Recenzja Captain Tsubasa Ozora: Rise of New Champions – tylko dla pasjonatów

0 komentarzy

Kapitan Tsubasa, będący piłkarzem Nankatsu FC zwyciężył w niejednym trudnym meczu. Nadszedł czas żeby przekonać się czy gra opowiadająca jego historię wygra pojedynek o Wasze portfele.

Tygrys ostrzy pazury *

Wielu dorosłych użytkowników naszego portalu, wychowało się na bajkach emitowanych na kanale Polonia 1. Niejeden z moich kolegów fascynował się losami młodego pasjonata piłki nożnej, który dzielnie mierzy się z wszelkimi przeciwnościami, by zostać mistrzem. Przy okazji warto nadmienić, że animacja w naszym kraju funkcjonowała pod nazwą Kapitan Jastrząb. Niedawno ukazał się remake serialu, dzięki któremu młodsze pokolenie miało okazje lepiej poznać tą kultową postać anime. Nic więc dziwnego, że bazując na fali popularności uniwersum, deweloperzy ze studia Tamsoft, przygotowali dla złaknionych piłkarskich wrażeń nową grę. Pytanie tylko czy doczekaliśmy się spektakularnego gola czy samobója?

Strzał jutra

Captain Tsubasa Ozora: Rise of New Champions nie jest pierwszą prób ekranizacji kultowego anime. Produkcja traktująca o przygodach kapitana Nankatsu z roku 1988 roku, rozpoczęła cykl gier znany po dziś dzień. Seria nigdy nie podejmowała rywalizacji z Fifą czy Pro Evolution Soccer, jeśli bowiem liczycie na wierne oddanie zasad panujących na boisku, będzie srodze zawiedzeni. Z dużym dystansem należy podejść do akcji uskutecznianych na murawie. Widowisko, którego jesteśmy świadkiem nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Piłkarze wykonują karkołomne zagrywki, a sam mecz przypomina starcie superbohaterów. Piłka przy strzale zamienia się w ognistą kulę, czy zaczyna emanować niebieskim światłem niczym piorun trafiając do bramki. Faule w grze nie istnieją (nawet na polu karnym!), a wszystkie chwyty są dozwolone by odnieść zwycięstwo. Jeżeli przebieg spotkania sportowego przywodzi Wam na myśl znaną z Pegasusa grę Goal 3, to doskonale chwytacie w czym rzecz.

Captain Tsubasa: Rise of New Champions

Upokarzający mecz

Jak tytuł prezentuje się w ruchu? Bardzo przeciętnie, Captain Tsubasa Ozora: Rise of New Champions z powodzeniem mógłoby się ukazać na konsoli PlayStation 3. Postacie poruszają się w sposób mało przekonujący. Niestety można odnieść wrażenie, że każdy z zawodników połknął kij, co negatywnie odbija się na percepcji sportowego widowiska. Stadiony nie przykuwają oczu ilością detali i wyglądają zwyczajnie biednie, a całość mogłaby działać płynniej. Bez względu na to czy za średnich lotów oprawą jest odpowiedzialny brak odpowiedniej ilości gotówki czy niewystarczające umiejętności programistów, studiu należy się żółta kartka.

Niespodzianka na boisku

Interesującym wydaje się zaimplementowanie elementu, zwykle pomijanego w grach sportowych. Mowa o trybie kampanii, który składa się z dwóch scenariuszy. Pierwszy prezentuje historię Tsubasy, który uczęszcza do gimnazjum i planuje wygrać turniej o puchar szkół średnich. Prowadzić będziemy oczywiście drużynę Nankatsu, tworzoną przez takich pamiętnych bohaterów jak Ryo Ishizak, Genzo Wakabayashi, czy Kojiro Hyuga. Wydarzenia ukazane w grze, bezpośrednio nawiązują do historii przedstawionej w anime. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie by nieco zmienić historię znaną ze srebrnego ekranu, np. wygrywając w finałowej walce. zamiast remisować 4:4 – tak jak to miało miejsce w animacji. Druga historia nazwana New Hero, pozwala nam na wybór spośród trzech zespołów: Furano, Musahi, Toho. Tryb ten umożliwia nam stworzenie sportowca, rozwijanie jego umiejętności (całe szczęście brak mikrotransakcji) a także dokonywanie wyborów wpływających na fabułę. Dodatkowo rośnie w nim i tak już nazbyt wyśrubowany poziom trudności.

Orzeł wspierający zawodnika przy strzale? Tego rodzaju widoki to norma w Captain Tsubasa Ozora: Rise of New Champions.

