Każdemu polecam tę grę i nikomu nie polecam takiej przyszłości

detroit become human
Felieton PG Exclusive

Powracam do Detroit. Do Detroit: Become Human. I choć gra jest wspaniałą manifestacją walki o wolność oraz przyganą dla ludzkiej głupoty, a androidy dają się lubić, ja podziękuję za taki świat. Oby nigdy się nie ziścił.

Detroit: Become Human to jedna z moich ulubionych „gier filmów”. Przeszedłem ją lata temu, a teraz znowu instaluję, bo przy takich tytułach jedno czy dwa przejścia, to zdecydowanie za mało. Jak zawsze śmieszyły mnie nic niedające wybory w grach, tak tutaj można powiedzieć, że mamy duży wpływ na całą historię.

Ale nie tylko mnogość zakończeń i ich wariantów sprawiło, że Detroit ponownie zagości w moim domu. Twórcy gry sprawili bowiem, że puste skorupy otrzymały dusze. Kogo ze zbuntowanych androidów najbardziej polubiliście? Ja nie mogłem doczekać się każdego kolejnego rozdziału z Karą. Może dlatego, że to najbardziej bezbronny „defekt” ze wszystkich bohaterów, może dlatego, że w grę wchodziło nie tylko jej życie, ale też życie i przyszłość dziecka. Jasne, reszta walczyła „o sprawę” i istnienie tysięcy, a Kara po prostu o jedną istotę, lecz skupienie się na jednostce czasem wywołuje większy efekt niż walka o cały świat.

Świat, którego nikomu nie życzę

Androidy, sztuczna inteligencja, dążenie człowieka do tego, by stworzyć „podobnych sobie”. Zabawa w Boga. To już się dzieje i na szczęście nie radzimy sobie zbyt dobrze. Pokraczne roboty o ludzkiej sylwetce nadają się tylko do tego, by stawiać pierwsze kroki w laboratoriach. Do komercyjnego wykorzystania androidów, których można pomylić z człowiekiem, droga daleka jak do krańca naszej galaktyki. No, pewnie przesadzam, ale życzę wszystkim, żeby Kara, Connor i Markus nie zbuntowali się nigdy w rzeczywistym świecie.

Refleksja nad sztuczną inteligencją, która osiąga samoświadomość, naszła mnie po niedawnych doniesieniach, jakoby Google zrobiło na tym polu ogromny postęp. Już abstrahując od tego, czy to prawda czy też wymysł, przeszły mnie ciarki. Maszyna stworzona na ludzkie podobieństwo to coś cholernie niebezpiecznego. Zwłaszcza wtedy, kiedy zacznie zachowywać się tak samo jak człowiek. Potrafimy kochać, cierpieć, czuć ból, współczuć… Potrafimy też torturować, znęcać się, wykorzystywać, manipulować i gardzić słabszymi. Po co ludzkość chce zrobić sobie konkurencję w czynieniu zła? Jasne, androidy z Detroit miały zabezpieczenie, ale i tak szlag wszystko trafił w przypadku „defektów”. Świadoma maszyna będzie chciała przeżyć za wszelką cenę, jak tonący brzytwy się chwyta. My będziemy chcieli ją zniszczyć, ze strachu przed własnym tworem. W skrócie – android niewolnik jest cacy, a android wyzwolony do odstrzału.

Czy powstrzyma to jednak ludzkość, by dążyć do zafundowania sobie świata rodem z Detroit: Become Human? Czy standardowo musimy uczyć się na własnych błędach? A może jednak nie będzie tak źle i zaczynam panikować jak dziadek, który dostał smartfona. Wiadomo, kiedyś tego nie było, więc samo zło. Strach przed nieznanym i niechęć opuszczania własnej strefy komfortu.

Świat, do którego nieświadomie dążymy

Dzisiaj wieczorem, kiedy wszyscy z domowników usną, pójdę do Detroit. Będę bał się o Karę, walczył ramię w ramię z Markusem i mierzył się z moralnością Connora. Zanim to jednak nastąpi, muszę posprzątać dom. Włączę Lucka, to mój inteligentny odkurzacz, który ułatwia mi życie, choć potrafi się czasem przyblokować i trzeba go przestawiać jak małego pieska. Myślałem też o inteligentnej kosiarce, ale ponoć nie nadają się na trawniki bez wytyczonych krawężników. Są za głupie i nieporadne. Przydałby się jakiś inteligentny pomocnik. Najlepiej android. Czy sami sobie gotujemy ten los?

Promocje

Zobacz wszystkie
Udostępnij:

Prawdziwy Gracz poleca się do polubienia

Podobne artykuły

Zobacz wszystkie