PlayStation idzie na krucjatę po mój portfel, a mi dobrze z moim „syndromem sztokholmskim”

gry usługi - para ludzi narzeka na brak pieniędzy - logo PlayStation
Felieton PG Exclusive

Coś czuję, że niedługo będę musiał wziąć nadgodziny, a może i drugą, albo i trzecią pracę. Ostatnie ruchy PlayStation sprawiają, że mój portfel nie potrafi spokojnie spać, bo doskonale wie, co go czeka. Na horyzoncie – gry usługi.

Ostatnie przejęcie Bungie przez „niebieskich” wywołało spory szum w mediach, także i tych społecznościowych. To firma kojarzona z wcześniejszych części Halo, która obecnie rozwija ogromną grę usługę, jaką jest bez wątpienia Destiny 2.

Bądźmy ze sobą szczerzy – PlayStation nabyło Bungie, by zyskać kolejnych deweloperów mających doświadczenie m.in. w FPS-ach i właśnie grach usługach. Przyznam się, że te drugie działają na mnie dokładnie tak, jak działać powinny. Przyciągają do siebie, zostaję z nimi na dłużej, aż pozostawię twórcom trochę mojego grosza za garść benefitów. Ot, czasem to będzie skórka, czasem nowa misja, nowy pakiet czegokolwiek. Konto w banku zostaje obciążone kwotą jak za grę AAA, a poczucie wydania pieniędzy sprawia, że wrodzone cebulactwo nakazuje mi pozostać jeszcze dłużej przy „moim oprawcy”, bo skoro zapłaciłem, to muszę przecież skorzystać.

Żeby nie być gołosłownym, podam przykład z życia wzięty. Lubię pogrywać w Call of Duty: Warzone. Nawet nie przeszkadzają mi aż tak cheaterzy, bo mam szczęście na nich nie trafiać. Gra ma świetny marketing i często kolejnymi pakietami kosmetycznymi trafia w moje gusta. Możliwość ubrania żołnierza w pstrokaty strój, choć nie ma większego taktycznego sensu, daje mi przyjemność. Zawsze lubiłem się wyróżniać, móc jakoś zaistnieć wśród danej grupy – po prostu poczuć się w jakiś sposób wyjątkowo.

Call of Duty Warzone - gry usługi - zestaw skórek z Attack on Titan
Pakiet skórek Call of Duty o wartości ok. 90 zł

Niestety, ale takie przyjemności w grach wideo kosztują i pakiety budzące moje zainteresowanie potrafią być wycenione na równowartość około 90 zł. Niejedna wyprzedaż Steam pozwoliła mi za tyle złociszy nabyć na promocji ze dwa-trzy tytuły większych i mniejszych wydawców. Niekoniecznie najnowsze, ale dalej w pełni grywalne i pełne zawartości, w które często zespoły deweloperskie wsadziły masę pracy. Co chyba najbardziej przykre w tej całej sytuacji, jakiś anime skin, przy którym pracowała jedna osoba w stosunkowo krótkim czasie, potrafi kosztować więcej od pełnoprawnych gier. O dziwo, to pewnie taka skórka może wzbudzić znacznie większe zainteresowanie od jakiegoś statystycznego indyka.

Nie zapowiada się, by na przestrzeni następnych miesięcy lub lat sytuacja na rynku gamingowym miała się zmienić. Najwięcej pieniędzy przynoszą gry usługi, często oparte o model biznesowy free to play. Nie ukrywajmy – wydawcy i studia to korporacje, które są nastawione właśnie m.in. na zarobek. Dlaczego by nie robić czegoś, co jednocześnie odpowiada obu stronom? Gracze (tacy jak ja), kupując kolejne DLC, skórki i inne opcjonalne rzeczy w grach, tylko dają do zrozumienia, że ten układ im bardzo odpowiada.

I wiecie co? Nie widzę w tym najmniejszego problemu. Gry wideo są przecież często taką odskocznią od tego realnego życia. Pozwalają zatopić się w nierealnych światach, czuć się jak ktoś inny i czerpać przyjemność niemożliwą często w inny sposób do zdobycia. Chcę nabyć jakieś wirtualne dobra, poczuć się z tym lepiej, pochwalić się przed kimś lub po prostu cieszyć się zdobyciem czegoś łechtającego moje ego. Nikt nikogo do niczego nie zmusza. Nie chcecie? Nie kupujcie. Chcecie pograć sobie w pełni wartościowy tytuł bez przesycenia mikropłatnościami? I takie jeszcze znajdziecie na rynku. Mam jednak nadzieję, że słowo „jeszcze” nie jest jakąś krypto-przepowiednią, która się niebawem sprawdzi.

Promocje

Zobacz wszystkie
Udostępnij:

Prawdziwy Gracz poleca się do polubienia

Podobne artykuły

Zobacz wszystkie