Pierwszy Doom to klasyka. Ta strzelanka naprawdę zmieniła gry wideo

Doom
PG Exclusive Publicystyka

Nie można mówić o grach retro, nie zwracając uwagi na tytuły, od których wszystko się zaczęło. W tym przypadku mowa o strzelankach, bo dziś obiektem naszego zainteresowania będzie Doom. Kilka broni, punkty zdrowia i hordy wrogów, których jedynym celem jest zmiecenie nas z powierzchni Marsa. Brzmi jak klisza? Wtedy nie znaliśmy takiego pojęcia!

Lata 90., wszystko było po raz pierwszy

W naszym cyklu Retro nadszedł czas na poważną wycieczkę w przeszłość. Tym razem na tapet trafia Doom, czyli strzelanka, od której wszystko się zaczęło. Nie ma w tym stwierdzeniu ani grama przesady. Jest rok 1993, do mieszkań milionów graczy trafia 16-bitowy Super NES, a na listach sprzedaży królują bijatyki w postaci Mortal Kombat i Street Fighter II. Branża gier wygląda zdecydowanie inaczej, niż dziś. Pomijając już aspekty wizualne, popularne gry opierają się na charakterystycznych bohaterach, jest wśród nich Mario, Sonic czy nawet piłkarze z gier sportowych.

Wtem na arenę wkracza on — tajemniczy Marine, który podczas misji na Marsie został opuszczony przez towarzyszy. Ci zginęli z rąk, szponów i ognia tajemniczych demonów, które przejęły ludzką placówkę badawczą. Nie była to jednak inwazja kosmitów czy efekt mutacji i eksperymentów. Oto bowiem otwarte zostały wrota piekieł, z których tłumnie wypełza plugastwo wszelkiej maści. Naprzeciwko niego stajemy my — samotni, choć piekielnie morderczy. Poznajcie Doom Guy’a, pierwsze kozaka brutalnych strzelanek, które zawładną umysłami graczy na całym świecie.

Doom
Amunicja, zdrowie, pancerz i broń – czego chcieć więcej?

Doom był pierwszy, ale nie do końca

Gdy odwiedzimy dziś stronę gry na platformie Steam, nie brak tam komentarzy i opinii mówiących o legendzie FPS-ów, grze-protoplaście gatunku i tego rodzaju komplementów. W rzeczy samej Doom był pionierski, ale warto pamiętać, że… nie do końca. Studio id Software miało nawet wtedy, lata temu kilka hitów na swoim koncie. Ba, jedną z ich gier był Wolfenstein 3D, czyli mocno kontrowersyjna strzelanka w klimatach II Wojny Światowej. Nie brakowało tam symboli (wiecie jakich), a nawet pojedynku z pewną niesławną postacią historyczną. Mimo to, to właśnie Doom pociągnął wózek i zmienił obraz gier wideo.

Można tu wymienić sporo trafnych decyzji deweloperów. Jedną z nich było rozprowadzanie gry na zasadzie shareware, do tego relatywnie niskie wymagania sprzętowe i masę technicznych sztuczek, które z jednej strony sprawiały wrażenie, że gra wyglądała niesamowicie, z drugiej oszukiwały nieco nasze oczy. Ot, choćby grafika 3D – czy Doom faktycznie był trójwymiarowy? Teoretycznie tak, a na pewno bardziej, niż wspomniany wcześniej Wolfenstein. W rzeczywistości jednak to sprytny projekt tekstur i perspektywy sprawiał takie wrażenie.

Doom
Doom

Nie jednak same techniczne rozwiązania sprawiły, że w grze z miejsca zakochało się wiele osób. Najważniejszy (przynajmniej dla mnie) był od samego początku klimat. Wolfenstein był dość… pusty, może sterylny. Pamiętamy przecież te dość dziwne, niebieskie wręcz lokacje. Doom dla porównania z miejsca dawał znać, że oto jesteśmy osaczeni na Marsie, a nasi wrogowie są z piekła rodem. Było brutalnie nie tylko ze względu na używaną broń, ale i projekty poziomów. Każdy zakamarek informował nas, że to nie koniec i nie czas na odpoczynek.

