Recenzja Hunt: Showdown – Ekstraklasa polowania na potwory! Prawie…

Hunt: Showdown to dość paradoksalnie gra dla wielu, ale nie dla każdego. W produkcji zakocha się i fan wszelakich battle royale’i jak i ich zupełny przeciwnik. Nie jest to bowiem tytuł battle royale z krwi i kości (choć krwi i kości tu sporo), ale czerpie garściami z tego własnie gatunku. W dodatku w bardzo udany sposób go modyfikując. Przede wszystkim jest to jednak tytuł przeznaczony dla gracza cierpliwego, łaknącego adrenaliny i szybszego bicia serca. No i niekoniecznie dla gracza pojedynczego, ale o tym w dalszej części recenzji. 

Jeśli jeszcze jakimś cudem nie wiecie, czym jest Hunt: Showdown, pozwolę sobie przypomnieć jego esencję. Mamy więc sieciową strzelankę FPP, która po wielu miesiącach wyszła ostatecznie z wersji Early Access. Jest to nic innego jak PvP z mocno rozwiniętymi elementami PvE, okraszone horrorem, survivalem i skradanką. Walczymy więc nie tylko z innymi graczami, ale i z wrogim środowiskiem. Każdy mecz (nazwijmy je Polowaniami) to tak naprawdę kilka zadań do wykonania i to na różne sposoby – ograniczyć może nas tylko kreatywność. Ostatecznym zadaniem jest przeżyć i dobrze by było, gdybyśmy jeszcze w międzyczasie odnaleźli trzy wskazówki prowadzące do bossa, ubili go oraz uciekli z łupem. A jeszcze lepiej, jeśli po drodze ustrzelimy kilku wrogów – zarówno tych, pod którymi znajdują się prawdziwi gracze, jak i tych, sterowanych przez komputer. Proste? Proste. Oferuje ciekawe wyzwanie? Oferuje. A będzie jeszcze ciekawiej, gdy przyjrzymy się bliżej settingowi, w jakim Hunt: Showdown został wykreowany.

hunt showdown recenzja
Recenzja Hunt: Showdown

Postapokalipsa na Dzikim Zachodzie

Mamy bowiem coś w stylu postapo na Dzikim Zachodzie. No, postapo to może słowo na wyrost, niemniej znalazłszy się w otoczeniu zombiepodobnych potworów (swoją drogą bardzo ładnych – tak dalece, jak zombie mogą być ładne) i zmutowanych, diabelskich bossów, tak właśnie można pomyśleć. Dlaczego zaś Dziki Zachód? Na nic innego nie wskazuje miejsce akcji, czyli bagnista Luizjana końca XIX wieku. “Wajld Łestem” pachną nie tylko moczary, ale i wszystko inne: nasi bohaterowie, uzbrojenie, nawet muzyka – chociażby genialny utwór z głównego menu:

Grę można (i warto, bo ostatecznie nie należy ona do łatwych) zacząć ukończeniem samouczka. Pokaże on, jak odnajdywać wskazówki, które ostatecznie prowadzą do głównego bossa oraz jak zachowywać się podczas kontaktu z wrogiem. Summa summarum z samouczka dowiemy się, że często najlepiej jest unikać wykrycia przez nieprzyjaciół zarówno ludzkich jak i nieludzkich (potwory). “Zadawanie się” z nimi może nas bowiem sporo kosztować – sprawi, że wystrzały czy tupot naszych uciekających stóp, zwali nam na głowę jeszcze więcej problemów. Każdy przecież chce zdobyć nagrodę za upolowanie bossa dla siebie i wykończy na swojej drodze każdego przeciwnika. Dzięki temu w grze wciąż czujemy się obserwowani, a każdy krok może być ostatnim (headshot i znikasz!).

Ubijanie bossa nie dla cherlaków

Choć docelowo naszym zadaniem jest ubić bossa i zwiać z łupem do jednego z punktów ewakuacji, to trzeba wiedzieć, że gra pozwala nam na więcej swobody w działaniu. Przykładowo, początkowo wcale nie musimy zaprzątać sobie głowy jakimiś bossami czy ludzkimi przeciwnikami. Po pojawieniu się na mapie, bardzo dobrym pomysłem będzie zwykła nauka świata, czyli zabijanie pomniejszych (choć wcale nie takich niegroźnych) zombiaków, jako że taka aktywność również skutkuje zdobywaniem doświadczenia i innych grantów, które ostatecznie przydadzą się do rozbudowywania naszego łowcy, czyli czynienia go coraz lepszym i coraz lepiej wyposażonym. Kiedy liźniemy już co nieco z gry, stanie przed nami decyzja, czy aby na pewno od razu szarżować na bossa, czy też lepiej, aby inny gracze go wykończyli, po czym my zaczaimy się na wspomnianego zwycięzce i odbierzemy mu łup, również do zabijając. Taka tam “śmierć na tysiąc sposobów”.

