Recenzja filmu Spider-Man: Bez drogi do domu. Wiwatów na sali kinowej nie było końca

fragment plakatu promującego film Spider-Man: Bez drogi do domu
Recenzje

Stało się! Po wielu miesiącach oczekiwań Tom Holland doczekał się swojego trzeciego solowego filmu w Marvel Cinematic Universe. Spider-Man: Bez drogi do domu to (nie)idealny film z człowiekiem-pająkiem, który został okraszony przepięknym komiksowym kiczem.

Na wstępie nadmienię kilka kluczowych rzeczy. Spider-Man: No Way Home najbardziej zyskuje, gdy się o nim nie wie absolutnie nic. Jeśli jesteście fanami głównego bohatera i/lub macie sentyment do wcześniejszych trylogii na podstawie dzieł popkultury z Peterem Parkerem, to rzućcie wszystko i biegnijcie do kina. Uwierzcie, że nie jesteście gotowi na to, co zobaczycie na sali. Choć sam oglądałem tego „potworka” na premierę, musiałem przetrawić to, co widziałem, przez cały weekend.

Uwaga – w tekście poruszam kwestie, które zostały do tej pory zaprezentowane w zwiastunach i innych materiałach promocyjnych. Pod koniec recenzji znajdziecie sekcję zawierającą spoilery dotyczące treści filmu, jednakże zostało to odpowiednio zaznaczone. Nie rekomenduję czytania tej części osobom, które filmu jeszcze nie widziały, ponieważ zabije to największe powody do cieszenia się całością.

Spider-Man: Bez drogi do domu wyrzucił mnie na inną orbitę

Zasiadając w fotelu i oglądając reklamy, miałem cały czas w głowie jedno pytanie: „Czy No Way Home podoła moim oczekiwaniom?”, a po zobaczeniu napisów końcowych w moich myślach rozchodziło się już tylko „Boże, zrobili to, oni naprawdę to zrobili. Nie jestem godny tego filmu. Tam się działo wszystko i jeszcze więcej. To przerosło moje wszelkie oczekiwania”.

Największym problemem nowego Spider-Mana jest to, że ciężko o nim w jakikolwiek sposób opowiedzieć, by nie wyjść na enigmatycznego świra i jednocześnie nie popsuć komuś jakiejkolwiek radochy. Im mniej się wie o Bez drogi do domu, tym zdecydowanie lepiej. Drugim ważnym aspektem, aby wynieść z tego seansu jak najwięcej, jest potrzeba zapoznania się z trylogią Sama Raimiego oraz tą niedokończoną Marka Webba.

Moc komiksów: 616%

Cały fenomen najnowszego Spider-Mana to wzięcie przez twórców wszelkich niedoróbek i problemów poprzednich części, a następnie wypowiedzenie anielskim głosem „Przepraszamy za błędy przeszłości”. Ten film jest niesamowicie samoświadomy tego wszystkiego i w perfekcyjny sposób zwraca fanom Spidey’a za niektóre cierpienia, przez które musieli przechodzić na przestrzeni prawie dwóch dekad.

I widać to już od dosłownie pierwszych scen. Peter wpakował się pod koniec Daleko od domu w niezły bajzel, przez co tożsamość głównego bohatera stała się znana każdemu mieszkańcowi globu. Co jeszcze gorsza, został on wrobiony w zabójstwo Mysterio. Ciężko sobie wyobrazić bardziej przykry scenariusz, a po pierwszych 5 minutach oglądania cały ten bałagan zostaje posprzątany w tak istnie komiksowo komiczny sposób, że nie da się przy tym nie uśmiechnąć.

Dokładnie w tym samym momencie pojawia się pierwszy raz, kiedy to na sali kinowej wszystkim szczęki opadają i każdy szuka ich pod fotelami. Choć wymieniona przeze mnie sekwencja trwa zaledwie chwilę, sprawia, że widzowie dosłownie piszczą z radości. Problem w tym, że robią to tylko ci, którzy zapoznani są z aktorskimi tworami na licencjach Marvela. Nie jesteście kimś takim? Kompletnie Was to ominie.

