Recenzja Battlefield 6 – Tryb Multiplayer i Sezon 1. Pierwszy krok ku czemuś znacznie większemu
Battlefield 6 w trybie multiplayer to jedyny sensowny sposób na rozgrywkę, szczególnie w obliczu tak dennej kampanii. Na szczęście multik radzi sobie niemal dokładnie tak, jak chcieliby tego fani, nawwet mimo problemów i niedociągnięć. Dodatkowo Sezon 1 w zachowawczy sposób delikatnie kreśli nam przyszłość gry, która mogłaby być w przyszłości czymś znacznie większym.
Zapewne wielu graczy i tak nigdy nie skusiłoby się na jakąkolwiek grę z serii Battlefield dla trybu singleplayer, co zresztą jest całkowicie sensowne. Jaak więc radzi sobie multik, szczególnie po zastrzyku pierwszych tak dużych nowości w historii gry? Szerzej kampanię, jak i premierowy segment multiplayer recenzowaliśmy w innym tekście, do którego serdecznie zachęcam. Tutaj skupimy się wyłącznie na tym, co aktualnie znajdziemy w trybie wieloosobowym, szczególnie w kontekście Sezonu 1., który niedawno wystartował.
Battlefield 6 dopiero się zaczyna
I na wstępie muszę zaznaczyć, że od premiery Battlefield 6 wciągnął mnie na długie godziny właśnie za sprawą zabawy dla wielu graczy jednocześnie. Po katastrofalnym debiucie BF2042, EA nie mogło sobie pozwolić na kolejny falstart. Z drugiej jednak strony po zaledwie tygodniu wdała mi się delikatna monotonnia. Nic zresztą dziwnego, bo choć zdecydowanie nie można powiedzieć, że BF6 na premierę był “biedny”, to mimo wszystko nie imponował zawartością aż tak, jak można byłoby się spodziewać.
Był to swego rodzaju przedsmak, możliwość odblokowania najbardziej kluczowych elementów wyposażenia i uzbrojenia, aby nieco łatwiej wejść właśnie w pierwszy sezon. Ten już jest, przyniósł pozornie sporo, ale ile z tego, po wykluczeniu Battlefield RedSec, tak naprawdę zasługuje na uwagę dla graczy premium? Czyli tych, którzy faktycznie zapłacili za grę, a nie pobrali tylko dla darmowego battle royale.
Battlefield 6 stoi multiplayerem!
Zacznijmy jednak od początku, czyli od ogólnych wrażeń, jakie dostarcza BF6 po kilkudziesięciu godzinach zabawy przez sieć. Muszę się zgodzić z poprzednim tekstem mojego redakcyjnego kolegi, gdzie narzekał on m.in. na mapy dostępne w grze. Jak dla mnie, są tak “pół na pół”. Znaczy się, że połowa dostępnych lokacji jest naprawdę niezła, przede wszystkim klimatyczna i pozwalająca na sporo swobody, ale druga ich część wyraźnie niedomaga i choć próbuje jak może, nie udaje jej się przywrócić magii, jaka towarzyszyła debiutom choćby BF3 czy BF4. A to dlatego, że zabrakło tu… skali.
Wiem, że to brzmi kuriozalnie, wszak Battlefield zawsze skalą stał. Jednak od wydania Battlefield 2042, EA wyraźnie próbuje przemówić do fanów konkurencyjnego Call of Duty. Dotyczy to w zasadzie każdego elementu rozgrywki, od movementu, zachowania broni czy właśnie aż po wspomnianą skalę. Nie zrozumcie mnie źle, to nadal nie jest arcade’owy shooter na miarę CoD-a. Jest w tym duch kultowych odsłon Battlefield, o wolniejszej rozgrywce, większej liczbie graczy w niektórych trybach i z podziałem na tak istotne klasy postaci. Szkoda jednak, że potencjał nowoczesnych map nie został wykorzystany.
