Dlaczego James Bond i Doktor Who nie mogą mieć ciemnej skóry? Świat zwariował przez rasistów

James Bond ofiarą rasistów. Postaci fikcyjne nie muszą być białe
Felieton PG Exclusive

Po raz kolejny informacja o ciemnoskórym aktorze w kontekście białej dotychczas postaci, jaką jest James Bond, wzburzyła opinię publiczną. Po raz kolejny też reakcje budzą niesmak u tych, którym daleko do postawy opartej na spójniku „ale”.

„Nie jestem rasistą, ale Bond jest biały” – tak można podsumować większość wypowiedzi pojawiających się w temacie Daniela Kaluuyi. Dla przypomnienia, aktor uznał, iż nie chciałby zagrać Agenta 007; bardziej by siebie widział w roli złoczyńcy. Nie ma tu mowy o żadnej decyzji producentów; teoretycznie do przejęcia pałeczki po Danielu Craigu kandydatem jest każdy aktor pochodzenia brytyjskiego – w tym także Kaluuya. Niestety wygląda na to, że wystarczy przy zdjęciu czarnoskórego aktora dać dowolny nagłówek ze słowem „Bond” – i znów szambo wybija, wiara w człowieczeństwo upada, z każdym dniem oddalamy się dalej od absolutu.

Mówić, nagłaśniać, walczyć słowem

Gdańsk w tym roku wyróżnił się doskonałą kampanią społeczną. Jako Miasto Równości stara się uwrażliwić mieszkańców i turystów na kwestię tolerancji. Billboardy i spoty reklamowe połączone hasłem „Tu nie ma miejsca na ale!” wskazują, jak absurdalnie brzmią wypowiedzi oparte właśnie na tym spójniku. Jak głosi mądrość ludowa – gdy w zdaniu używa się „ale”, treść wypowiedziana wcześniej przestaje mieć znaczenie; te słowa wreszcie mogą wybrzmieć również w przestrzeni publicznej. Czas więc zburzyć światopogląd tych, którzy próbują się zasłaniać spójnikiem. Rasizm to rasizm – tu też nie ma miejsca na ale.

Nie można zresztą ukrywać, że dyskryminacja nie ma konkretnego celu. To nie jest wyłącznie „wyrażenie własnego zdania”, tylko personalny atak na osobę o innym kolorze skóry. Wiele z nich musiało nauczyć się żyć w nie zawsze przyjaznym środowisku, jak Larry Okey Ugwu, trójmiejski artysta, dyrektor Nadbałtyckiego Centrum Kultury, Polak i gdańszczanin urodzony w Nigerii:

„Akty nietolerancji zadziałały w moim przypadku jakby w odwrotnym kierunku. Uzmysłowiły mi, że trzeba o nich mówić, nagłaśniać, walczyć słowem, a nie kijem baseballowym. Bo ważnym jest, co dzieje się w naszych głowach”.

– stwierdził w jednym z wywiadów.

Dołączam więc do Larry’ego Ugwu. Mówię, nagłaśniam, walczę słowem. Bo ważnym jest, co dzieje się w naszych głowach.

007 w erze przemian

Wróćmy jednak do agenta Jej Królewskiej Mości. Od filmowego debiutu w 1962 roku James Bond przybrał oblicze łącznie sześciu aktorów, a byli nimi: Sean Connery, George Lazenby, Roger Moore, Timothy Dalton, Pierce Brosnan i Daniel Craig. Dopiero ostatni z nich stanowi – przynajmniej w kontekście zachowania – ogromne odejście od dotychczasowego wizerunku Agenta 007, który nigdy nie krył się ze swoją mizoginią i przywiązaniem do toksycznych wzorców męskości. Widać więc, że producenci dostrzegają przemiany społeczno-obyczajowe i nie pozostają na nie obojętni; to choćby z tego względu James Bond nie musi być białym heteroseksualnym mężczyzną.

Wśród mocnych kandydatów do objęcia roli od lat wymienia się m.in. Idrisa Elbę. I choć wiele wskazuje na to, że urodzony w Londynie aktor ostatecznie w Bonda się nie wcieli – jako 49-latek jest uważany przez fanów za „zbyt starego” do roli – mimo wszystko jego kandydatura nie wzbudza tak dużych emocji jak wypowiedź Daniela Kaluuyi. Literatura nie odnotowała jeszcze rasizmu wybiórczego, wygląda więc na to, że jesteśmy świadkami narodzin nowego zbioru poglądów dyskryminacyjnych. Idris Elba jako wysoki, silny mężczyzna o niskim głosie, kojarzony zresztą z rolami wpisującymi się w maczystowski nurt, jest tu „lepszy” niż delikatniejszy w budowie i grający nieco bardziej skomplikowane psychologicznie postaci Kaluuya. Najwyraźniej wzorce męskości wygrywają z rasizmem, choć jest to wyjątkowo gorzkie zwycięstwo.

Kosmita w typie nordyckim

Nie tylko James Bond cierpi przez rasistów. Z podobnymi reakcjami spotyka się każda wiadomość o tym, że wybrana postać fikcyjna będzie od teraz grana przez aktora o kolorze skóry innym niż biały. Z negatywnymi komentarzami spotkał się choćby Ncuti Gatwa, urodzony w Szkocji artysta przejmujący po Jodie Whittaker rolę Doktora Who. Trudno tu zresztą nie dostrzec podobieństwa w konwencji. Brytyjski serial również co jakiś czas przedstawia kolejnego aktora, który będzie podróżował w czasie i przestrzeni za pomocą niebieskiej budki telefonicznej. Łącznie Doktora zagrało już 13 osób – w tym jedna kobieta.

Całość brzmi o tyle absurdalnie, że mówimy ciągle o bohaterach fikcyjnych. O ile jestem w stanie zrozumieć wyważone argumenty osób przeciwnych obsadzaniu ciemnoskórych aktorów w rolach postaci historycznych, to przy wytworach czyjejś wyobraźni jest to dla mnie nie do pomyślenia. Mamy bowiem Władcę Czasu, humanoidalnego obcego raz po raz ratującego cywilizację, na dodatek żyjącego w budce telefonicznej – i wykłócamy się o kolor jego skóry. Czasem wśród ludzi mam wrażenie, że to po prostu jakiś dziwnie zaplanowany żart; zaraz zza krzaka wyskoczy Filip Chajzer i okaże się, że jestem w ukrytej kamerze, a świat naprawdę nie ma aż tak błahych problemów jak tożsamość fikcyjnego bohatera.

Co dzieje się w naszych głowach

Przy pisaniu tego tekstu przypomniał mi się dawny znajomy. Amadou z Senegalu powiedziałby, że wszyscy jesteśmy ludźmi, a kolor nie ma znaczenia. Gdyby zerknął mi teraz przez ramię, uznałby, że cały felieton nadaje się do redakcji – bo powinnam pisać wyłącznie o umiejętnościach aktorskich wymienionych osób, nie zaś o odcieniu ich skóry. Ta nie sprawi, że ktoś będzie lepszym lub gorszym Doktorem Who, Agentem 007 czy inną postacią fikcyjną. Nie, nie mam problemu z ciemnoskórym Bondem. Bo ważnym jest, co dzieje się w naszych głowach.

Promocje

Zobacz wszystkie
Udostępnij:

Prawdziwy Gracz poleca się do polubienia

Podobne artykuły

Zobacz wszystkie