Destruction AllStars brzydki pan

Destruction AllStars – recenzja. Wyszło trochę nijako

0 komentarzy

Destruction AllStars czerpie garściami z klasyków gatunku – oto, co mogłabym napisać o tej grze. Mogłabym – ale wtedy zełgałabym okropnie.

Jestem fanką FlatOutów i Destruction Derby. Z sentymentem wspominam szczególnie tę pierwszą serię – o blasku karoserii gniecionej o poranku i psychopatycznych minigrach z kierowcami mogłabym napisać epopeję. Dlatego postanowiłam dać szansę produkcji od Lucid Games (autorów m.in. Switchblade). Oczywiście nie spodziewałam się tytułu idealnego; miałam jednak cichą nadzieję, że granie w AllStars da choć namiastkę radochy, jaką dawało przed laty niszczenie pojazdów we wspomnianych grach. Niestety okazało się, że oczekiwałam za wiele. Ale wszystko po kolei.

Destruction AllStars jest tytułem nastawionym głównie na rozgrywkę multi, w którym jeździmy autem po arenie, siejąc spustoszenie wśród przeciwników. Generalnie chodzi tu o to, by jak najmocniej komuś przydzwonić – tak, jak miało to miejsce w poprzednich grach tego typu.

Po pierwszych chwilach spędzonych z produkcją nietrudno zauważyć, że jakieś to wszystko podobne do Fortnite’a. W battle royale od Epików nie gram, albowiem jestem poważną osobą (to wersja oficjalna; wersja mniej oficjalna jest taka, że nie lubię przegrywać z dzieciakami, które czynią mi łomot w tej grze). Niemniej postanowiłam nie uprzedzać się do AllStars – a przynajmniej nie na samym początku.

Destruction AllStars – tryby

Multiplayer oferuje cztery tryby, w których możemy się wyżywać na innych graczach. Pierwszy z nich to Mayhem, czyli swego rodzaju deathmatch z udziałem aut. Niszczymy i dostajemy za to punkty. A im mocniej uderzamy, tym lepiej jesteśmy nagradzani. Kolejny rodzaj rozgrywki to Gridfall , czyli coś w rodzaju potyczek battle royale. Na stadionie jest 16 zawodników. Arena stopniowo się zmniejsza, a naszym zadaniem jest strącanie z niej przeciwników. Jeśli sami spadniemy, możemy wrócić do gry, ale tylko określoną liczbę razy.

Następne jest Carnado. Tu za zniszczenia dostajemy zębatki, które musimy dostarczyć do tornada wirującego na środku areny. Jest jeszcze jeden tryb: Stockpile. To to samo co Carnado, z tym jednak wyjątkiem, że tutaj aby kolekcjonować zębatki, musimy wysiadać z samochodu. Oczywiście trzeba uważać przy tym, by nas nie rozjechano.

Poza multi jest tu też coś w rodzaju kampanii dla pojedynczego gracza. Jednak do tego trybu nie mamy pełnego dostępu. Pełen zakres kampanii dla singla dostępny jest po dokonaniu mikropłatności. To samo dotyczy paru innych – bardziej kosmetycznych – elementów produkcji.

Postacie, auta, areny

W AllStars jeździmy trzema rodzajami aut: dużymi, średnimi i lekkimi. Jak nietrudno się domyślić, te pierwsze są masywne i trudno je zniszczyć, ale za to są wolniejsze niż druga i trzecia grupa pojazdów. Z kolei lżejsze śmigają szybciej, ale za to szybciej idą na złom. Dodatkowo każdy z bohaterów dysponuje swoim własnym autem, które przynosi większe szkody niż pojazdy dostępne na arenach. Auto odblokowujemy, chodząc po mapie piechotą i zbierając kryształy.

Czasem wyjście z wozu jest konieczne – na przykład gdy samochód nam wybuchnie lub ktoś go ukradnie. Wtedy wcielamy się w bohatera i obserwujemy wszystko w TPP. W Destruction AllStars dostępnych jest 16 postaci. Każda z nich wyróżnia się na tle innych zarówno wyglądem, jak i umiejętnościami specjalnymi. Tutaj akurat twórcy się postarali – duża liczba bohaterów z indywidualnymi cechami daje pewne urozmaicenie.

Natomiast w przypadku aren nie ma już wielkiego zróżnicowania. Nie dość, że jest ich niewiele, to jeszcze zaprojektowano je tak, by gracz doświadczał uczucia de ża wi. Po przejściu z jednej na drugą trudno oprzeć się wrażeniu, że jesteśmy w tym samym miejscu, tylko kolorki jakby zmieniono.

Co na tak, a co na nie w Destruction AllStars

Jestem prawie pewna, że jeśli chodzi o kampanię dla pojedynczego gracza, to nie ma co żałować jej braku. Po spędzeniu paru godzin w multi miałam tej gry na tyle dość, że na pewno nie skorzystałabym z możliwości dokupienia czegokolwiek. Parę dodatkowych wyzwań nie uratuje sytuacji, która jest, jaka jest. Jest trochę nudnawo.

Destruction AllStars samochód

Generalnie tytuł potrafi wciągnąć – szczególnie na początku, gdy poznajemy jego możliwości. Gdy AllStars mi się pobierało i nie miałam jeszcze żadnych dostępnych opcji prócz samouczka, szkolenie przeszłam dwukrotnie. Bo tak fajnie to wszystko wyglądało. Jednak po spędzeniu jednego wieczoru z produkcją niektórzy zauważą, że nie jest to tytuł dla nich.