Czarna seria

Czy historia nakreślona w kampaniach, jest w stanie zainteresować kogoś nieobeznanego z anime? Niestety obawiam się, że nie. Gra rzuci Was na głęboką wodę, nie tłumacząc fabularnych zawiłości. Dodatkowo sposób prezentowania opowieści jest delikatnie mówiąc-mało porywający. W trakcie niekończących się przerywników, przysłuchujemy się bohaterom deliberującym na temat obecnych wydarzeń. Miłośnicy Tsubasy poczują się jak ryba w wodzie, widząc znane im postacie. Reszta będzie ziewała do telewizora, lekceważąc otoczkę fabularną i licząc na rychłe rozpoczęcie sportowego widowiska. Ten element żywcem wyjęty z gatunku visual novela,  nie zdaje egzaminu. Widać na każdym kroku, że gra jest skierowana do entuzjastów marki. Im zapewne nie będą przeszkadzać gadające głowy. Do nich też zapewne przemówi fakt, że w grze zastosowano japoński dubbing. Z recenzenckiego obowiązku warto wspomnieć o muzyce. Nie angażuje ona nazbyt gracza, stanowiąc tło i nie przykuwając większej uwagi.

Pojedynek

Kiedy już znajdziemy się na murawie, zdamy sobie sprawę, że Captain Tsubasa Ozora: Rise of New Champions drastycznie różni się od innych gier traktujących o piłce kopnej. Kluczową rolę odgrywa tutaj pasek Spirit Gauge, odpowiedzialny za wykonywanie kluczowych akcji takich jak wykonywanie strzałów czy dryblowanie. Głównym zadaniem jest racjonalne zarządzenie zasobami drużyny, tak by zbić pasek energii bramkarza i zdobyć gola. Pewne analogie do gier RPG są więc zauważalne gołym okiem. Mecze są też przerywane oskryptowanymi scenkami mającymi budować napięcie. Zabawnie wygląda za to piłka, nieomal przyklejona o stóp zawodników. Jeżeli szukacie realizmu w recenzowanej pozycji, to zdecydowanie zmieńcie adres. Trzeba jednak uczciwie oddać, że o ile sama mechanika może przypaść do gustu, to niestety nazbyt wygórowany poziom trudności u niejednego gracza zrodzi frustrację. Niektóre mecze będzie powtarzać przynajmniej kilka razy. Nie mam pojęcia dlaczego w kampaniach nie wprowadzano trybu easy, nie wszyscy oczekują wyzwań rodem z Dark Souls.

Dogrywka

Miłym dodatkiem jest na pewno tryb kolekcji, gdzie czyniąc postępy w grze odkryjemy takie bonusy jak: materiały video przedstawiające historię dzieciństwa Ozory, muzykę czy informacje o piłkarzach poszczególnych drużyn. Odkrywanie nowych treści, z całą pewnością może motywować do dalszej zabawy. W grze nie zabrakło też bardziej konwencyjnych trybów rozgrywki niż kampania, uświadczymy więc: verus, tryb online czy tzw. ultimate edit, dzięki któremu stworzysz dream team. Zabawa z kolegą przy jednej konsoli/komputerze daje frajdę i nie rodzi tak negatywnych emocji jak starcia z nazbyt potężną SI.

Wielki finał

Z czystym sumieniem grę mogę polecić wyłącznie entuzjastom Kapitana Jastrzębia. W przeciwnym wypadku niewiele zrozumiesz z pędzącej na złamanie karku fabuły i nie zdążysz zżyć się z protagonistami. O ile mechanika rzuca nowe światło na gry sportowe, to niezbyt atrakcyjna oprawa wizualna raczej nie przyciągnie do ekranu nieprzekonanych. To specyficzny tytuł, dla wąskiego grona odbiorców. Jeżeli z rozrzewnieniem wspominasz anime sprzed lat lub podobała Ci się odświeżona edycja serialu, śmiało dodaj jeden punkt do poniższej oceny.

* Zastosowane w recenzji śródtytuły, to nic innego jak nazwy odcinków anime Kapitan Jastrząb.

Captain Tsubasa Ozora: Rise of New Champions

Tylko dla pasjonatów

Z czystym sumieniem grę mogę polecić wyłącznie entuzjastom Kapitana Jastrzębia. W przeciwnym wypadku niewiele zrozumiesz z pędzącej na złamanie karku fabuły i nie zdążysz zżyć się z protagonistami.

3

Plusy

  • dwie kampanie
  • klimat anime
  • pomysłowa mechanika meczy

Minusy

  • przeciętna grafika
  • zbyt wysoki poziom trudności
  • niezrozumiała fabuła dla osób nieznających uniwersum

Bartłomiej Balcerzak

Miłośnik staroszkolnych gier RPG takich jak Baldur's Gate czy Planscape Torment a jednocześnie nowszych przedstawicieli tego gatunku z Mass Effectem na czele.
Rejestracja konta

Dołącz do grona użytkowników Planety Gracza

Chcesz brać udział w konkursach, wygrywać nagrody i wiedzieć o najnowszych premierach jako pierwszy? Zarejestruj się i dołącz do naszej społecznośći.
Rejestrując się, akceptujesz regulamin naszego serwisu

Masz już konto? Zaloguj się