obserwowanie akcji z perspektywy różnych armii jest świetne i aż żal, że dziś odeszliśmy od tej kliszy.

Call of Duty
Na polu bitwy nie byliśmy sami

Potencjał wykorzystany na maksa

Nie można odmówić twórcom, że poszli za ciosem. Popularność i dobre przyjęcie pierwszej odsłony Call of Duty zaowocowało produkcją kolejnych części. Dwójka pojawiła się już w 2005 roku i dziś możemy ją uznać za faktyczny początek nowoczesnych FPS-ów – był system odradzania życia i nieco bardziej sensacyjne podejście do bohaterów. Miejsca akcji zmieniały się niczym w kalejdoskopie, a kampania radziecka to istny klasyk.

Mając kurę znoszącą złote jaja deweloperzy i wydawcy chcieli jak najskuteczniej monetyzować swoją grę. Były momenty, gdy maszynowo wydawane kolejne odsłony zaczęły męczyć graczy. To na szczęście owocowało pewnymi resetami, przynoszącymi spore zmiany. Po kilku odsłonach drugowojennych pojawiło się Modern Warfare, a gdy współczesny konflikt zaczynał nużyć, na scenę wkroczyło Black Ops. I tak to się żyje w tym CoD-owym uniwersum — tu wybuchnie, tam wybuchnie… Da się to lubić!

Dawid Szafraniak
O autorze

Dawid Szafraniak

Redaktor
Pierwsze growe szlify zbierał jeszcze w erze PS1, aby później zapoznawać się z kolejnymi wcieleniami japońskiej konsoli, skosztować Xboksa i Switcha. Ostatecznie najbardziej lubi PC, a ostatnio nawet i granie w chmurze. Królują u niego FPS-y, gry akcji nieczęsto górujące nad filmami i tytuły wyścigowe, które podobno #nikogo. Święta Trójca gamingu? Pierwsze Modern Warfare, seria Mass Effect i Uncharted. Bez tego nic nie miałoby sensu. Poza grami lubi planować kolejne podróże i chwytać za aparat fotograficzny podczas meczów piłki nożnej.
Udostępnij:

Podobne artykuły

Zobacz wszystkie