Tym, co może się podobać, jest efektowny model zniszczeń. Widok przelatującego przez ekran koła z auta, na które przed momentem wpadliśmy z impetem to z pewnością coś, co chcielibyście zobaczyć po ciężkim dniu w pracy. Oczywiście nie ma mowy o tym, czego można było doświadczyć we FlatOucie. Bo niestety mimo wszystko jest tu jakoś tak bardziej plastikowe i drętwe.

A skoro o drętwocie mowa: AllStars powinno otrzymać specjalną nagrodę za wybitnie nieudany, toporny model sterowania. I nie mówię tu o możliwościach DualSense, bo ten robi robotę z wibracjami i triggerami. Po prostu sposób, w jaki nasza karząca ręka może dotykać przeciwników, jest irytujący i odbiera niemal całą przyjemność z grania. Ot, jedziemy sobie do przodu i gdy zbliżamy się do innego auta czy postaci, odchylamy prawą gałkę w jedną z trzech stron świata, by zadać cios z przyspieszeniem. Jadąc szybciej, łatwo przeoczyć właściwy moment – a wtedy musimy obejść się smakiem. Satysfakcjonująca rozgrywka widocznie nie jest tym, co twórcy z Lucid Games stawiali na pierwszym miejscu.

W przypadku wywołanego do tablicy DualSense jest całkiem nieźle, choć na pewno kolejne next-genowe gry o podobnej tematyce zaoferują jeszcze więcej. Ale jak na pierwszy tytuł o niszczeniu pojazdów wykorzystujący technologie kontrolera, nie ma na co narzekać. Pad reaguje na przykład na poziom zniszczenia auta. Gdy pojazd okres świetności ma za sobą, odpowiedzialne za gaz i cofanie triggery zaczynają działać bardziej opornie.

Graficznie ujdzie

Gra oferuje przyzwoitą oprawę wideo, choć biorąc pod uwagę możliwości next-gena, to także i w tym przypadku można się było spodziewać czegoś jeszcze lepszego. Zresztą nie do końca przypadła mi do gustu Fortnite’owa stylistyka, ale wstydu nie ma. Wybuchy i latające opony prezentują się nieźle. AllStars należy również pochwalić za wysoką płynność – 60 klatek na sekundę to tutaj norma.

Jeśli chodzi o dźwięk, to wszystkie „odgłosy natury” (czyli silniki, wybuchy, głosy komentatorów) brzmią dobrze. Za to muzyka jest mało interesująca, a czasem nawet mdła.

Ostatecznie wychodzi na Plus?

Destruction AllStars daleko do tego, co prezentowały klasyczne produkcje tego rodzaju. Rozgrywka nie jest zanadto satysfakcjonująca, choć powinna – przecież nie ma innego gatunku, który dawałby możliwości tak radosnego wyżycia się po ciężkim dniu. Naprawdę można było jakoś lepiej obmyślić mechaniki. To samo dotyczy oprawy audio-wizualnej – fajerwerków tu nie ma. Niezbyt pomaga tutaj innowacyjność technologii DualSense – co z tego, że pad fajnie reaguje, jeśli po paru godzinach zaczynamy ziewać z nudów.

Destruction AllStars kotka

Jest jeszcze jedna rzecz, którą powinniście wiedzieć o tej produkcji. W marketach kosztuje ona aktualnie 349 złotych, a to zdecydowanie za dużo. A już w ogóle nie do pomyślenia jest fakt, że nawet jeśli zdecydujemy się na zakup gry w wersji fizycznej, to i tak kampanię dla pojedynczego gracza i skórki odblokujemy wyłącznie poprzez mikrotransakcje. To nawet nie jest śmieszne.

Sytuację mocno ratuje fakt, że gra jest dostępna w ramach usługi PS Plus. Można ją dodać wyjątkowo przez dwa miesiące, nie przez miesiąc – a konkretnie do 2 kwietnia. Jeśli tak się rzeczy mają, to można ten tytuł sprawdzić – zainstalujcie, pograjcie i wtedy sami wyrobicie sobie zdanie na jego temat.

Destruction AllStars

Wyszło drętwo, a mogło być tak pięknie

Destruction AllStars mogło zaoferować wiele - i oferuje wiele, ale w tym negatywnym sensie. Najbardziej rozczarowuje zmarnowany potencjał na rozgrywkę, który wynika głównie z topornego systemu sterowania. Jest nudno i plastikowo. Subskrybenci PS Plus mogą jednak sięgnąć po tę grę - chociażby z czystej ciekawości, by sprawdzić, czy działa im DualSense.

3

Plusy

  • Płynność gry
  • Odzwierciedlenie zniszczeń przez DualSense
  • W cenie PS Plus można wypróbować...

Minusy

  • ... ale nie za 350 złotych!
  • Mikropłatności
  • Toporne sterowanie
  • Oprawa audio-wideo mogłaby być lepsza
  • Szybko się nudzi

Dagmara Kottke

Przygodę z grami zaczynała od tytułów takich jak Worms, THPS i Pizza Connection 2. Aktualnie obcuje przede wszystkim z produkcjami strategicznymi i pomysłowymi indykami; ogólnie gra w tytuły, w które nikt nie gra – i czyta książki, których nikt nie czyta.
Rejestracja konta

Dołącz do grona użytkowników Planety Gracza

Chcesz brać udział w konkursach, wygrywać nagrody i wiedzieć o najnowszych premierach jako pierwszy? Zarejestruj się i dołącz do naszej społecznośći.
Rejestrując się, akceptujesz regulamin naszego serwisu

Masz już konto? Zaloguj się