hunt showdown recenzja
Recenzja Hunt: Showdown

Gdy myślałeś, że wygrałeś

Zabicie maszkary nie jest więc gwarantem zwycięstwa. Kiedy my, czy ktokolwiek z graczy już to uczyni, staje się widoczny z poziomu mapy dla wszystkich innych łowców. Polowanie zmienia więc cel: z potwora na aktualnego posiadacza łupu. I nie jest to też znów jakieś hop siup, że wykończymy szatański pomiot i uciekniemy do punktu ewakuacji. Nic z tych rzeczy. Zabita istota przez około 6 minut od padnięcia trupem “ewakuuje się” do zaświatów, a w tym czasie reszta mapy rusza na nas. Dopiero po zniknięciu bossa, o ile jeszcze żyjemy, będziemy mogli skierować się do najbliższej łodzi czy dyliżansu, wciąż prawdopodobnie ścigani, a i przy samym punkcie ewakuacji swoje musimy odczekać, walcząc najczęściej z jakimś trudniejszym zombiakiem. No cóż, łatwo nie jest, więc jeśli ktoś lubi trudne wyzwania i ćwiczenie skilla, to jest to gra jak najbardziej dla niego. Samo zamiłowanie do FPSów nie wystarczy. Nie jest to jakiś BF czy CoD, który praktycznie “przechodzi się sam”.

hunt showdown recenzja
Recenzja Hunt: Showdown

Jak smakuje krew zombiaka

No dobra, ale jak wrażenia z całego tego strzelania, uciekania i zabijania? Nieziemskie. To tak w wielkim skrócie. W Hunt: Showdown chodzi o Polowanie przez duże Pe. O polowanie z prawdziwego zdarzenia, a nie o przebiegnięcie mapy, “trata ta ta” i zgarnięcie całego fejmu i nagrody. Jak już zauważyłem, gra studia Crytek (tak tak, to ci od Crysisa) to również w bardzo dużej mierze skradanka, choć najwierniejsi gracze, którzy z tytułem są już od wersji Alpha twierdzą, że po oficjalnej premierze gry, stała się ona nieco bardziej pospieszna, niż właśnie taktyczna. Wciąż niemniej nie wyobrażam sobie, aby biegać tu i dookoła rześko strzelać. To znaczy można – ale jest to recepta na pewną porażkę. Polowania, które trwają około pół godziny, to seria skradania się (choć nawet chodzenie “na kucaka” jest słyszalne), przyczajania, cichego likwidowania mniej groźnych wrogów i w końcu unikanie tych groźniejszych, choć nie zawsze da się uniknąć bezpośredniej konfrontacji, gdy potwory są np. blisko wskazówki.

hunt showdown recenzja
Recenzja Hunt: Showdown

Bez laryngologa się nie obędzie

W Hunt: Showdown nawet bardziej niż o spostrzegawczość, chodzi o dobry słuch. Granie bez słuchawek to kompletne nieporozumienie. Dlaczego? Otóż określenie lokalizacji wszelkich szmerów i hałasów może nie tylko pozwolić nam na sprzątnięcie przeciwnika (czy też wycofanie się z jego pola widzenia), ale też na kontrolowanie swoich poczynań. Prócz hałasowania biegiem czy wystrzałami, mamy na mapie sporo newralgicznych dźwiękowo punktów. A to leżące, dogorywające konie, które zarżą gdy tylko się do niech zbliżymy, a to kruki czy kaczki, które rozpoczną szaloną serenadę na nasz widok, a to zdradliwe gałązki czy rozbite szkło, którego nadepnięcie może skończyć się dla nas śmiertelnie. Wszystko to działa na zmysły i ostatecznie poczytuję to na plus, niemniej czasami zaczynałem się zastanawiać, czy ilość tych dźwiękowych pułapek nie dobija aby do granicy absurdu.

hunt showdown recenzja
Recenzja Hunt: Showdown

Crysis to to nie jest, ale nie w tym rzecz

Gdzieś w towarzystwie omawiania kwestii audio, powinna pojawić się i kwestia wideo. Proszę więc bardzo: “Crysis naszych czasów” to to nie jest. I tu właściwie można by przejść do kolejnego akapitu, ale nie byłoby to w dobrym tonie. Specjalnie wspomniałem jednak o tej grze-legendzie, jako że po twórcach z Crytek’a moglibyśmy spodziewać się więcej. Niestety graficznie jest tylko ładnie. Jest klimatycznie, detalicznie i po prostu wzorowo. Nie jest to jednak oprawa, która rzuca na kolana. Jednak w multiplayerze nie o to przecież głównie chodzi, a jak na grę właśnie typu multiplayer, to i tak jest zdecydowanie bardzo ładnie. No, jeśliby od czasu do czasu odwrócić wzrok od nieco drewnianego poruszania się czy to naszej własnej postaci, czy też wszelkich enpeców. Nie ma w nich gracji i wydają się jakby nieco “przyrdzewiali”, choć zaskakująco wpasowuje się to w równie “zakurzony” klimat Dzikiego Zachodu i nie razi jakoś specjalnie w oczy.