Takich przykładów mógłbym wymienić wiele i każdy z nich utwierdza mnie w przekonaniu, że z tego filmu można wynieść ogromną liczbę pozytywnych emocji, ale tylko, jeśli jest się kimś pokroju lekkiego fanboy’a tego uniwersum lub po prostu wychowywało się ze Spider-Manem.

A skoro o wychowaniu mowa, to śmiało mogę stwierdzić, że ten film „wychowuje” wszystkich oglądających, a także postać graną przez utalentowanego Toma Hollanda. Mimo ogromu osobistości przewijających się po ekranie, to właśnie wokół niego dzieje się cała akcja, ale nie oznacza to, że np. takiemu Nedowi lub MJ nie poświęcono odpowiedniej ilości czasu.

Spider-Man Bez drogi do domu - Peter Parker i MJ

MJ ma jednak serce

Jest wręcz przeciwnie, a wiele postaci drugoplanowych przechodzi tu spory rozwój. Szczególnie widać to w przypadku bohaterki granej przez Zenday’ę, która nie jest już tylko bezpośrednią, sarkastyczną nihilistką. Pokazuje tu swoją drugą połowę, która jest empatyczna i tą empatią darzy naszego protagonistę.

Choć film ma w nazwie „Bez drogi do domu”, ten opowiada o drodze, którą przebywają tak naprawdę wszystkie postacie. Parker wręcz przeżywa istny roller coaster emocjonalny i nieraz staje na rozwidleniu, kiedy to bije się z presją otoczenia, nie wiedząc, gdzie powinien dalej pójść. Takich motywów jest wiele i o dziwo, bardzo łatwo jest się z nimi utożsamić. Szczególnie chwyciło mnie za serce odegranie jednego z najbardziej spider-mańsko komiksowych motywów, które po prostu musi przeżyć „każdy Peter Parker”.

Spider-Man: Bez drogi do domu to uczta dla fanów i chaos dla zwykłych śmiertelników

I tu kolejny raz utwierdzam się w przekonaniu, że jest to film stworzony tylko dla dwóch grup docelowych – osób wychowanych na poprzednich kinowych tworach ze Spider-Manem oraz dla osób, które są głęboko zapoznane z Marvelem. Całość została przeładowana rzeczami wyciągniętymi prosto z memów, które zostały właśnie zrobione przez wymienionych ludzi. Co ciekawe, udało się każdy taki najmniejszy żart upchnąć w idealnym miejscu, aby nic nie było na siłę i po prostu można było cieszyć się z tego, co się przed momentem zobaczyło.

Spider-Man: Bez drogi do domu daje masę frajdy, a wręcz niektórym może zafundować ostry atak cukrzycy związany z ogromem treści, które pozytywnie działają w mózg i inne organy. Najwięcej jednak dostaną to właśnie komikowi maniacy, bo gdzie się nie spojrzy, jest coś „istnie komiksowego”, coś, czego w jakimkolwiek innym filmie nie przeszłoby. Tu to wszystko działa, to wszystko spina się w całość i przez lata żadne studio filmowe nie powtórzy tego typu doświadczenia.

Spider-Man Bez drogi do domu - Doctor Stranger i Peter Parker

No Way Home jest jednocześnie laurką i przeprosinami dla ikony, jaką stał się Spider-Man na przestrzeni tych kilkudziesięciu lat. Aż żal rozpiera, gdy myślę, że legendarni Stan Lee i Steve Ditko nie dożyli obejrzenia recenzowanego filmu. Jestem zdania, że oboje by wiwatowali i krzyczeli, a nawet by klaskali, widząc to, co wyprawia Peter z aż pięcioma wrogami.

A wyprawia się na tyle dużo, że bałem się o utrzymanie tempa i podzielenia akcji na 3 akty. Na szczęście i tutaj twórcy podołali, serwując przy tym dzieło, gdzie nie ma ani chwili na oddech, ale w tym pozytywnym znaczeniu. Podczas oglądania czułem, jak projektor wylewa z siebie kolejne sceny, które chciałem chłonąć i chłonąć, a to za sprawką tego, że jestem typem widza, w który najnowszy Spider-Man celuje. Obawiam się, że w innym przypadku oglądający zobaczą jeden wielki kiczowaty bajzel, który już aż tak nie będzie ekscytował na każdym kroku.


