Hogwarts Legacy? Oryginalne gry z serii Harry Potter to było coś!

Hogwarts Legacy? Oryginalne gry z serii Harry Potter to było coś!
PG Exclusive Publicystyka

Na uniwersum Harry’ego Pottera wychowuje się kolejne już pokolenie, w tym pokolenie graczy. Otóż już w lutym zagramy w sandboksowe Hogwarts Legacy. Nie każdy miał jednak szansę dorastać z oryginalną serią wydawaną niegdyś przez Electronic Arts. Czym była? Jak dobra była? O tym i wielu innych rzeczach dowiecie się z niniejszego, wspominkowego tekstu.

Autor niniejszego artykułu ma już na karku dobre 30 lat, co oznacza, że mniej więcej od 10. do 20. roku życia (od pierwszej książki w świecie Pottera, aż do ostatniego filmu) w zasadzie wcale nie rozstawał się z magicznym uniwersum wykreowanym przez J.K. Rowling. Nikogo nie powinno więc dziwić, że dane mu było zagrywać się także w kolejne odsłony gier, przygotowywane w latach 2001-2011 przez Electronic Arts. Tak spory przedział czasowy w wydawaniu kolejnych gier sprawił, że komputerowe przygody Harry’ego były chyba wszystkim, czym tylko się dało: platformówkami akcji z widokiem TPP, grami w rzucie izometrycznym, przygodówkami z elementami RPG, skradankami, a nawet (o zgrozo) shooterami. Jakby się zastanowić, to dwa konkretne tytuły miały także zadatki na otwarte światy.

Jak więc widzicie rozrzut gatunkowy, który przetaczał się przez serię o młodym czarodzieju był po prostu ogromny, ale kiedyś gracze nie byli tak roszczeniowi jak dziś i z ochotą przyjmowali kolejne odsłony serii, jakie by one nie były. No, abstrahując może od dwóch ostatnich części (Insygnia Śmierci), których formę zmieniono już na tyle mocno, że nie przypominały dotychczasowych, pełnych magii i niepowtarzalnego klimatu produkcji. Jeśli chcielibyście przekonać się o tym na własnej skórze, to niestety nie będzie to takie proste, bowiem cyfrowe wersje tychże produkcji nie są obecnie już nigdzie dostępne. Pozostaje nam skorzystać z oryginalnych płyt CD i DVD, na których gry wydawano. Tyle tylko, że nie są one tanie. Cała kolekcja potrafi dziś bowiem kosztować w okolicach 2 tysięcy złotych…

Harry Potter i Kamień Filozoficzny – 2001 r.

Kamień Filozoficzny, a więc początek przygód o małym czarodzieju, był grą raczej średnio wierną książce. Powód był prosty – gry wideo z początku tego millenium, z uwagi na ówczesne ograniczenia silników, były najczęściej niezbyt zaawansowanymi tworami, toteż wypełniano je w dużej mierze zadaniami zręcznościowymi oraz logicznymi. Co więcej, wciąż trwał kult pierwszych gier z serii Tomb Raider, stąd w pierwszym growym Potterze można było natknąć się na podobne, platformowe rozwiązania. I tak, przez około 6 godzin zabawy do czynienia mieliśmy z całą masą wypełniaczy. Należało do nich m.in. uczenie się wybranych zaklęć, przedzieranie się przez wypełniony zręcznościowymi zadaniami Hogwart, zbieranie fasolek wszystkich smaków czy kart z czekoladowych żab. Już w pierwszej części pojawiły się także mecze Quiddicha. Jak się okazało, gracze polubili tego typu rozgrywkę na tyle, że w dwa lata później EA przygotowało oddzielną produkcję skupioną tylko na tym czarodziejskim sporcie (Harry Potter: Mistrzostwa świata w Quidditchu).

Harry Potter i Komnata Tajemnic – 2002 r.

Jako że Komnata Tajemnic powstała zaledwie w rok po Kamieniu Filozoficznym, to nie ma co się dziwić, że był to tytuł bliźniaczo podobny. Oczywiście Komnata Tajemnic opowiadała własną historię, a i wątków fabularnych z powieści było tu jakby nieco więcej niż w części pierwszej, ale deweloperzy na powrót zasypali nas mnóstwem raczej prostych mini-gier oraz nieodłącznymi wyzwaniami zręcznościowymi. Gdybyśmy dziś zagrali w pierwszą bądź drugą część Harry’ego Pottera, to z pewnością stwierdzilibyśmy, że były to produkcje dość… trywialne. Nie powinno być to jednak zaskoczeniem, bowiem (identycznie jak w przypadku książek) przygody Chłopca Który Przeżył początkowo były celowane właśnie w najmłodszych odbiorców. Dlatego też zarówno zagadki jak i sterowanie nie mogło być przesadnie skomplikowane. Dopiero z czasem, gdy bohaterzy serii zaczęli dorastać, książki, filmy i gry stały się także odpowiednio bardziej mroczne i wymagające, przeznaczone tym samym właśnie dla osób ciut starszych.

