Koniec wymówek. Ta seria trafiła do PS Plus i musicie ją nadrobić

PS Plus - PG
Felieton PG Exclusive

Pod koniec lipca moje serce bardzo urosło, kiedy w sieci gruchnęła wieść, że pewna legendarna japońska seria gier zmierza do oferty PS Plus. Od razu pomyślałem sobie, że być może wreszcie zyska jakiekolwiek uznanie w Polsce i nie będę osamotniony w swojej miłości do niej. Zebrałem Was tutaj, aby porozmawiać o marce Yakuza.

Zanim co po niektórzy z Was zamkną ten artykuł odstraszeni widoczną na pierwszy rzut oka japońszczyzną, pozwólcie, że do czegoś się Wam przyznam: Choć dziś trochę się tego wstydzę, sam patrzyłem na serię zespołu Ryu Ga Gotoku Studio jak na kolejną dziwną markę z kraju kwitnącej wiśni, która nie ma prawa przypaść do gustu mi – wychowanemu na zachodnich produkcjach graczowi, którego najbliższym kontaktem z Japonią jest PlayStation na komodzie. Mimo tego spróbowałem zagrać w demo Yakuzy 5, a kilka lat później w Yakuzę 0, ale w obu przypadkach odbiłem się po kilkudziesięciu minutach. Trzecie podejście do serii, również do Yakuzy 0, zaowocowało jednak tym, że półtora roku temu stałem się jej fanem, a w chwili publikacji tego artykułu kończę Yakuzę 4. Jak do tego doszło? Nie wie… No dobra, wiem – i już Wam opowiadam.

Rzecz w tym, że podchodziłem do serii Yakuza jak do – o z grozo – „japońskiego klona GTA” lub gry mającej w zamyśle przynajmniej przypominać gry Rockstar Games… ale tak nie jest. To głupi, idiotyczny wręcz, ale niestety bardzo popularny stereotyp, za którym stoją osoby, które nigdy nie grały w żadną Yakuzę, a rozgrywkę widziały jedynie na zwiastunach. Lata temu posłuchałem takich komentarzy i dałem się zrobić w bambuko, czego dziś bardzo żałuję. Powtórzę: Yakuza nie jest japońskim GTA i na dobrą sprawę z grami Rockstar łączą ją jedynie gangsterskie klimaty oraz mnogość zawartości w każdej odsłonie. Jeśli zmienicie podejście, będzie łatwiej Wam się wkręcić.

To nie jest „japońskie GTA”!

No to o co tu właściwie chodzi? Nie skłamię jeśli powiem, że drugiej takiej serii nie znajdziecie na rynku. Yakuza to połączenie brawlera, sandboxa i nieskomplikowanego jRPG. W grze przechadzamy się po półotwartym świecie, obijamy buźki przeciwników, wykonujemy zadania główne oraz (często godne serii Saits Row) questy poboczne i (jeśli mamy ochotę) angażujemy się w dziesiątki minigierek takich jak karaoke, automaty arcade czy nawet prowadzenie klubu z hostessami. Rozwijamy też swoją postać, rozdając jej punkty doświadczenia i (choć jest to system w wielu odsłonach bardzo uproszczony) dobierając ekwipunek. Do tego możemy odwiedzać bary, sklepy, restauracje i kluby disco, a także szukać poukrywanych wszędzie znajdziek. Każda Yakuza to wielka piaskownica z masą rzeczy do roboty, które jednak można całkowicie olać, aby zaangażować się w główną historię i uliczne bijatyki. Strasznie to uprościłem, więc jeśli macie jeszcze jakieś wątpliwości, odpalcie sobie pierwszy lepszy gameplay z przechadzki po świecie z dowolnej odsłony, na przykład ten.

Jeśli chodzi o fabułę, Yakuza, choć często żongluje motywami, w gruncie rzeczy opowiada o przedstawicielach japońskiej mafii skupiając się przez prawie wszystkie części na jednym osobniku. Na pięć odsłon, które ograłem, nie mogę wymienić ani jednej, która miałaby nużącą lub po prostu przeciętną opowieść – fabuła to najmocniejsza strona serii i, choć nie ustrzega się dziwacznych dla przeciętnego zachodniego odbiorcy wątków, wciąga, bawi oraz porusza, a na dodatek pięknie zazębia się między częściami.

Fabularnie seria Yakuza jest też doświadczeniem wyjątkowo świeżym dla gracza, który nie ma na koncie zbyt wielu japońskich produkcji, a to za sprawą nieoczekiwanej zmiany tonu opowieści. Wyobraźcie sobie, że poznajecie historię jak gdyby nigdy nic, intryga się kręci i nagle dochodzicie do takiego momentu:

Niedługo po tym disco-szaleństwie możecie liczyć na śmiertelnie poważny zwrot akcji lub poruszającą scenę, która ściśnie Was za gardło i nakłuje Wasze serce tysiącem rozgrzanych igieł… czy jakoś tak. Kocham te nagłe zmiany tonu, naprawdę. Takich sytuacji w całej serii jest od groma – znajdzie się tu zarówno coś dla miłośników poważnych i głębokich opowieści, jak i graczy mających ochotę na luźniejsze lub czasem wręcz abstrakcyjnie dziwne momenty. A jak już przywykniecie do takiej emocjonalnej huśtawki, to bez problemu dacie się jej ponieść.

Spore emocje towarzyszyły mi też przy każdym rozpoczynaniu kolejnej odsłony serii. Choć zdarzają się wyjątki, w większości odsłon większość czasu rozgrywki spędzamy w fikcyjnej dzielnicy Kamurocho, która często wita nas tymi samymi postaciami pobocznymi i lokalami z odsłony na odsłonę. Chyba nigdy nie zdarzyło mi się tak przywiązać do wirtualnej lokacji i zbliżyć się do poznania jej ulic na pamięć. Mógłbym o tym pisać godzinami.

Masz PS Plus Extra lub Premium? Warto dać Yakuzie szansę

Naprawdę uwielbiam Yakuzę, ale nie zamierzam być jednak adwokatem niszy – faktem jest, że wiele osób odbije się od tego cyklu niezależnie od ilości czasu spędzonego z dowolną odsłoną. To BARDZO specyficzne gry, które mają równie wielu fanów, co przeciwników i potrafią żenować dziwnymi dialogami i niekiedy nawet lekko obraźliwym dla zachodniego odbiorcy portretowaniem stereotypów. A jednak serce i rozum nie pozwalają mi nikomu tej serii odradzić – tym bardziej, że każdy subskrybent PS Plus Extra lub Premium będzie mógł ją sprawdzić bez dopłaty a ósma odsłona cyklu (choć pod względem rozgrywki znacznie inna od poprzedników) jest dostępna w sierpniowej ofercie PS Plus Essential. Lepszej okazji do rozpoczęcia przygody z serią chyba nigdy nie było.

I nie, ani PlayStation, ani firma SEGA, ani jej wydawca w Polsce nie zapłacili mi za wychwalanie Yakuzy w niebiosa. Po prostu poczułem swoisty zew obowiązku fana, aby zaprezentować tę markę rodzimym graczom i podbudować grono jej miłośników… A może to po prostu godziny spędzone z wirtualnym karaoke siadły mi na głowę?

Udostępnij:

Prawdziwy Gracz poleca się do polubienia

Podobne artykuły

Zobacz wszystkie