I to chyba po części właśnie przez poprzednią odsłonę. BF2042 oferował tak wielkie i puste mapy, że nikt nie chciał na nich grać. EA chciało to naprawić, więc zaoferowali tym razem… za małe mapy. Bo naprawdę, na trybach choćby podboju moglibyśmy spodziewać się większej liczby możliwości zajmowania flanki, robienia klasycznych dla tej serii “podchodów” pod punkty nieprzyjaciela czy kreatywnego wykorzystywania pojazdów. Jest tu też dość wyraźny podział na mapy “otwarte” i mocno zabudowane, nie za bardzo dostajemy więc coś pomiędzy.


Klimat na szczęście jest
I choć narzekać na skalę bitew można, to jednak nie sposób odmówić mapom klimatu. Bo naprawdę otwarte tereny na największej arenie do potyczek dostępnej na premierę, czyli Mirak Valley, wręcz zioną duchem poprzednich odsłon serii. Mocno zurbanizowane Siege of Cairo również zaskakuje immersją, gdy jako medyk przedzieramy się przez stragany i zrujnowane gliszcza, aby ocalić naszą drużynę od ognia nieprzyjaciela. Najpiękniejsze jest dla mnie z kolei mroźne Liberation Peak, choć niestety wypada dość słabo taktycznie. Mapa w kształcie rozlanego banana wymusza na graczach otwarte starcia dwóch drużyn, nie oferując wielu innych możliwości.
I może na niektórych cyfrowych terenach bitew ma to sens i faktycznie się sprawdza. Nie mogłem jednak odsunąć myśli, że część map przydałoby się trochę rozbudować, nawet jeśli o puste tereny głównie dla pojazdrów. Szkoda też, że nie pokuszono się o pojazdy morskie, obecne zresztą w battle royale. Czyżby EA już planowało pierwsze płatne DLC?
Co ciekawe, w pierwszym sezonie znajdziemy tylko jedną nową mapę (i jej wariant dla zmagań CQB), która na dodatek jest… jedną z najgorszych w historii całej serii Battlefield. Jasne, na pierwszy rzut oka wygląda nieźle – tereny wydobycia ropy naftowej mają w sobie specyficzny klimat – ale jest tak płaska, że niezależnie gdzie się odrodzimy, praktycznie z każdej strony czyhać może na nas snajper albo jakiś czołg. Zredukowana wersja dla bliskich starć wydaje się tu odpowiedzią na klaustrofobiczne korytarzówki rodem z Call of Duty, co… zaskakująco działa i sprawia frajdę. Ach, jakiż ten los jest przewrotny.


Destrukacja w skali mikro i makro
Ponownie deweloperzy skusili fanów destrukcji, oferując niekiedy aż szokująco realistyczne możliwości rozwalania ścian, całych budynków czy niektórych obiektów. W praktyce działa to faktycznie genialnie, otwierając multum nowych możliwości dla drużyny nawet w starciach na bliższym dystansie. Szkoda tylko, że jest dość nierównomierne. Na niektórych zabudowanych mapach z oczywistych względów nie da się rozwalić dosłownie wszystkiego. W ferworze walki potrafi się to mieszać i możemy zmarnować pociski czy ładunki wybuchowe na zamknięty, niezniszczalny budynek. A potem się okazuje, że ściana obok faktycznie ulega zniszczeniu…
Nowy silnik destrukcji otoczenia, pomimo ograniczeń, sprawia mnóstwo satysfakcji. Na tyle, że miejscami przypominały mi się piękne czasy Bad Company 2, gdzie niektóre mapy dało się niemal całkowicie zrównać z ziemią. Do tego jest sporo opcji. Ładunki wybuchowe, wyrzutnie rakiet, specjalne pociski do czołgów czy innych pojazdów – każdy gracz tak naprawdę może po prostu cieszyć się totalną rozwałką.
