Recenzja Darksiders Genesis. Jeźdźcy Apokalipsy powrócili

Przybyli, by ciosać, ginąć i wracać zza światów. Dotarcie z krainy Komputerów Osobistych na skłóconą ziemię Konsol zajęło Jeźdźcom prawie 3 miesiące. To właśnie w grudniu odbyła się premiera Darksiders Genesis na pecetach, a teraz nasza redakcja zmierzyła się z tym nieźle ocenianym prequelem serii w wersji na PlayStation 4.

No i jest. Powrócił. Mój osobisty faworyt z całej wspaniałej Czwórki Jeźdźców. Wojna. Umięśniony i męski, o głębokim pompatycznym głosie. Świetnie radzący sobie we władaniu gigantycznym mieczem i igraniu z rzucanym trójzębnym szurikenem (zwanym mieczem worpalnym). Wykreowany po raz pierwszy na konsolach siódmej  generacji – PS3, Xbox360 i PC – i przedstawiony światu jako gigantyczny wojownik o szerokich barach. Pierwsza odsłona Darksiders wydana została w 2010, później czekaliśmy 5 lat na drugą część i kolejne 3 lata na Darksiders 3.

Darksiders Genesis

Każda poszczególna część to wcielenie się i poznawanie następnych Jeźdźców Apokalipsy. Ale nie takich klasycznych znanych z biblijnej Księgi Objawienia. Tak więc klasyczna literacka Czwórka – Wojna, Zaraza, Głód, Śmierć – zostaje zamieniona na – Wojnę, Śmierć, Furię i Waśń. Trzy części Darksiders i dziesięć lat później, w końcu poznajemy ostatniego herosa: Waśń. I prawdopodobnie jest to slasher na którego czekałem całą dekadę. Serio!

Nowe oblicze Wojny

Darksiders się zmienił. Nie jest już typowym slasherem w perspektywie 3. osoby. Częściej będziemy spoglądać na czupryny naszych bohaterów w izometrycznym rzucie z góry (znanym z Diablo) niż zza pleców. Ale zaraz, jak to „bohaterów”? Ano liczba mnoga jest tu wskazana, bo możemy sterować dwoma postaciami jednocześnie – Wojną i Waśnią. No, jednocześnie to za dużo powiedziane, ale twórcy dają nam możliwość naprawdę sprawnego przełączania się pomiędzy naszymi Jeźdźcami.

Darksiders Genesis

Ale pomału – o co w zasadzie w tym wszystkim chodzi? Czterej Jeźdźcy Apokalipsy (tzw. Nefilmowie) przedstawieni są jako wyszkoleni w boju najemnicy na usługach Rady, dbającej o należytą Równowagę pomiędzy Niebem i Piekłem. Służą Radzie i powstrzymują Demony i Anioły przed używaniem niedozwolonych działań w konflikcie Niebo-Piekło. Kto lub co stanowi Radę? Trudno stwierdzić. Twórcy obrazują ją jako trzy kamienne głowy. Liczba “trzy” symbolizuje harmonię i świętość, więc można się jedynie domyślać kim lub czym Rada jest. Kończąc ten kącik historyczny, Jeźdźcy w zamian za wieczną służbę zyskali ogrom mocy i brutalnej siły. Rada nie ma problemu z wykorzystywaniem ich do swoich celów.

Czterech Jeźdźców rozdziela się, każdy idzie w swoją stronę. Wtedy też spotykamy Wojnę i Waśń. Po ostatnim zadaniu mieli mieć chwilę spokoju, ale – jak się dobrze domyślacie – los chciał inaczej. Wojna i Waśń zostali wezwani przed Radę. W enigmatyczny sposób wytłumaczono im, że Lucyfer wraz z upadłymi aniołami jest zły i trzeba ukrócić raz na zawsze jego działalność. Pierwszym antagonistą który powinien według Rady doprowadzić nas do niesławnego Lucka jest Samael, który szybko zostaje oczyszczony z postawionych zarzutów, ale… na drodze staje inny demon na którego przyjdzie na zapolować: Moloch. Na pomoc przychodzi nam napotkany stary, poczciwy handlarz Vulgrim, który pomaga nam (oczywiście nie bez korzyści dla siebie) w ogarnięciu całej tej demonicznej zależności, zlecając nam początkowe zadania. I to właśnie od niego zaczyna się cała nasza przygoda.