Harry Potter i Więzień Azkabanu – 2004 r.

Choć fabularnie powieść pt. Harry Potter i Więzień Azkabanu była już kierowana właśnie do tych nieco starszych odbiorców, to gra o tym samym tytule wciąż stawiała przed graczem raczej mało wymagające wyzwania (choć czasem irytujące). Oczywiście jak na tamte czasy, każda minuta spędzona w cyfrowym świecie Harry’ego Pottera była minutą pełną napięcia, radości i innych niezapomnianych wrażeń. Nikt wszak nie mógł przewidzieć, że za kilkanaście lat gry będą takie, jakie będą (zaawansowane w każdym calu), toteż platformówki 3D na miarę pierwszych „potterów” po prostu zachwycały. Gdyby było inaczej, dziś tak wielu starszych graczy nie miałoby przecież do tychże gier aż takiego sentymentu. Wracając jednak do meritum… Więzień Azkabanu, choć gameplay’owo znów podobny do odsłon poprzednich, wprowadził już jednak pewne ulepszenia graficzne (twarze bohaterów nie były już aż tak kwadratowo-pikselowo-bajkowe), ale także możliwość zagrania jako inni bohaterowie, w tym jako Ron oraz Hermiona, co zdecydowanie przypadło graczom do gustu. No i trzeba zauważyć, że „Więzień” był także grą nieco dłuższą niż „Kamień” i „Komnata”.

Harry Potter i Czara Ognia – 2005 r.

Tak naprawdę, w serii gier o Harrym Potterze, to dopiero Czara Ognia przyniosła konkretne, gameplay’owe zmiany. Niestety spora część graczy nie była tymi zmianami zachwycona. W tej grupie graczy byłem także i ja. Czara Ognia okazała się tym samym jedyną grą z serii, której nie ukończyłem. Owszem, fajnie że grafika względem Więźnia Azkabanu aż tak się polepszyła, a gracz dostał do dyspozycji nowe mechaniki, jednak ostatecznie gra wydawała się być zlepkiem bardziej bądź mniej trafionych pomysłów. Zlepkiem, bowiem produkcji bezsprzecznie brakowało ciągłości. Co rusz rzucano nas mianowicie do kolejnych zadań, po wykonaniu których cofani byliśmy do swoistego menu, z poziomu którego wybieraliśmy kolejne misje (albo byliśmy zmuszeni, by powtórzyć ostatnią…). Na domiar złego sporo tu było zadań czasowych, co także spotkało się z niechęcią graczy. Wszystko to niezaprzeczalnie zabijało immersję, jednak pod kątem gameplay’owym („kombinowany” rzut izometryczny) Czara Ognia miała spory wpływ na to, jak wyglądał debiutujący w dwa lata później, fenomenalny Zakon Feniksa.

Harry Potter i Zakon Feniksa – 2007 r.

Zakon Feniksa był (i jest) moją ulubioną grą z serii o Harrym Potterze i liczę, że nadchodzące Hogwarts Legacy będzie tytułem choć w połowie tak dobrym jak właśnie Zakon Feniksa. W tej odsłonie podobało mi się bowiem chyba wszystko – sterowanie (jak na tamte czasy oczywiście), brak przesadnej liniowości (co miało miejsce w poprzednich częściach serii) czy w końcu przemierzanie Hogwartu i jego okolic niemal w taki sposób, jakbyśmy mieli do czynienia z otwartym światem. Dodatkowo gra (podobnie jak Książe Półkrwi) chyba najdokładniej przedstawiała wydarzenia z książki o tym samym tytule. No, może bardziej z filmu, jako że gierczany Zakon Feniksa był mocno wzorowany graficznie właśnie na produkcji kinowej, która swoją premierę miała skądinąd w miesiąc po premierze gry. Zakon Feniksa był w serii gier swoistym przełomem, totalnym odbiciem się od dotychczasowych rozwiązań, a zarazem strzałem w dziesiątkę. Warto w tym miejscu przypomnieć także o tym, że jak na tamte czasy, była to także gra wymagająca nie lada komputera. Jeśli się go jednak posiadało, oferowała oszałamiające walory wizualne (zwłaszcza krajobrazy).

Harry Potter i Książę Półkrwi – 2009 r.

