The Last of Us Part II Remastered - recenzja. Remaster niemal jak DLC

Recenzja The Last of Us Part II Remastered. Czy nowa wersja nowej gry jest potrzebna?

Gra: The Last of Us Part II Remastered

Producent: Naughty Dog

Recenowana na: PS5

Ależ się gromy posypały na Naughty Dog przy okazji zapowiedzi The Last of Us Part II Remastered! Nowa wersja nowej w zasadzie gry, zdaniem wielu, nie jest w ogóle potrzebna. Też tak myślałem, ale po ograniu remastera muszę stwierdzić, że fani, jak zwykle, mogą być spokojni.

TLoU 2 w nowej edycji to zupełnie inna sprawa niż remake w postaci The Last of Us Part I. Pierwsza część genialnej serii od PlayStation dostała pełnoprawny remake, grę stworzoną niemal od początku, acz opartą na znanym wszystkim dziele. Grafika, mechaniki, a nawet po części i feeling gry zostały zmienione, więc w teorii fani nie powinni być o to źli. The Last of Us Part II Remastered to wydanie natywnej wersji PS5 pierwotnej gry, bez większych zmian w jej strukturze czy oprawie. Deweloperzy zadbali jednak o tyle nowości, że nie powinniśmy martwić się taką praktyką. Mimo wszystko – nie każdy znajdzie tu coś dla siebie.

The Last of Us Part II Remastered to niewielkie zmiany w wielkim dziele

Od początku chcę jednak zaznaczyć, że nie będę tu oceniał samej gry z jej pierwotnego wydania, w postaci fabuły, misji i tak dalej. Jeśli graliście, to oceniliście zapewne sami, a jeśli nie, to bez ogródek powiem, że wersja remastered to najlepsze, na co mogliście liczyć i wstyd nie nadrobić tej wybitnej historii (acz kontrowersyjnej jak jasna cholera). Skupiam się na zmianach, ale przede wszystkim na nowościach, w tym tej jednej „wielkiej” atrakcji.

Odpalając ulepszoną edycję gry, naszym oczom ukazuje się w większości to, co znaliśmy już wcześniej. Nowości ukryte są w detalach, a zasadniczo w odpowiednich nowych opcjach w menu głównym gry. Nim jednak postanowimy zagłębić się w zupełnie nowym trybie, warto sprawdzić, czy w ogóle natywna wersja na PS5 ma rację bytu. W końcu oryginał i tak dostał aktualizację do 60 fpsów, więc czy potrzebne były jakieś zmiany? Niby nie, ale zawsze miło jest w pełni wykorzystać potencjał DualSense, a także – lub przede wszystkim – cieszyć się grą w pełni dostosowaną pod obecną generację.

The Last of Us Part II Remastered wspiera natywne 4K w trybie jakości lub 1440p przeskalowane do 4K w trybie wydajności, a posiadacze telewizorów ze wsparciem VRR mają też opcję odblokowania liczby klatek na sekundę. Te „bajery” są o tyle istotne, że faktycznie znacząco poprawiają doświadczenie z grą, która wygląda i działa dokładnie tak, jak oczekujemy tego po PlayStation 5.

DualSense wymiata

Do tego możemy w pełni cieszyć się choćby wsparciem wspomnianego DualSense, czyli mamy pełną haptykę i adaptacyjne triggery, co daje zupełnie nowy poziom immersji w trakcie dynamicznych i krwawych potyczek. Muszę jednak przyczepić się nieco do niewykorzystanego potencjału, bo choć triggery jak zwykle działają świetnie, to różnorodność efektu i „nacisku” jest dość niewielka, więc w praktyce każda spluwa wydaje się taka sama. Korzystanie z łuku to jednak absolutne mistrzostwo świata i aż żałuję, że w kampanii tak mało cieszymy się tym narzędziem zagłady.

Deweloperzy od pierwszej zapowiedzi chwalili się, że gra dostała lifting graficzny. I faktycznie, dostała, „graficzno-sprzętowy”, że tak to ujmę. Samych różnic na pierwszy rzut oka możecie nie uświadczyć wcale. Mowa o jednej z najlepiej wyglądających gier minionej generacji, która po dziś dzień prezentuje się wspaniale. Nic więc dziwnego, że skala zmian nie powala, choć obraz jest wyraźnie „czystszy”, rozdzielczość też dostała delikatnego kopa, a reszta tkwi w szczegółach.

