Recenzja Darkest Dungeon. Podróż w świat mroku

Lubicie gry przystępne, lekkie i nieprzysparzające trudności? W takim razie Darkest Dungeon nie jest dla Was.

To co oferuje produkcja Red Hook Studios to trud, pot i łzy! Warto jest jednak podjąć wyzwanie i przekonać się na własnej skórze, jak wielka może być satysfakcja z odniesionego zwycięstwa.

Fabuła produkcji nie jest specjalnie wielowątkowa i złożona, stanowiąc pretekst by przeciwstawić się złu czającemu się w upiornej rezydencji i przyległych do niej terenach. Nie znajdziecie więc tu dylematów moralnych czy nawet możliwości wybrania jednej z kilku opcji dialogowych, tytuł nie jest bowiem klasycznym RPG-iem, a jego odmianą Roguelike, stawiającym na eksplorację mrocznych korytarzy. Kluczem do sukcesu będzie więc skompletowanie drużyny śmiałków i wysłanie maksymalnie czterech kompanów w kierunku kniei, ruin czy wybrzeża, gdzie unosi się atmosfera zwiastująca śmierć i cierpienie.

Stoimy w obliczu wszechogarniającego zła

Zespół przyjdzie nam stworzyć rekrutując przedstawicieli wielu zróżnicowanych profesji. Nasze szeregi zasili m.in. krzyżowiec, łowca nagród, kuszniczka czy łowczy. Każda z klas dysponuje unikatowymi zdolnościami, przy czym istnieje kilka alternatywnych ścieżek rozwoju naszych protagonistów. Łatwo więc wyobrazić sobie ekipę składającą się z dwóch arlekinów (błaznów), gdzie jeden z nich wyspecjalizowany jest w wymierzaniu krwawych ataków, a drugi w grze na instrumencie, podnosząc tym samym morale sprzymierzeńców i siejąc zwątpienie w sercach oponentów. Kluczowym elementem jest wyznaczenie adekwatnego miejsca dla każdego z naszych śmiałków w szeregu. Dla przykładu wojownik usytuowany na tyłach ekipy herosów, nie będzie w stanie wykorzystać tkwiącego w nim potencjału, przemyślane ustawienie awanturników jest więc kluczową decyzją. Problem polega na tym, że na skutek użycia umiejętności obmierzłych popleczników zła lub ataku z zaskoczenia, szyk może ulec zmianie. Każda z naszych decyzji powinna być gruntownie przemyślana, całe szczęście gra nie wymusza na nas pośpiechu, potyczki toczone są bowiem w systemie turowym. W bardziej rozbudowanych lochach pojawia się opcja obozowania, która pozwoli w pewnym stopniu zadbać o zdrowie towarzyszy broni. Niemniej i tak niejednokrotnie będziecie musieli ratować się ucieczką, opuszczając zimne i złowrogie obszary.

Darkest Dungeon screeny:

Wreszcie coś, co warte jest uśmiechu

Wracając z karkołomnych eskapad do naszej osady, będziemy mogli zaznać odrobiny wytchnienia. Odwiedzimy więc opactwo, karczmę, szulernię czy zamtuz, by chociaż na chwilę wymazać z pamięci naszych podwładnych koszmary i udrękę. U kowala zaopatrzymy się w coraz to lepszy oręż, a w gildii podniesiemy zdolności nieocenione w walce. Rzecz jasna bez grubej sakiewki nie ma co liczyć na pomoc mieszkańców mieściny, zbieranie złota, a także precjozów (herbów czy portretów), jest więc szalenie istotne. Z kolei dokonując ulepszeń budynków – tak, słusznie zaczynacie czuć zapach serii Heroes of Might and Magic, zyskamy dostęp do coraz to bardziej wyrafinowanych i owocnych metod eksterminowania wszelakich plugastw.

Chcąc powspominać poległych w bataliach najemników odwiedzimy cmentarz, by uronić łzę nad losem naszych ulubionych postaci, które wyzionęły ducha. Zapytacie, a co z możliwością wskrzeszania? W Darkest Dungeon śmierć jest permanentna, będziecie więc zmuszeni przełknąć gorzką pigułkę, jeśli wasz ukochany weteran skona. Odwiedzając karetę bez trudu jednak pozyskacie nowych straceńców, bądźmy wszakże szczerzy, ich los został przypieczętowany, gdy zgodzili się do nas dołączyć. Zapuszczając się na zdradliwe tereny, winniśmy pieczołowicie przygotować się do podróży. Zadbać należy o prowiant, bandaże, mikstury, a w końcu pochodnie – podróż po nieoświetlonych korytarzach będzie dla naszej drużyny wyjątkowo traumatyczna, a uniknięcie pułapek stanie się bez nich znacznie trudniejsze. Deweloperzy postanowili jednak nagrodzić ryzykantów, wojaże w półmroku umożliwią nam znalezienie najbardziej drogocennych przedmiotów.