Z growym Księciem Półkrwi i Zakonem Feniksa była podobna historia, jak z dwoma pierwszymi grami w świecie Harry’ego Pottera. Były one mianowicie bliźniacze gameplay’owo. Ale tak samo jak w przypadku Kamienia oraz Komnaty, tak i tutaj raczej nikt nie narzekał na identyczne rozwiązania w rozgrywce, bo te się po prostu sprawdzały. Oczywiście tak jak w każdej poprzedniej grze tego uniwersum, tak i w odsłonie z 2009 roku nie zabrakło mini-gier (warzenie eliksirów, zbieranie poukrywanych po Hogwarcie herbów, itd.), ale były one już raczej nieobowiązkowymi side-questami, nie zaś wpisanymi w główną oś fabularną zadaniami (co miało miejsce właśnie w pierwszych, tych mocno platformowych częściach). Szkoda tylko, że Książe Półkrwi był zauważalnie krótszy od Zakonu Feniksa. Gra miała bowiem spory potencjał i jestem pewien, że gdyby w dzisiejszych czasach „wziął” się za nią chociażby Ubisoft, to z ośmiu godzin zabaw w Hogwarcie i okolicznych lokacjach, zrobiłoby się nam tych godzin 80 ;).

Harry Potter i Insygnia Śmierci – część 1 i 2 – 2010 i 2011 r.

Pierwszych sześć gier z uniwersum Pottera było grami całkiem udanymi. Grami, które – jak na lata, w których debiutowały – prezentowały się doskonale. Grami, które do dziś pozostawiły w nas przyjemną nostalgię za czasami, gdy pokonywaliśmy kolejne magiczne bestie czy po prostu godzinami zatracaliśmy się w wyjątkowym klimacie serii. Wraz z Insygniami Śmierci wszystko się zmieniło. Obie produkcje zostały bardzo kiepsko przyjęte przez graczy, mimo iż z oczywistych względów prezentowały najbardziej zaawansowaną dotąd grafikę. Dlaczego więc gracze nie zapałali do Insygniów miłością? Przede wszystkim wyraźnie było czuć, że gry te zostały przygotowane w pośpiechu. Widać było, że zabrakło tzw. ostatnich szlifów, które uczyniłyby grę bardziej spójną. Graczom nie spodobało się także bardziej niż dotąd liniowe podejście do fabuły oraz powtarzalność. Ta ostatnia cecha gry związana była z ciągłymi niemal walkami z przeciwnikami, co wymuszała jednak historia zawarta w książkach, a zarazem w filmie. Walki przy użyciu różdżki przypominały dodatkowo klasyczne strzelanki, czego fani dotychczasowych gier także nie pochwalali. Jakby tego było mało, Insygniom zarzucało się również, że są tylko marketingowym narzędziem służącym reklamowaniu filmów.

Grając dziś w którąkolwiek z wyżej wymienionych, rozgrywających się w uniwersum Harry’ego Pottera produkcji można dojść do wniosku, że tak naprawdę świat ów nigdy nie otrzymał prawdziwie dopracowanej gry, która z godnością reprezentowałaby logo HP. Oczywiście rzut okiem na oceny wspomnianych tytułów chociażby na platformie Metacritic może dawać złudne przekonanie, że debiutujące w latach 2001-2011 tytuły od EA były swoistymi perełkami. Zaręczam Wam jednak, że nimi nie były. Tak naprawdę każdej grze czegoś brakowało, pełne były skryptów, powtarzalności i pisanego naprędce kodu, a w na końcu stały się jeszcze marketingową wydmuszką służącą napędzaniu hype’u przed kinowymi premierami. Jednakże w tamtych czasach dawały mnóstwo frajdy, przykuwając do monitorów na długie, długie godziny.

Trzeba mieć jednak świadomość, że wówczas Potterem dosłownie się żyło (prawie oddychało). Nie pamiętam wszak, aby następne lata w popkulturze przyniosły kolejny fenomen na tę skalę. Dlatego też gierczanym przygodom młodego czarodzieja sporo się wybaczało, a wielu słabszych elementów rozgrywki zdawało się nawet nie widzieć. Mam jednak pewność, że z Hogwarts Legacy tak łatwo już nie będzie. Między innymi dlatego, że dzisiejsze gry przyzwyczaiły nas do naprawdę wysokiego poziomu, a także dlatego, że potteromaniacy są obecnie o wiele bardziej wymagający, i to nie tylko w stosunku do gameplay’u, ale także i do fabuły. A tej z książek J.K. Rowling chyba nie sposób przebić.

Udostępnij:

Prawdziwy Gracz poleca się do polubienia

Podobne artykuły

Zobacz wszystkie