To właśnie ta intensywność sprawiła, że gracze szybko pokochali nowy sposób prowadzenia strzelanek. Dzisiejsze tytuły są obudowane fabułą, wieloma funkcjami, jednak u swoich podstaw mają tą pierwotną radość strzelania i pokonywania wrogów rodem z Dooma. A Doom był pierwotny i to stanowiło o sukcesie gry. Niedawno pisałem o Tekkenie, który uznaję za idealny archetyp bijatyki. Dziś to samo mogę powiedzieć w kontekście gier FPS, gdzie celem jest walka i zwycięstwo, wraz z całą radością wynikającą z naciskania spustu.

Niczego zbyt wiele

Oryginalny Doom był świetny sposobem na wyluzowanie i rozładowanie emocji czy napięcia. Gra nie zwalniała, nie kazała nam w żadnym momencie przystopować. Cel był jeden, ciągle ten sam — walka! Rozgrywka była oczywiście urozmaicana. Projekty poziomów pozwalały się zgubić, gdzieniegdzie czekały na nas tajemnice, a wrogowie byli różnorodni. Nawet dziś kolejne uruchomienie gry pozwoli nam znaleźć coś nowego, jak choćby inny sposób na pokonanie potężnego przeciwnika. Rzucić się na niego ze wszystkim, co mamy? A może wykorzystać ataki innych wrogów? Nie istniała tylko jedna droga do celu.

Doom to trochę jak jazda po autostradzie. Gdy inne gry każą nam niekiedy kluczyć przez zakamarki, wąskie ulice i zmieniają tempo, strzelanka id Software od razu wrzucała najwyższy bieg, a po drodze nie było żadnych progów zwalniających. Zresztą o potrzebie prędkości informował nas też licznik czasu. Co bardziej zmotywowani gracze brali go sobie do serca, jeszcze szybciej rozprawiając się z kolejnymi hordami.

Zabawa dla wielu graczy? Wtedy był to kosmos!

Doom nie był pierwszą strzelanką, która budziła kontrowersje. Strzelaliśmy już w innych produkcjach, szokowały nas inne tytuły, skąd zatem pierwiastek wyjątkowości, który sprawił, że dzieło id Software tak bardzo wpłynęło na branżę gier wideo, jak i samych graczy? Z jednej strony można by mówić o rozwoju technologii tworzenia gier, ale to była ewolucja, nie zaś rewolucja. Może świetna optymalizacja i działanie na wielu sprzętach? To dobry argument, chodzi jednak o coś innego.

Na scenę wraz z premierą pierwszego Dooma wkroczył bowiem niesamowity jak na swoje czasy tryb multiplayer. Banda graczy mogła się między sobą naparzać w nieskończoność. Rozgrywka działa się na kilku świetnie przygotowanych mapach, a po drodze nie czekały nas żadne zbyt skomplikowane funkcje czy elementy. Ot, każdy jest uzbrojony i próbuje pokonać oponenta. To właśnie wtedy popularnością zaczęły cieszyć się imprezy LAN, dzięki którym garstka znajomych przenosiła się do zupełnie innego wymiaru, nawet siedząc w tym samym pokoju.

Doom
Doom dawał nam to, co potrzebne do bezprecedensowej rozwałki

Jeżeli deathmatch, to właśnie Doom, w którym wszystko to się zaczęło. Nie zapominajmy też o genialniej decyzji twórców, którzy postanowili zachęcać graczy do tworzenia zawartości takiej, jak nowe lokacje. Po latach pierwszy Doom dorobił się bardzo dużej, wiernej i zorganizowanej społeczności. Ta pozwoliła tytułowi rozwijać się, mimo że od premiery mijały kolejne miesiące. Dziś można stwierdzić, że cały ten pomysł na strzelankę był banalny. No ale właśnie, dziś — a wtedy gracze otrzymali coś takiego po raz pierwszy. Gdy odpalicie już nowe Call of Duty, Battlefielda, czy nawet zechcecie wrócić do serii Unreal to wiedzcie, gdzie te gry miały swój początek.