Nie w lochach toczy się ta wojna, a w głębi ludzkich umysłów

Elementem wplecionym w mechanikę, za który twórcom należą się gromkie brawa, jest obecność stresu. Dbać należy nie tylko o sferę fizyczną członków zespołu, ale i o ich dobrostan psychiczny. Funkcjonowanie w warunkach zagrożenia odbije się na zachowaniu naszego zespołu. Skutkować to będzie obniżeniem statystyk, brakiem subordynacji (zestresowany bohater nie wykona naszego polecenia) czy też nabyciem dokuczliwych przypadłości. Brak stabilności emocjonalnej może doprowadzić do masochistycznych skłonności i zadawania sobie obrażeń, czy nawet zawału serca. Negatywne przymioty możemy zniwelować udając się w osadzie do lazeratu (szpitala), kosztować to będzie jednak pieniądze i czas. Nasz kompan spędzi na terapii nieco czasu, nie będąc natychmiast gotowym do ponownego wyruszenia w drogę. Bardzo pozytywnie oceniam wplecenie mechaniki odpowiedzialnej za pogarszanie się stanu mentalnego członków drużyny. Łatwiej jest przez to zżyć się z bohaterami, którzy doświadczają skutków przerażenia – postacie wykreowane w ten sposób stają się bardziej ludzkie.

Zwiastun świetnie wprowadza w posępny klimat:

Czuję tętent kopyt zagłady

Atmosfera wylewająca się z ekranu, przywodzi na myśl dzieła klasyka horroru Howarda Phillipsa Lovecrafta. Piorunujący efekt został osiągnięty dzięki dwóm elementom składowym produkcji: oprawie wizualnej oraz roli narratora. Grafika 2D wykonana jest z niebywałym kunsztem, projekty postaci, miasteczka, czy niemilców to małe dzieło sztuki. Wykorzystanie stonowanych barw tylko potęguje posępny klimat zepsucia i zgnilizny. Wizja artystyczna w pełni do mnie przemawia, roztaczając sugestywną aurę przerażającego koszmaru. Gdy zobaczycie w akcji antagonistów takich jak Baba Jaga, przyznacie mi racje. Owacje na stojąco należą się również postaci relacjonującej nasze poczynania. W rolę tę wszedł Wayne June, gdy przemawia na skórze pojawiają się dreszcze, jego wyzbyty z emocji, magnetyzujący głos, pozostawia niezapomniane wrażenie. Pochwaliłem formę, ale z treścią wcale nie jest gorzej, śródtytuły występujące w recenzji, którą właśnie czytacie, pochodzą wprost z ogrywanej pozycji. Przeczesując w napięciu podziemne korytarze i słysząc w tle sformułowania narratora, świetnie wkomponowujące się w określony kontekst – takie jak chwiejny taniec na rubieżach otchłani, gdy zostanie nam zadany druzgocący cios – nie sposób pozostać obojętnym na świetny styl wypowiedzi. Kinowa polska wersja językowa przygotowana została solidnie, dobrze oddając zamysł pracowników studia Red Hook.

Powolna śmierć nieprzewidywalna i nieubłagana

Sięgając po Darkest Dungeon musicie wiedzieć jedno – gra jest trudna, bardzo trudna. Zapomnijcie o jakiejkolwiek taryfie ulgowej. Jestem przekonany, że wiele osób odbije się od produkcji, która wymaga od gracza wielkiego samozaparcia i cierpliwości. Dla wielu frustrująca okaże się również pewna losowość pojedynków, wszakże to czy w decydującym momencie uda się nam zadać obrażenie krytyczne wrogowi, zależy w niemałej mierze od szczęścia. Fortuna kołem się toczy i niejednokrotnie przez brak przysłowiowego fuksa zginie nasz dopieszczony heros. Zdaję sobie jednak sprawę, że czynnik losowości dodaje adrenaliny w trakcie prowadzonych bitew, jest to więc kwestia podejścia. Bez względu na to, jak bardzo staracie się osiągnąć upragniony cel, niejednokrotnie wasze próby zakończą się fiaskiem. Odpowiedzcie więc sobie na pytanie, czy jesteście wystarczająco wytrwali, by udowadniać grze swoją wyższość? Jeśli w ciągu tygodnia ciężko pracujecie/studiujecie i w wolnej chwili szukacie  nieobowiązującej, przyjemnej rozgrywki pewnie będziecie rozczarowani.

Śmierć stopniowo dozowana

Rozumiem zachwyt hardkorowych graczy, którzy zjedzą zęby na próbach pełnego zinfiltrowania krainy wykreowanej przez twórców. Z drugiej strony pewna powtarzalność rozgrywki, oraz wyśrubowany poziom trudności, odrzucą niedzielnych graczy. Zresztą bądźmy szczerzy, chyba nikt nie lubi rozstawać się z bohaterem, w którego rozwój władował wiele serca i złota. Niemniej w swojej niszy jest to tytuł bezkonkurencyjny, fundujący przemyślaną mechanikę, przepiękną grafikę, niezłą muzykę, przerażających bossów, a nade wszystko ogromne pokłady grywalności. Już tylko od was zależy, czy podejmiecie się desperackiej walki, by przetrwać i ocalić swój umysł od obłędu. Ja jestem na tak.

Ocena: 4/5

Plusy:

  • grafika
  • narrator
  • klimat
  • wysoki poziom trudności (dla niektórych plus)

Minusy:

  • powtarzalność rozgrywki
  • pewna losowość w trakcie starć
  • wysoki poziom trudności (dla niektórych minus)
Bartłomiej Balcerzak

Bartłomiej Balcerzak

Miłośnik staroszkolnych gier RPG takich jak Baldur's Gate czy Planscape Torment a jednocześnie nowszych przedstawicieli tego gatunku z Mass Effectem na czele.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Chronimy się przed spamem, dlatego prosimy, rozwiąż captcha zanim klikniesz WYŚLIJ:

5 Shares
Share5
+1
Tweet