Kolejny Deus Ex ma przebić Cyberpunka 2077? Życzę powodzenia, ale lepiej tego nie próbować

Deus Ex rzuca rękawicę Cyberpunk 2077? Powodzenia, ale lepiej nie
Felieton PG Exclusive

Nowy Deus Ex za jakiś czas może znaleźć się w produkcji, a ja nie mógłbym być bardziej szczęśliwy. To w końcu jedna z najważniejszych dla mnie marek, z którą niegdyś zaczynałem całą swoją gamingową przygodę. Jeżeli Eidos faktycznie zamierza pobawić się w powrót do cyklu, nie musi jednak próbować przebić Cyberpunka 2077. To najpewniej odbije się dla nich czkawką.

Cyberpunk 2077 i seria Deus Ex to zupełnie inne gry, ale przez estetykę cyberpunka i tak będą ze sobą porównywane. W jednej mamy epicką historię, filozoficzne dyskursy na temat transhumanizmu, smutną i rażąco realistyczną wizję przyszłości, polityczne intrygi oraz tajne quasi-szpiegowskie działania mające zaprowadzić porządek na tym padole cybernetycznych łez, a w drugiej… jest Keanu Reeves. Nie no, oczywiście żartuję, kocham obie gry bardzo mocno, ale jednak mikrowszczepy JC Dentona na zawsze pozostaną mi bliższe.

Deus Ex to tytan cyberpunku w grach wideo

Marka stworzona przez Ion Storm jest po prostu solidnym kawałem mojego gamingowego jestestwa. Zaczynałem (przewrotnie, wiem) od Invisible War, aby później dopiero zmierzyć się z „jedynką”. Oba te tytuły dały mi coś, czego wcześniej, ani nawet za bardzo później, nie dostałem. Chodzi o olbrzymią możliwość swobody i starannie wykreowany świat przedstawiony. Kto by się spodziewał, że Bunt Ludzkości może przeskoczyć i tę barierkę? Tak się jednak stało, a Adam Jensen z miejsca został jednym z najlepiej wykreowanych protagonistów w historii komputerowej rozrywki. I choć Rozłam Ludzkości spełnił swoje założenia, czegoś tu brakowało i seria umarła, mimo mojego uwielbienia do każdej części. Nie, nie do ciebie The Fall, ciebie tu więcej nie chcemy.

Deus Ex to po prostu seria, która do tej pory była niedoścignionym tytanem cyberpunka w grach wideo. Dlatego nie ma się co dziwić, że gdy w 2012 roku gruchnęła wieść o tym, że nowa gra CD Projekt RED zatytułowana jest „Cyberpunk 2077”, nie mogłem powstrzymać ekstazy. Pamiętam, gdy siedziałem ze znajomymi na skype i czekaliśmy na transmisję na żywo „teaser trailera”. Choć dostaliśmy w zasadzie statyczną scenę, bardzo przypomniała mi ona o Deus Ex i to w zasadzie największy komplement. Zapowiadało się dzieło mogące stanąć do walki z wielkimi i wiecie co? Na wielu płaszczyznach im się udało.

Jak łzy w deszczu…

Mój główny problem z CP77 to tak naprawdę problem ze mną. Nie spodziewałem się gry, jaką dostałem. Od samego początku miałem wizję zupełnie innej produkcji, zarówno jeżeli chodzi o klimat, tło fabularne, jak i niektóre mechaniki. Zamiast Deus Ex, CDPR stworzyli coś w istocie przeciwnego. DE stał przekrętami wysokiego szczebla i był epicką (w pierwotnym tego słowa znaczeniu) epopeją science-fiction. CP77 postawił na przyziemną historię o mniejszej skali opartą na osobistych historiach postaci. W DE przez całą grę kształtowały się losy całego świata, a w Cyberpunku dbaliśmy przede wszystkim o nasz własny zadek. Żeby nie było – nie ma w tym nic złego.

Jeff Grubb stwierdził, że Eidos chce ”zrobić to, czego nie potrafił Cyberpunk 2077” i w sumie nie do końca wiem, o co tu może chodzić. CP77 nie potrafił początkowo tylko dobrze działać, a wszystko inne wyszło mu w zasadzie świetnie, choć inaczej od tej drugiej serii. I tutaj pojawia się moja obawa, bo jeśli twórcy chcą stanąć do walki z CP77, będą musieli się co najmniej z grą zrównać. Oznacza to teoretycznie wejście na poziom w pełni otwartego świata, co dla cyklu mogłoby skończyć się tragicznie. Wielką siłą DE jest wyraźny podział na struktury i opowiadanie o rzeczach wielkich za pomocą „niewielkich” narzędzi. To trochę taki gamingowy Blade Runner, a CP77 znacznie bliżej do growej wersji Johnny’ego Mnemonica.

Być może wcale nie o skalę gry chodzi, a o opowieść, ale pod tym względem wręcz nie wypada ubliżać polskiej produkcji. Stawiam jednak, że chodzi przede wszystkim o samą wizję cyberpunka. CDPR mocno zarysowało rozważania na temat kulturowego wpływu technologii na nasze życie, ale to jednak Deus Ex połączył renesansowe, humanistyczne filozofie z przyszłością, w której zabrakło właśnie człowieka. Pod tym względem kibicuję im, jak mogę.

Bóg w zardzewiałej maszynie?

Wolałbym natomiast, aby Eidos pozostawił CP77 tam, gdzie jest i zajął się rozwojem własnego uniwersum, nie oglądać się na „konkurencję”. Szczerze wątpię, aby dostali taki budżet i możliwości, żeby mogli stworzyć „Cyberpunk 2077 killera”. Tak ambitne plany pod wieloma względami mogą skończyć się dla tej marki tragicznie, bo po prostu chodzi w niej o wszystko, o co nie chodzi w CP77.

Czy nowa część DE może być rebootem? Kontynuacją przygód Adama Jensena? Jeśli mam być szczery – urwanie jego historii na Rozłamie Ludzkości to potwarz dla kierunku, w jakim poszła seria. Najlepszym wyjściem jest po prostu kontynuowanie tego, co znamy, ale w next-genowym wydaniu i z paroma nowymi pomysłami, a nie rzucanie rękawic CDPR. Reboot mógłby się udać, ale tylko w przypadku powrotu do 2000 roku, idei immersive sima i przywrócenia klasyki. No, ale od tego mamy akurat remake’i, które stwarzają mniejsze pole do totalnego skopania produkcji. Ja chcę tylko powrócić do szpiegowskich intryg i futurystycznej rozpaczy w wydaniu, w którym dziś ta legendarna seria żyje w mojej głowie. Aby tylko moja własna nostalgia nie okazała się czymś, co zaślepi najwyraźniej ambitne aspiracje deweloperów…

Udostępnij:

Prawdziwy Gracz poleca się do polubienia

Podobne artykuły

Zobacz wszystkie