Jeśli odpalicie oryginał i wersję remastered na dwóch telewizorach obok siebie, najpewniej uświadczycie różnic, ale niewielkich. Rysowanie obiektów jest nieco lepsze, tekstury są bardziej ostre, z kolei cienie wygładzone. W ruchu wygląda to wszystko lepiej niż w teorii, bo sporo do powiedzenia mają także „podbite” animacje, dzięki którym gra jawi się jeszcze płynniej, niż powinna. To wszystko to tak naprawdę tak niewielkie zmiany, że jeśli kierujecie się chęcią grania po prostu w ładniejszą grę, to odpuśćcie. Nie, nic takiego tu nie ma miejsca, a graficzne freaki być może poczują się usatysfakcjonowani tym jednym dodatkowym szwem na kurtce Ellie. Ot, remaster.

Czysta perfekcja brutalnej walki

Każdy za to poczuje szybsze czasy ładowania, które wynoszą kilka sekund. Rozgrywka jest więc praktycznie „nieustanna”, nieprzerywana żadnymi przeszkadzajkami, czy to w trakcie przechodzenia całej gry, czy we wchodzeniu w nowe opcje w menu. A tych trochę jest, a największa to zupełnie nowy tryb gry – Bez Powrotu. Naughty Dog głosiło, że to coś w stylu roguelike’owego wyzwania dla fanów systemu walki i w zasadzie dokładnie o tym mowa. Nie ma tu narracji, fabuły ani znajdziek, ale mamy te same przewspaniałe mechaniki strzelania, klepania po pyskach i skradania, które znamy. Jeśli za coś kochać serię The Last of Us (prócz fabuły, rzecz jasna), to zdecydowanie za system potyczek, tak brutalny, dosadny i ciężki, że tego typu atrakcja wydaje się wprost stworzona dla tej gry właśnie.

To ciekawe, bo niedawno God of War Ragnarok również otrzymał podobny tryb, ale całkowicie za darmo. W przypadku TLoU 2 twórcy chcą albo 219 zł, albo 40 zł dla tych, którzy tytuł w wersji PS4 już posiadają. 40 złotych to niewiele, szczególnie za naprawdę rewelacyjną nowość. W zamian dostajecie przecież wyjątkowo udany tryb, który dla części fanów może służyć przez długie miesiące. Powiedzmy sobie szczerze – wartość regrywalności The Last of Us Part II do tej pory była niska. Teraz się to zmienia, a przechodzenie przez kolejne etapy roguelike’owych zmagań dostarcza satysfakcji, jakich można było oczekiwać.

Nie jest to jednak nowość dla wszystkich. Jak wspomniałem wyżej, liczy się głównie szybkie myślenie, analizowanie i umiejętności strzeleckie lub skradania. Brak fabuły może zniechęcić część fanów, lecz jeśli również kochacie ten system potyczek, po prostu trzeba w to zagrać. A jak w ogóle się w to gra?

Tryb Bez Powrotu

Najpierw wybieramy postać i jej skórkę. Na samym początku odblokowane są wyłącznie Ellie i Abby, czyli dwie bohaterki głównej kampanii. Obydwie reprezentują tym samym swoją własną „świtę”, czyli kolejnych bohaterów odblokowywanych wyłącznie za granie daną postacią. W praktyce wybór awatara ma delikatny wpływ na rozgrywkę, bo teraz każdy heros ma swoje własne „perki”, znacząco wpływające przede wszystkim na początkowe starcia. Dlatego też feeling rozgrywki jest nieco inny, warto podchodzić do stawianych wyzwań od różnych stron.

Cała istota trybu Bez Powrotu opiera się na kolejnych formach potyczek z przeciwnikami, śrubowaniu jak najlepszych wyników i próbie utrzymania się przy życiu najdłużej, jak to możliwe i przejściu przez kolejne mapy dzielone na wybierane samodzielnie etapy. Łatwo nie jest, bo tryb permanentnej śmierci ciąży nad nami niczym widmo, więc nie ma drugich szans, a zginąć można raz – wtedy trzeba zaczynać wszystko od nowa. Do tego, jakby już nie było wystarczająco trudno, między potyczkami nie odnawiają się zasoby. To znaczy, że jeśli skończymy jeden etap z paseczkiem zdrowia i dwoma nabojami, to kolejny zaczniemy w tym samym stanie.

