Jeżeli Death Stranding 2 faktycznie powstaje, dajcie mi chociaż możliwość zostawienia awizo

Death Stranding artwork
Felieton PG Exclusive

Norman Reedus chlapnął o możliwym powstawaniu Death Stranding 2. Ja do szczęścia nie potrzebuję wiele – dajcie mi po prostu to samo, ale odwrotnie. Kojima ma w swoich rękach wyjątkową markę, która może sobie nie poradzić, jeżeli ponownie będziemy biegać w rozwalonych buciorach po urokliwych terenach zniszczonej Ameryki.

Jeszcze przy okazji pierwszych pokazów Death Stranding nie mogłem nadziwić się temu, jak kuriozalnie zagmatwana może być zapowiedź gry. Trailer pokazany na E3 w 2016 roku był niewiarygodnie dziwaczny, a społeczność gamingowa przez długie miesiące analizowała każdy piksel, próbując rozpracować uknuty przez Kojimę plan na wydanie kolejnej „wielkiej” gry. I była w tym wszystkim spora dawka zabawy, a łączenie ze sobą kolejnych poszlak i poznawanie odpowiedzi zapamiętam na długo. Szkoda, że przy możliwej kontynuacji raczej tego nie będzie. Chyba że…

Death Stranding 2 całkowicie porzuci formułę pierwszej części

Gdy Death Stranding wyszło, część graczy nie ukrywała swojej frustracji. Powszechne uwielbienie dla genialnego projektanta i tak przyćmiło ideę gry jako dość memicznego „symulatora postapokaliptycznego kuriera”. Trzeba przyznać, że nawet z tak pozornie błahego pomysłu na grę, Kojima wybrnął świetnie. Tylko że po swojej stronie miał tłumy fanów, społeczność, która nie wiedziała, co dostanie i dziwnie zestawione ze sobą elementy rozgrywki, które okazały się idealnie do siebie pasować. Nie zrozumcie mnie źle – Death Stranding jest świetną grą, która po prostu chciała „trochę za bardzo”. Być może większość fanów powitałoby delikatnie zmienioną kontynuację z otwartymi ramionami, ale z pewnością nie ja. Jeżeli już szaleć, co na całego. Po Kojimowemu.

„Dwójka” powinna więc oferować nie tyle znacznie więcej, ile po prostu „znacznie inaczej”. Oczywiście pomysł, aby łączyć, a nie dzielić, jako alegoryczne tło gier wideo sprawdził się znakomicie na wielu płaszczyznach. Nie chodzi mi więc o to, aby zamiast „dostarczać”, kontynuacja powinna pozwalać nam „zabierać”. Najlepiej by było, gdyby po prostu porzuciła jakikolwiek konotacje z FedExem. Zabawa w kuriera jest spoko, ale ileż można?

Dajcie mi więcej czegoś zupełnie innego

Pierwsze zapowiedzi Death Stranding rysowały przede mną intrygującą grę postapo z mocnymi elementami horroru. Ostatecznie parę takich elementów pozostało, ale z pewnością nie można wrzucić tej pozycji do wora „gier grozy”. Kojima jednak od dawna mówi, że chciałby zrobić „coś strasznego”. Coś, co zapełni pustkę po anulowanym Silent Hills. I nie zdziwiłbym się, gdyby deweloper faktycznie pracował nad którąś z gier Silent Hill rzekomo znajdujących się w produkcji. Jeżeli do tego pracuje także nad Death Stranding 2, niech wykorzysta niektóre pomysły i tutaj. W końcu sam pomysł na świat sponiewierany przez opad temporalny z panoszącymi się wszędzie wynurzonymi brzmi jak genialne tło produkcji grozy.

Tylko tutaj pojawia się dość istotny problem. Kontynuacje zazwyczaj mogą pochwalić się jeszcze większą skalą, a DS i tak było olbrzymie. Gdyby jednak Kojima chciał złapać graczy za gardła i nie puszczać przez abstrakcyjnie długi czas rozgrywki, musiałby „zeskalować” swoją grę. I jest to praktyka nie tyle rzadka, ile w zasadzie niespotykana. Na szczęście projektant nie boi się wytyczać nowych ścieżek, a sama idea zaprezentowania mniejszej produkcji jako drugiej części wydaje się sporym polem do jego marketingowych eskapad.

Znacznie bezpieczniejszym wyjściem jest dostarczenie tego samego jeszcze raz, ale „więcej, bardziej i lepiej”. Jeżeli ponownie będziemy przemierzać spowity depresyjnym mrokiem świat przyszłości, oddając mocz, gdzie popadnie, trzeba by trochę bardziej to uatrakcyjnić, bo ciężko mi uwierzyć, że każdy fan „jedynki” bez problemu przyjąłby ten sam gameplay z inną fabułą.

Powietrzem, morzem, lądem i… pod powierzchnią?

Elon Musk od dawna promuje ideę próżniowych tuneli komunikacyjnych Hyperloop. Kojima lubi nawiązywać do aktualnych rzeczy, więc może tym razem wcielimy się nie tylko w kuriera, ale i w budowniczego? I tak – wiem, że budowanie było w pierwszej części, ale to zaledwie zarys tego, co dałoby się osiągnąć. Przemierzanie podziemi i rozwijanie tuneli, którymi przesyłki dotarłyby jeszcze szybciej, brzmi jak całkiem ciekawy pomysł na grę i spore urozmaicenie pięknych, ale nieco powtarzalnych apokaliptycznych terenów już-nie-USA.

No a skoro moglibyśmy zwiedzać tereny pod powierzchnią, to może także i oddać w ręce graczy… helikopter? Albo samolot? Wiem, że w pierwszej części Kojima dość zmyślnie usprawiedliwił brak maszyn latających (zmiany temperatury przy wynaturzonych, chirolium), ale przecież zawsze da się obejść te problemy. No i otworzyłoby to sposobność do wielu innych pomysłów, jak choćby implementacja podniebnych walk.

Jeżeli deweloper zostałby przy idei dostarczania przesyłek, niech da mi też możliwość zostawienia awizo. Mógłbym w końcu poczuć się jak pan i władca! Po co mam dreptać te trzydzieści metrów do bunkra, skoro mógłbym zostawić niewielką karteczkę przy bramie? Przesyłka czekałaby przecież w bezpiecznym miejscu – jakieś dwa kilometry w zniszczonym mieście opanowanym przez związane pępowiną stwory. Bajka.

Prawdą jednak jest, że czegokolwiek legendarny Japończyk nie zrobi, będzie o tym głośno. I choćby nie wiem, jak męcząca byłaby rozgrywka, wciąż bawiłbym się świetnie, odkrywając historię, której nie da się doświadczyć nigdzie indziej. Tak w końcu było z pierwszą częścią. Death Stranding od początku zapowiadało się jako gra dla mnie, po premierze okazało się grą totalnie nie dla mnie, aby w końcu stać się… grą dla mnie. Tak, wiem, że to zagmatwane, ale takie właśnie jest Death Stranding i sam Hideo Kojima.

Promocje

Zobacz wszystkie
Udostępnij:

Prawdziwy Gracz poleca się do polubienia

Podobne artykuły

Zobacz wszystkie