TU ZACZYNAJĄ SIĘ SPOILERY

Uff, nareszcie dotrwałem w pisaniu tej recenzji do momentu, gdzie nareszcie swobodnie mogę powiedzieć o treści. Spider-Man: Bez drogi do domu to jeden z tych wyjątkowych przypadków, o których nie można w zasadzie powiedzieć żadnego konkretu, aby nie popsuć komuś seansu.

Wynika to z tego, że oparto go w znacznej mierze na motywie „O, popatrz, wracają starzy Spider-Manowie grani przez Tobey Maguire’a i Andrew Garfielda”. Oczywiście gdzieś w tle (choć także są ważni) jest piątka wcześniejszych wrogów znanych z poprzednich trylogii, ale to właśnie Peterowie Parkerowie naraz na ekranie grają tu pierwsze skrzypce.

Obawiałem się i o ten aspekt filmu, ale na szczęście udało się idealnie wyważyć. Każdego Spidey’a widać odpowiednio długo, co pozwala poznać ich transformację po wydarzeniach ze swoich własnych przygód. Parker Maguire’a wiedzie sobie raczej w miarę udane życie z Mary Jane, a Peter Garfielda skręcił w nieco smutniejszą ścieżkę po utracie swojej miłości. Na szczęście zostało to odegrane tak realnie, że da się w to uwierzyć, a skoro o wierze mowa…

Zatraciłem tę w Toma Hollanda, gdy ten był o włos od zamordowania Green Goblina. Na szczęście Tobey Maguire mógł wtedy odkupić swoje winy, gdy powstrzymał Spider-Mana z MCU przed haniebnym czynem. Podobnie zresztą było, gdy Garfield uratował spadającą MJ, czego nie był wcześniej w stanie zrobić w przypadku Gwen Stacy. Takich smaczków jest znacznie więcej, a jednym z moich ulubionych jest słynne rozciąganie się przed walką lub rozmowa o specyficznym strzelaniu siecią tego „pierwszego pajączka”.

I każdy taki element jest przy tym istnie komiksowy. Wiem, że powtarzam to już któryś raz, aczkolwiek tym po prostu jest ten film. Przepięknym kamieniem milowym dla postaci wykreowanej przez duet Lee i Ditko, którego żaden inny bohater nie mógłby osiągnąć. No bo kto? Batman? Superman? Nie, to kompletnie nie ten etap w popkulturze. Tylko niesamowity człowiek-pająk na tyle zasłużył na przestrzeni lat, aby otrzymać taką nagrodę, którą jest Spider-Man: Bez drogi do domu. Wraz z nim zgarnął ją Tom Holland, Andrew Garfield i Tobey Maguire oraz reszta powracającej świty.

TU KOŃCZĄ SIĘ SPOILERY


Podsumowanie

Spider-Man: Bez drogi do domu to świetne widowisko, które wręcz kipi klimatem komiksowego eventu. Choć film cierpi przez to na kilka problemów związanych z samą budową scenariusza, dawno nie doświadczyłem tak wielu emocji na sali kinowej. To niesamowite uczucie przeżywać wspólnie z innymi fanami Spider-Mana ten niezwykły roller coaster emocjonalny, który funduje najnowsza przygoda z Peterem Parkerem w roli głównej.

Ocena: 4,5/5

Plusy:

  • Niesamowite doświadczenie, którego przez lata nikt nie powtórzy
  • Roller coaster emocjonalny trzyma cały czas w napięciu
  • Powrót znanych twarzy, które dostają drugą szansę na zabłyśnięcie
  • Masa świetnego humoru
  • Poziom spider-maństwa wyciśnięty na 300%
  • Ogrom smaczków dla fanów śledzących rozwój marvelowskiej kinematografii

Minusy:

  • Film zyskuje najwięcej, gdy się o nim nic kompletnie nie wie
  • Ciężko będzie się do niego wracać
  • Scenariusz pełen dziur i niezrozumiałych decyzji

Promocje

Zobacz wszystkie
Udostępnij:

Prawdziwy Gracz poleca się do polubienia

Podobne artykuły

Zobacz wszystkie