Chyba że skorzystamy z pomocy – poukrywanych na mapach zapasach, amunicji bądź wyposażeniu. W przerwach w bezpiecznej strefie nie tylko ulepszymy broń, ale również zakupimy nowe wyposażenie czy w spokoju zastanowimy się nad tym, czy lepiej jest wytworzyć apteczkę, czy może jednak koktajl mołotowa. Strategiczne myślenie jest kluczowe, bo na samym początku zadań wybieramy jedną z paru ścieżek wyzwań. Każda oferuje inne rodzaje potyczek na innych mapach, finalnie kończąc się na wielkim i trudnym do ubicia bossie. Wszystko super, ale jeśli uda nam się pokonać wszystkie wyzwania, za drugim przejściem boss (a tych jest kilku) może pojawić się losowo, także… powodzenia!

Świetny dodatek esencją The Last of Us Part II Remastered

W każdym razie tryb Bez Powrotu oferuje sporo zabawy i wnosi do gry regrywalność, o którą wcześniej było trudno. Jest tu sporo do odkrycia, bo im więcej gramy, nie tylko odblokowujemy kolejne postacie, ale również i warianty rozgrywki czy wyzwania. Każde z nich może mieć modyfikatory lub dodatkowe zadania (np. przeciwnicy pozostawiają po śmierci bomby albo „ustrzel X wrogów headshotem”). Różnorodne gambity drastycznie zmieniają warunki na polu bitwy. Dzięki temu nigdy żadne przejście nie jest takie samo, a nawet mapy się nie nudzą. Czym innym jest Jackson we mgle, a czym innym z nałożonymi filtrami z trybui fotograficznego – tak, bywają nawet tak dziwne modyfikacje.

W trakcie jednej potyczki musimy działać w cieniu, aby powoli eksterminować wrogów, w innej gra zrzuca na nas fale kolejnych niemilców biegnących z zębiskami na oślep, a jeszcze kolejna dorzuca towarzysza do pomocy. Jest różnorodnie, bywa trudno, a już na pewno Naughty Dog w udany sposób wykorzystało świetną mechanikę walki i pieczołowicie wykreowane poziomy z głównej fabuły.

Czy więc 40 złotych za aktualizację gry to dużo, jeśli zależy nam na tym trybie? Teoretycznie on sam mógłby być w pełni darmowy, tak jak w God of War Ragnarok, ale mówimy przecież o dopracowanej zawartości na wiele godzin. Nadal jednak nie doszliśmy do końca listy nowości w edycji Remastered. Jest nowy tryb dla speedrunnerów, który odpaliłem na chwilę, ale z racji tego, że absolutnie nie obchodzi mnie taka forma zabawy, raczej do niego nie wrócę. Co nie znaczy, że speedrunnerzy nie mają w końcu czego robić. Duży plus, że studio pomyślało także o nich, choć dla większości graczy to zbyteczny dodatek.

Guitar Hero: Fungal Edition

Inną absolutnie fantastyczną formą nowości jest… gra na gitarze. Pamiętacie tę świetną minigrę, w której trzeba było wybierać odpowiednie akordy, a następnie przesuwać paluchem po panelu dotykowym, aby uderzać w struny? To teraz jest dostępna osobno, w formie oddzielnego trybu z menu głównego, wraz z zaskakująco kompetentnymi nowościami. Mamy parę postaci do wyboru, różne „tła” i mnóstwo instrumentów (banjo, gitara klasyczna, elektryczna itd.), a do tego sami możemy komponować własne utwory, nawet z możliwością wyboru efektów gitarowych! Nie spodziewałem się, że The Last of Us Part II Remastered może być tak udanym symulatorem gry na tym instrumencie. Może nie jest poziom Guitar Hero, ale skutecznie zabije czas, jeśli chcemy na chwilę odpocząć od ciężaru starć.

Zaginione poziomy, czyli gra w wersji pre-alfa

Wielu fanów może chcieć sięgnąć po aktualizację przede wszystkim z powodu dodatkowych poziomów, które pozwalają poznać etapy wycięte ostatecznie z gry. Co więcej, jeden z nich ma nawet trafić do 2. sezonu serialu. Brzmi więc jak świetna możliwość pogłębienia głównej fabuły, ale… nie, to nie do końca to. Wielu zapewne błędnie pomyślało, że Naughty Dog dorzuci do gry całe etapy, ale należy wyłącznie patrzeć na to, jak na ciekawostkę dla największych zapaleńców i możliwość poznania developingu gry „od kuchni”. Jeśli liczycie na więcej zawartości do fabuły, to srogo się rozczarujecie.