Darksiders Genesis

Przygoda, która jest mało skomplikowana, a komiksowa i ponadczasowa stylistyka samej rozgrywki jak i cutscenek dodaje jej jeszcze bardziej trywialnego wydźwięku. Ale wiecie co? Bardzo dobrze! Darksiders ma być dynamiczną nawalanką, a nie prequelem do Piekła Dantego. Jest na luzie, nie czujemy wyniosłości naszego zadania, a to wszystko sprawia, że gra stanowi miłe doświadczenie. Dużo luzu wprowadza Waśń. Jeśli Wojna jest odpowiednikiem małomównego Herkulesa, to Waśń porównałbym do… Deadpoola. Lekko szalonego i ze wszystkiego robiącego sobie jaja. Toczą rozmowy niczym ojciec z nastoletnim synem. Waśń każdą kwestię obraca w żart (niestety słaby) i rzadko ich kwestie wprowadzają ciekawą dyskusję (może targetem rozmów jest młodszy odbiorca?). Na szczęście rozmowy są konkretne i mają za zadanie przekazywanie informacji w kilku, żołnierskich zdaniach.

Darksiders Genesis

Diabelskie sztuczki

Znajdujemy się w momencie, w którym twórcy gier są coraz ostrożniejsi i unikają ryzyka. Jeśli coś się udaje, znaczy, że jest dobrze i trzeba to ciągnąć aż przestanie ssać. Tymczasem rzut izometryczny w Darksiders jest niezwykle odświeżający. Miłym zaskoczeniem jest liczba mechanik, o których przypomniano sobie z pierwszej odsłony i wykorzystano je w Genesis. Od pierwszych machnięć ogromnym mieczem, Pożeraczem Chaosu, czujemy się jak w domu. Wbijanie się w grupę wrogów i „żonglowanie” skillami i na zmianę lekki, silny atak, to coś, co tygryski lubią najbardziej. Wszystko okraszone jest przyjemnym gameplayem i fajnymi animacjami, a wisienką na torcie będą dla mnie zawsze finishery (zwane egzekucjami), czyli krótkie momenty, gdy po naciśnięciu odpowiedniego przycisku wykańczamy wroga – gdy jego pasek zdrowia stanowi mniej więcej ¼ całości. Walka doskonale balansuje: nie jest to nuda na dwa przyciski, ale też nie jest przekombinowana na setki do zapamiętania ciosów.

Darksiders Genesis

Prócz walki rozwijamy rzecz jasna naszych bohaterów. Tłukąc i pokonując wrogów otrzymujemy looty w postaci rdzeni o różnych kolorach i odmiennych właściwościach.  Niektóre mogą tymczasowo podnieść naszą siłę ataku, szybkość albo pasek życia. Mimo że nie jest to powiedziane wprost, to wyobrażam sobie, że świecące rdzenie to dusze wysysane przez Wojnę i Waśń pokonanym przeciwnikom. Każda wyssana dusza to więcej umiejętności i ogólny rozwój postaci. Brzmi okropnie? W końcu to historia o upadłych aniołach i jeźdźcach apokalipsy, musi być choć trochę przerażająco.

Mniejsze rdzenie (lub dusze, jak kto woli) wypadają od słabszych, a większe od mocniejszych przeciwników. Znalezione rdzenie służą w końcu do tworzenia łańcucha mocy i “dopakowywania” naszych postaci. Każdy rdzeń posiada wyjątkowe ulepszenia przeznaczone zarówno dla Waśni, jak i Wojny, które zaczynają się na zwiększeniu statystyk, a kończą na modyfikatorach umiejętności. Ważne, aby układać je zgodnie z przeznaczeniem i rodzajem, ponieważ tylko wtedy dadzą nam maksymalną siłę.

Darksiders Genesis

Niestety w tych kolorowych kulach tkwi pewna bolączka. Każdy kolejny etap gry ma rekomendowany ich poziom. Czasami mamy ich zbyt mało i gra… zmusza nas do grindowania poszczególnych bossów. Może być to wrzodem na tyłku dla tych, którzy nie lubią ogrywać dwa razy tych samych poziomów. Na szczęście gra ma do zaoferowania trochę więcej niż tylko walkę. Znajdźki, skrzynie (czasami sprytnie ukryte), drzwi oszusta (do ich otwarcia potrzebujemy specjalnych kluczy) czy kończąc na kolekcjonowaniu Kamieni, które po odnalezieniu określonej ich liczby zwiększają trwale pasek zdrowia lub gniewu (powerup zwiększający obrażenia). Jest co robić.

Trzeba też wspomnieć o aspekcie sieciowym Darksiders Genesis. Dwie grywalne postacie nie są przypadkowe, bowiem przy jednej konsoli możemy grać online lub dzieląc ekran. Aspekt dzielonego ekranu kupił mnie w zupełności. Wojna i Waśń uzupełniają się znakomicie, jako że jeden jest typowym wojownikiem w zwarciu, a drugi żołnierzem dystansowym. Nieźle wypadają też stosunkowo łatwe zagadki przygotowane przez twórców w stylu, gdzie pociągnąć/w co strzelić/czyjego skilla użyć aby drzwi się otworzyły. Bez nadmiernego używania nóg, w dwie osoby ich wykonywanie jest sprawniejsze. Widać, że Genesis został priorytetowo przygotowany do gry w trybie drużynowym. I to działa.