Na jednej szali dużo, na drugiej za mało

Czy gra daje frajdę? Przyznam, że mam nie lada problem z odpowiedzią na te pytanie. Gunplay jest przyjemny, zabijanie daje frajdę (również bronią białą), a ilość ulepszeń czy wyposażenia, które możemy zdobyć za zasługi podczas polowań, jest spora i zróżnicowana (bronie krótkie, długie, wabiki, miny, cechy wzmacniające zdrowie czy staminę). W przeciwieństwie jednak do map (tych mamy dwie) oraz bossów (cała trójka: Rzeźnik, Asasyn i Pająk). Na pocieszenie, od czasu do czasu na mapach zapada noc, stąd małe zróżnicowanie, wciąż jednak jest to moim zdaniem absolutnie za mało, jak na wersję na premierę. Jeśli jesteśmy już przy minusach, nie mogę nie wspomnieć o całej masie problemów technicznych, których z każdym dniem jest na szczęście coraz mniej, ale po premierze zalewały wręcz serwery (które przez sporą większość czasu były niedostępne). Wczytywanie map trwa miejscami bardzo długo, zaś interfejs… Cóż, nie jest to najbardziej intuicyjne menu jakie w życiu widziałem. Nie ma niczego przyjemnego w poznawaniu go. Trzeba się więc powoli uczyć co i jak, a nauka ta do przyjemnych nie należy.

hunt showdown recenzja
Recenzja Hunt: Showdown

Gracz graczowi nierówny

Dwoma największymi problemami, które upatruje jednak w Hunt: Showdown, jest po pierwsze dobieranie graczy. I nie chodzi tylko o to, że algorytm wrzuca na mapę skrajnie słabych i skrajnie mocnych graczy, ale także o to, że pozwala na grę w pojedynkę, przeciwko innym drużynom, które składają się nawet z trzech graczy (na mapie łącznie zmieści się 10 osób). Jakąś alternatywą jest tryb Quick Play, w którym każdy gracz gra przeciwko każdemu, ale muszę przyznać, że nie jest to korpus gry, a jedynie warty wspomnienia dodatek. Znajdą się oczywiście gracze, którzy pokochają samotne rajdy (zawsze można zagrać w ekipie z randomem, ale osobiście nie polecam ze względu na brak komunikacji, której w takich wypadkach najczęściej nie ma, a gra o nią aż krzyczy), ale “korpus” Hunta, to jednak gra w kooperacji z kumplem / kumplami. Wówczas profil gry (i frajda z niej płynąca) zmienia się nie do poznania.

hunt showdown recenzja
Recenzja Hunt: Showdown

Permadeath w Hunt: Showdown

Trochę nie rozumiem też faktu, że śmierć każdego z łowców jest permanentna. Jeśli giniemy, to wraz z łowcą ginie wszelki osprzęt, a my musimy podjąć walkę, rekrutując nowego (pierwszy z podstawowym wyposażeniem jest darmowy). Jedyne co nam zostaje, nawet w przypadku straty bohatera, to doświadczenie (i na szczęście zdobyte dotąd pieniądze). Odróżnia to większość gier sieciowych, gdzie mimo porażek na mapach, wciąż rozwijamy jedną i tę samą postać. Pozbawienie Hunta takiej możliwości nie podoba mi się z kilku powodów – jednym z nich jest chociażby fakt, że nigdy nie będziemy w stanie jakkolwiek zżyć się ze swoim łowcą, nie będzie nam na nim aż tak zależeć. I właśnie to jest jednym z elementów, które mogą sprawić, że po jakimś czasie porzucimy gameplay.

hunt showdown recenzja
Recenzja Hunt: Showdown

Recenzja Hunt: Showdown – podsumowanie

Choć w moim odczuciu pomysł na grę oraz jej wykonanie jest świetny (pomysł) i dobry (wykonanie), a kolejne polowania po prostu chce się powtarzać, to nie mam pewności, czy Hunt przyciągnie do siebie na dłużej. Zróżnicowani wrogowie nie wynagrodzą małej ilości bossów czy map, a taktyczność rozgrywki nie wynagrodzi nam bolesnych strat kolejnych łowców. Dlatego ostatecznie uważam, że Hunt: Showdown to wspaniała gra, jednak tylko dla pewnej grupy graczy, których nie będą drażnić wymienione przeze mnie rozwiązania. Miejmy też nadzieję, że w niedługiej przyszłości deweloperzy dostarczą do gry również większej zawartości – przede wszystkim map, jako że obecna ich ilość jest kolejnym elementem, który może znudzić po kilkudziesięciu godzinach zabawy.

Plusy:

  • świetny pomysł na grę
  • czarujący setting
  • szczegółowa, klimatyczna grafika
  • dający frajdę gunplay
  • zróżnicowani przeciwnicy
  • ustawiczne poczucie zagrożenia

Minusy:

  • permadeath kolejnych łowców może się nie podobać
  • wysoka trudność, zwłaszcza dla pojedynczego gracza
  • techniczne niedociągnięcia, które miejmy nadzieję, zostaną wyeliminowane

Ocena: 4/5