Tęsknię za czasami, kiedy w strzelankach po prostu się strzelało

Quake - dwójka graczy strzela do przeraźliwego potwora
Felieton PG Exclusive

Chciałbym, żeby twórcy gier przestali kombinować jak premier przy budżecie. Czasami warto uciąć tu i tam, zrobić czegoś mniej, aby wszystkim żyło i grało się lepiej.

Zdaję sobie sprawę, że zabrzmię teraz jak typowy boomer, ale co poradzę. Brakuje mi FPS-ów w starym stylu, takich w których wyłącznie się strzela. I wbrew pozorom, wcale nie chodzi mi o strzelanie do kaczek. Kiedy życie w naszym kraju staje się coraz bardziej frustrujące, kiedy nie mogę osłodzić kawy, a kłody z wycinki lasów służą do rzucania ich pod nogi obywatelom, chciałbym, żeby chociaż mój ulubiony gatunek gier pozwolił się odstresować. Mam z tym jednak pewien problem, bo ostatnia strzelanka, która dała mi naprawdę dużo frajdy to DOOM Eternal – stawiający na styl rozgrywki, który w naszej redakcji pamiętam tylko ja i Darek.

Pisząc ten felieton w notatniku Windowsa, zacząłem się zastanawiać, które gry FPS pamiętam najlepiej i chciałbym do nich powrócić w nowej odsłonie. Żeby było jasne, z maksymalnie odświeżoną grafiką i tyle. Reszta powinna zostać jak dawniej. W ten sposób udało mi się wyłonić szczęśliwą siódemkę i choć wiem, że lista ta nie musi być kompletna, to jednak bazując na pierwszych skojarzeniach, otwiera ją Quake III Arena.

Urok kafejek

Mam do tej gry ogromny sentyment. Quake III Arena sprawił, że wsiąkłem w sieciowe strzelanki. Na początku młócenie w multi nie wyglądało jednak tak jak teraz – włączamy sobie grę w domu, dołączamy do randomów i heja. Oj nie. W Arenę zaczynałem grać w kafejce internetowej, gdzie zbieraliśmy się grupką znajomych, zasiadaliśmy przy sześciu komputerach i graliśmy do dwóch godzin (na tyle tylko pozwalał nam często nasz budżet). Nikt nikogo nie hejtował jak dzisiaj, bo wiedział, że po wyjściu z Disneylandu dostanie w trąbę.

Quake’a wspominam jednak bardzo dobrze za prostotę rozgrywki. Żadnego levelowania postaci, czy grzebania w ustawieniach broni. Wystarczyło mieć skilla i znać trochę mapę. Obecnie jak odpalam chociażby Call of Duty, najpierw muszę sprawdzić co tam słychać u mojej postaci, zastanowić się czy aby na pewno obecny zestaw ekwipunku jest dobry, czy czegoś nie zmienić, bo dostałem trochę nowych perków. Jakbym w kafejce odpalił takiego CoD-a, to czas by mi się skończył na granie, zanim włączyłbym pierwszy mecz…

Zaraz obok Quake’a III Areny, bardzo dobrze wspominam Unreal Tournament. Do dziś pamiętam, że na osiedlu były dwa obozy, zwolenników jednej lub drugiej gry. Mimo że każda była nieco inna i jak to mówią, de gustibus non est disputandum, to jednak ziomki skakali sobie do gardeł niczym lewica z prawicą. Ja stałem gdzieś po środku. Dla mnie obie produkcje były równie dobre i czerpałem tyle samo satysfakcji z wbijania fragów za pomocą Rippera jak i Railguna.

Nie na samym PC człowiek strzelał

Na szczęście mój strzelankowy gust nie ukształtowały tylko sieciowe strzelanki na PC. Kilka lat wcześniej zagrywałem się w GoldenEye 007 oraz Turok: Dinosaur Hunter na Nintendo 64. Produkcje jak na swoje czasy imponowały grafiką i były powiewem świeżości w opozycji do ciągłego nawalania w demony czy nazistów. Chociaż nie da się ukryć, że tych drugich równie ochoczo eliminowałem, ale za sprawą pierwszej części Medal of Honor. I wiecie co? Jak porównam do siebie obecnego CoDa do starego MoHa, to jakoś zawsze cieplej wspominam grę od EA. Kampania miała idealny balans pomiędzy misjami typowo zręcznościowymi, a fabularnymi. Zresztą, w Medal of Honor była tylko jedna, w której się nie strzelało, a chodziło w konspiracji po bazie i szukało dokumentów. Była to jednocześnie dla mnie dobra lekcja języka niemieckiego i wiem, że jak dzisiaj bym odwiedził Berlin, to przynajmniej potrafiłbym pokazać policjantowi paszport. W Vanguard z kolei bolą mnie ciągłe przerywniki filmowe, wieczne elementy skradankowe czy zapychacze w postaci misji, gdzie steruje się samolotem. „Po co to komu?” – jak to mawiał klasyk.

Prawdziwe szlagiery

Wspominając dawne strzelanki, nie mogę pominąć Half-Life 2. Gra wręcz legendarna, której kontynuacji domagają się niemal wszyscy boomerzy naszego globu. W tym i ja. Nie będę Was jednak zanudzać opisem tego, co w tej produkcji było fajnego, a było niemal wszystko. Natomiast mimo tego że darzę ogromnym sentymentem HL2, to jest inna gra, od której tak naprawdę wszystko się zaczęło.

Duke Nukem 3D proszę Państwa. Tak wiem, wcześniej były Doom, Wolfenstein 3D, którego też uwielbiam, czy nawet Hexen. Ale to przygody Duke’a były i są moim numerem uno. Gra przaśna z egoistycznym kobieciarzem w roli głównej przemówiła niemal do mnie od razu. Co by też nie ukrywać, podobały mi się takie smaczki jak możliwość korzystania z pisuaru czy kopanie koszy na śmieci. Gra była przy tym prosta jak fryzura Duke’a. Zresztą jeśli chodzi o włosy, do dziś ponoć nie rozwiązano zagadki, kto zapoczątkował modę na ów fryz. Duke, Arnold, czy Rutkowski?

Współczesne gry nie są takie złe

Zapewne pomyślicie sobie, przecież obecnie też mamy bardzo dużo dobrych strzelanek FPS. Serie Far Cry, Metro, BF mogą się podobać. Z jeszcze nowszych mamy Deathloopa. Wszystko fajnie, ale dla mnie te gry są po prostu za duże i trochę za bardzo przekombinowane. Nie mówiąc o tym, że idea otwartego świata w typowych FPS-ach, po prostu mi nie leży. Dlatego tak dobrze grało mi się w Dooma Eternal i mam nadzieję, że będzie się równie dobrze pykało w Unawake. Czekajcie, czy ja przypadkiem nie o tej grze miałem napisać felieton?

Udostępnij:

Prawdziwy Gracz poleca się do polubienia

Podobne artykuły

Zobacz wszystkie