Teleportem przez piekło

Podróżując przez krainy, odwiedzamy zróżnicowane lokacje. Ich design nie jest porywający, jest po prostu w porządku. Przede wszystkim Genesis nie jest już zbudowany z wielkich krain, połączonych ze sobą wąskimi ścieżkami. Teraz, żeby rozpocząć daną lokację, musimy się do niej teleportować. Zerkając na mapę od razu zauważamy, że lokacje skonstruowane są piętrami, co znacznie ułatwia ich eksplorację i późniejsze przeszukiwania. Mapa w ogóle bardzo się przydaje, szczególnie gdy kamera zasłoni naszą postać, mimo że w teorii powinna się podświetlić na turkusowy kolor. U mnie to nie zawsze działało i bywałem lekko zdezorientowany. Dziwnym zabiegiem jest też brak znacznika naszych postaci na mapie. W zamian, każdy level podzielony jest na mniejsze podświetlane sektory, które mówią nam, w którym aktualnie się znajdujemy. W Genesis, umiejętność orientacji w terenie jest mocno wskazana.

Darksiders Genesis

Mapy są interaktywne w sposób podstawowy, tj. niszczymy beczki, skrzynie, płoty. Ze zniszczonych elementów wylatują kolejne rdzenie, czasami odkrywamy kolejne przejście. Mapy nie dają nam swobody, czujemy się prowadzeni jak po sznurku. Aby przejść pomiędzy “piętrami” mapy, musimy skorzystać z góry zaprojektowanych miejsc, takich jak podświetlane na niebiesko krawędzi do chwytania (nie po każdej możemy się wspiąć), skorzystać z prądów powietrza wyrzucających nas do góry czy przeskakiwać na linie między przeszkodami niczym Nathan Drake z Uncharted. Ponadto, przy przytrzymaniu przycisku odpowiedzialnego za skok, postać otwiera skrzydła pozwalając jej wydłużyć czas w powietrzu. Lubisz platformówki? Tutaj poczujesz się jak w domu, bo elementów platformowych w gameplay’u jest całkiem sporo. Niestety bywa, że postać blokuje się pomiędzy kamieniami czy skrzyniami i musimy się mocno natrudzić, skacząc jak szaleni aby wydostać się pułapki. Na szczęście takie “niespodzianki” zdarzają się rzadko i stanowią wyjątek.

Podsumowanie

Historia w Darksiders była dla mnie zawsze mocnym elementem. Genesis natomiast zrobiło krok w tył jeśli chodzi o kwestie narracyjne. Walka pomiędzy Niebem i Piekłem jest błaha. Sama historia nie wprowadza wielu nowych treści do uniwersum Darksiders. Genesis mocno nastawione jest natomiast na grindowanie, grę sieciową i testowanie buildów postaci, a przede wszystkim ich różnych umiejętności. Walka to jedna z przyjemniejszych rzeczy w tej niewyróżniającej się niczym nowatorskim, ale porządnie zaprojektowanej i przemyślanej produkcji. Wygląda na to, że nie tylko ja jestem pod jej wrażeniem – średnia ocen na Steamie to 9/10 i ponad 3 tys. oddanych głosów!

Darksiders Genesis

Genesis jest tym dla Darksiders, czym izometryczna odsłona Lara Croft and the Temple of Osiris dla serii Tomb Raider. Fani serii Darksiders na pewno powinni zagrać, jest to kawał dobrego slashera z prostym, ale niebanalnym sterowaniem. Cała reszta natomiast… cóż, wszystko zależy w jakich grach gustujecie. Ale co tu dużo mówić, moje zdanie jest bardzo subiektywne. Jeśli spojrzeć na oceny innych graczy (większość pozytywne) jest duża szansa, że Genesis to będzie Twój strzał w dziesiątkę.

Plusy:
+ Odświeżenie serii
+ Błyskawiczny gameplay
+ Fajna walka
+ Kooperacja

Minusy:
– Prosta historia
– Blokujące się postacie
– Brak znacznika na mapie dla naszego bohatera

Ocena: 4/5

Michał Śladewski

Michał Śladewski

Na codzień dziennikarz i marketingowiec, w wolnym czasie pasjonuje się wszystkim co dostarcza wrażeń wizualnych. Samouk montażu wideo i miłośnik nowych technologii. Najchętniej życie poświeciłby na zwiedzaniu dalekich zakątków i uwiecznianiu fauny (serio!). Przygodę z grami zawdzięcza bratu i jego Commodore. Co lepsze PC czy konsola? Kiedyś fan blaszaka, dzisiaj konsoli – bo wygodniej na kanapie.