Aby jednak to wszystko wykorzystać, trzeba wiele rzeczy odblokować. Klasycznie już dla każdego sieciowego FPS-a, każdą broń możemy modyfikować. Łącznie na każdą klasę (natarcie, inżynier, medyk i snajper) przypadają maksymalnie 3 loadouty. Broń, co ciekawe, nie została ograniczona wyłącznie dla klas, chyba że gramy w takim trybie. Nic więc nie stoi na przeszkodzie, aby medyk biegał z PM-em, a snajper dzierżył karabin szturmowany zmodyfikowanie pod strzelanie pojedyncznymi pociskami. Jasne, wiąże się to z brakiem premii do danego wyposażenia, ale w praktyce nie zmienia wiele.

Battlefield 6 ma dla nas sporo wyzwań, które… nie działają
Wszystko trzeba najpierw zdobyć. Zaczynamy z bardzo ograniczoną pulą broni i przedmiotów, a kolejne zdobywamy przede wszystkim grając daną klasą i wbijając kolejne poziomy na koncie. Część została jednak zablokowana za specjalnymi wyzwaniami, które… nie zawsze działają. Pierwszy sezon wprowadził poprawki i teraz jest lepiej, bo przynajmniej możemy wbijać kolejne punkty (w stylu “uzdrów na tyle HP członków drużyny” czy “naprawiaj pojazdy”), choć nadal odnoszę wrażenie, że co najmniej część z nich po prostu gdzieś “ucieka”. Przed aktualizacją przez ponad tydzień miałem ten sam postęp w wyzwaniu przywracania życia zepołowi, choć praktycznie cały czas grałem medykiem. Szperałem na Reddicie i tak, okazuje się, że wiele osób ma lub miało ten sam problem. Pomijając już fakt, że niektóre do zaliczenia wymagają chyba grania przez kilka dni bez przerwy…
To z kolei sprawia, że chęć odblokowania takiej torby amunicji dla medyka (a to przecież kluczowy element na polu bitwy) zmienia się w bezowocny grind. I być może to faktyczie tylko bug, w końcu wielu osobom udało się już dawno wszystko poodblokowywać. Nie siedzę jednak na serwerach po kilkanaście godzin dziennie, więc tego typu problemy przeszkadzają podwójnie.
Zresztą, Battlefield 6 ma swoje bugi. Bywa, że trafimy pod mapę, można wykorzystać exploity do zasadzenia się na niedostępnych terenach (dowód poniżej, gdzie odrodziłem się na członku drużyny będącym w miejscu normalnie zablokowanym), a także inne glitche jak pląsające tańce-kuksańce ciała pokonanych czy znacznie rzadziej występujące, ale nadal szalenie irytujące problemy z rejestracją trafień. Tak, czasami widać krew wydobywającą się z ciała wroga, ale nie zabieramy prawie w ogóle HP. To wszystko zdarzało mi się jednak na tyle sporadycznie, że jestem w stanie wybaczyć te pojedyncze śmierci z nie mojej winy.

Ale strzela się szalenie przyjemnie
I choć na razie może faktycznie brzmi, jakbym narzekał, po kilkudziesięciu godzinach z grą nadal nie mam jej dość. Ma swoje wady, to oczywiste, ale wszystkie mechaniki współdziałają ze sobą tak dobrze, że bawię się świetnie i regularnie wracam na pole bitwy (ha, rozumiecie, nie?), aby pograć kolejną klasą. Bo właśnie w nich drzemie główna siła napędowa rozgrywki – każda postać zupełnie się od siebie różni, zmuszając nas do obierania zupełnie innej strategi do konkretnej rozgrywki. Szturmowiec to idealna postać na mniejsze mapy, ale średnio sprawdza się w dużych bitwach. Lepiej jest choćby wziąć inżyniera z karabinem, aby móc zdjąć nękające pobratymców czołgi czy helikoptery. Możemy też pomagać czołgistom, cały czas naprawiając ich maszynę.
To samo tyczy się snajpera czy medyka, bo ogrom opcji jest czymś, czego tak dawno brakowało mi w sieciowych strzelankach. Na dodatek niezależnie od tego, kim gramy i co robimy, to sedno rozgrywki – strzelanie – pozostaje na bardzo wysokim poziomie. Na początku, po wieloletniej przerwie od Battlefielda, musiałem trochę przyzwyczaić się do specyficznego recoila czy taktyk zajmowania pozycji.