Doom na nowo. Pomysł ponadczasowy

Można pomyśleć, że po latach ten dość banalny pomysł w końcu zmęczy graczy. Siekanie wrogów jest świetne, ale ile można? Okazuje się, że wprowadzając regularne usprawnienia i dodając nowe pomysły, gra takiego rodzaju będzie bawić jeszcze długo. Idealnym przykładem są kolejne odsłony serii — nawet te, które pojawiły się na rynku w ostatnich latach. Dziś śmiało przyznaję, że jest to jedna z tych marek, którą spotkał los doprawdy wymarzony. Wszystko za sprawą gry z 2016 roku.

To właśnie wtedy pojawił się… Doom. Bez numerków i podtytułów zdecydowano się na odpalenie kultowej marki na nowo. Można uznać to za reboot i z miejsca mamy do czynienia z najlepszym przykładem robienia gier na nowo. Nadal mamy do czynienia z brutalnym, choć niezbyt wygadanym głównym bohaterem, znowu trafiamy na Marsa i tak jak wcześniej, próbujemy zmasakrować hordy piekielnych przeciwników. Trzon rozgrywki pozostał taki sam, ale wszystko inne jest… jakieś inne, nawet lepsze.

Gra bawi niczym w czasach pierwotnej sławy, bohater wyposażony został w nowe umiejętności, a posiadane bronie można rozwijać, zmieniając ich charakterystykę. Trend ten kontynuowano za sprawą Doom Eternal z 2020 roku, oferując nam jeszcze lepszą grafikę i ciekawszą rozgrywkę. Bez cienia wątpliwości uznaję to za genialnie poprowadzony rozwój serii, dzięki samym dobrym decyzjom deweloperów. Nic tu nie zostało przekombinowane, czy zmienione w sposób niedopuszczalny.

Eksponat z muzeum interaktywnego

Dziś na serię Doom można patrzyć dwojako. Z jednej strony to klasyk, który swego czasu nadał kierunek całemu gatunkowi, dziś gramy w jego protoplastów i gry po prostu bardziej zaawansowane. Druga perspektywa to nieustająca zabawa, czy to w nowych odsłonach, czy tych starych. Na pewno trzeba serii oddać to, że doskonale znosi próbę czasu. Nawet “jedynka” regularnie pojawia się w branżowych mediach i forach, choćby za sprawą zabawnych portów na inne urządzenia. Czy wiecie, że Doom działa na kosiarce?

Działa też na konsolach, pecetach i platformach mobilnych. Nie ma zatem powodu, aby nie wrócić do tej serii — zarówno w pierwszej, jak i najnowszej odsłonie.

Dawid Szafraniak
O autorze

Dawid Szafraniak

Redaktor
Pierwsze growe szlify zbierał jeszcze w erze PS1, aby później zapoznawać się z kolejnymi wcieleniami japońskiej konsoli, skosztować Xboksa i Switcha. Ostatecznie najbardziej lubi PC, a ostatnio nawet i granie w chmurze. Królują u niego FPS-y, gry akcji nieczęsto górujące nad filmami i tytuły wyścigowe, które podobno #nikogo. Święta Trójca gamingu? Pierwsze Modern Warfare, seria Mass Effect i Uncharted. Bez tego nic nie miałoby sensu. Poza grami lubi planować kolejne podróże i chwytać za aparat fotograficzny podczas meczów piłki nożnej.
Advertisement
Udostępnij:

Podobne artykuły

Zobacz wszystkie