Nie chcę za bardzo spoilować tego, co czeka największych fanów, bo najlepiej poznać to samemu, ale powiem tylko, że całość – wszystkie trzy poziomy – przejdziecie w jakieś 10 – 15 minut. No, jeśli wybierzecie opcję gry z komentarzem twórców (bardzo ciekawym i świetnie pokazującym proces tworzenia narracji, żeby nie było) to być może spędzicie tam trochę więcej czasu. Przed każdym poziomem jest też opcjonalny film wprowadzający nagrany przez Neila Druckmanna, który tłumaczy, czemu finalnie tego etapu nie dostaliśmy.

Każdy z etapów jest na bardzo wczesnym etapie rozwoju, brakuje im animacji lub tekstur, a jeden to tak skrajnie prototypowa wersja, że nie ma nawet dubbingu. To bardziej spora ciekawostka dla fanów, ale też taka, która w pewien sposób rozszerza historię Ellie i jej traumy, choć docenią to – jak już wielokrotnie wspomniałem – ci, którzy The Last of Us pokochali najmocniej.

Spora paczka zawartości

Nowy tryb (a w zasadzie tryby, jeśli liczyć także opcję dla speedrunnerów i symulator gitary), dodatkowe poziomy, kulisy powstania gry i ulepszenia graficzne. W teorii to wszystko wystarczy, aby odnosić się to The Last of Us Part II Remastered z szacunkiem należytym udanej, nowej wersji świetnej gry, ale Naughty Dog dorzuciło więcej atrakcji. Osobiście ani mnie one nie grzeją, ani nie ziębią, więc mam do nich ambiwalentny stosunek. Po prostu nie przemawia do mnie opcja rozegrania fabuły z dodatkowymi skinami, które możemy odblokować. Mimo wszystko miło, że taki dodatek też się pojawił.

Finalnie muszę stwierdzić, że remaster niemal 4-letniej produkcji nie był absolutnie potrzebny, ale dobrze, że powstał. To zawsze spora dawka atrakcji dla fanów, którzy na nową grę Naughty Dog (a już szczególnie na nowe The Last of Us) muszą chyba czekać jeszcze dłużej. To swoiste powiedzenie „przepraszam” dla wszystkich graczy czekających na anulowane finalnie Factions i pokazanie, że nawet z paroletniej pozycji da się coś wykrzesać. I to nie byle co, a sporą dozę atrakcji, w tym takich, które zdecydowanie wydłużają miłe chwile, jakie można spędzić z tym hitem.

Dlatego też polecam patrzeć na tę edycję hitu Naughty Dog nie tyle jako na jego kompletne czy ulepszone wydanie, a przede wszystkim jako na DLC z największą atrakcją w formie trybu Bez Powrotu z możliwością przechodzenia go wiele razy, nie nudząc się przy tym ani przez chwilę. Gracze się wkurzali, no bo jak to tak “wydać remaster tak świeżej gry?”, lecz – jak zresztą było w przypadku remake’u “jedynki” – twórcy pokazują, że ruch ten ma sens i wcale nie jest wyłącznie próbą wyciągnięcia kolejnych pieniędzy z zakochanych w serii fanów. Jeśli z kolei nie mieliście jeszcze okazji ograć tego dzieła sztuki to… na co czekacie?

The Last of Us Part II Remastered

Niepotrzebne, ale zaskakująco atrakcyjne odświeżenie

Jeśli za niewielkie pieniądze w formie dopłaty do edycji z PS4 możemy liczyć na fantastyczny tryb roguelike i paczkę ciekawych nowości, to mówimy nie o remasterze, a wręcz o bardzo udanym DLC

4

Plusy:

  • Tytuł w pełni dostosowany pod PS5, ze wsparciem DualSense
  • Fantastyczny tryb Bez Powrotu, który znacznie zwiększa regrywalność
  • Symulator gry na gitarze jest zadziwiająco udany
  • Ciekawy dodatek w postaci usuniętych poziomów i komentarza twórców

Minusy:

  • Usunięte poziomy to jedynie ciekawostka
  • W praktyce bez większych zmian w oprawie
Artur Łokietek
O autorze

Artur Łokietek

Redaktor
Zamknięty w horrorach lat 80. specjalista od seriali, filmów i wszystkiego, co dziwne i niespotykane, acz niekoniecznie udane. Pała szczególnym uwielbieniem do dobrych RPG-ów i wciągających gier akcji. Ekspert od gier z dobrą fabułą, ale i koneser tych z gorszą. W przeszłości miłośnik PlayStation, obecnie skupiający się przede wszystkim na PC i relaksie przy Switchu.
Udostępnij:

Podobne artykuły

Zobacz wszystkie