Kilka godzin wystarczyło, abym wymyślał taktyki rodem z BF3 czy Bad Comapny 2, chcąc jako jednosoobowa armia jak najlepiej przysłużyć się drużynie. Dodatkowo bardzo rzadko zdarzały mi się kompletnie nierównomierne mecze, więc matchmaking zdecydowanie działa tu o wiele lepiej niż choćby w takim Call of Duty, gdzie możemy przez kilka rozgrywek dostawać po tyłku tak, że potem ciężko będzie nam siedzieć.

Battlefield 6 Sezon 1. dostarcza “zachowawcze” nowości
W pierwszym sezonie mapa jest więc beznadziejna, oprócz niej dostaliśmy jednak kilka innych nowości, choć wszystko skupia się tu na zmianach kosmetycznych. Tak, są bronie i ich nowe zestawy. Raczej nie znajdziecie w nich nic, co mogłoby spowodować, że zmienicie swoją ulubioną pukawkę (ale Mini Scout rządzi!). Najważniejsze dla większości graczy są tu zmiany kosmetyczne. Przyzwyczajony paranoją panującą w każdej kolejnej części Call of Duty spodziewałem się czegoś bardziej zachowawczego, ale nadal porąbanego. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że EA jeszcze choć przez chwilę nie chce denerwować graczy.
Wiąże się to jednak z tym, że skórki dostepne do odblokowania (zarówno te darmowe, jak i w przepustce sezonowej) są mdłe. Ja rozumiem i cieszę się niezmiernie z braku jakichś Nicki Minaj, Sethów Rogenów czy innych kotów strzelających laserami z oczu, ale te miltarne skiny są po prostu nieciekawe. Od docelowych nie różnią się szczególnie, co najwyżej kilkoma paskami wściekłych kolorów. A przecież można byłoby zrobić coś naprawdę kozackiego, nawet jeśli wiernemu realiom gry i żołnierskiej poprawności. Zresztą, pokazali to nawet fani oferując swoje genialne koncepcje (na Reddicie, ale wybaczcie, nie mogę teraz znaleźć tego posta).

Multiplayer w Battlefield 6 rządzi, ale nie bez problemów
Także wszystkie te nowości są dość “średnie”. Oczywiście zapewniają więcej powodów, aby grać, a nawet meczyk na spektakularnie męczącej mapie z dobrą drużyną potrafi dostarczyć odpowiednich emocji. Nie widzę jednak za bardzo sensu wykupywać specjalnych pakietów czy nawet – chyba że dla tych, którym nowości się podobają – przepustkę sezonową. Szczególnie że ceny są dość wysokie.
Rzecz jasna nie można zapomnieć o premierze darmowego Battlefield RedSec, lecz tutaj skupiam się wyłącznie na nowościach dla graczy płatnych trybów multiplayer. DICE może w kolejnych sezonach albo zacząć już szaleć, dając odrealnione skiny albo zdecydować się na kreatywne wykorzystanie wojskowych klimatów. Jeśli pozostanie tak, jak jest, to obawiam się, że fani “ubierania się” w grach nie znajdą tu praktycznie nic ciekawego.
Także jeśli miałbym oceniać sam start gry, to zbalansowanie i różnorodność klas, świetny system strzelania i destrukcji oraz klimatyczne mapy cieszą mnie na tyle, że przymykam oko na bugi, problemy z rejestracją pocisków czy zbyt małe tereny do bitew. Liczyłem w pierwszym sezonie na trochę więcej: tryby, mapy, ciekawsze bronie albo nawet te nieszczęsne skiny. Jest w tym świetna gra, a do tego taki BF, o jakiego fani prosili od co najmniej dwóch poprzednich części. Mogłoby się wydawać, że sporo tu narzekam, ale tak naprawdę wszystko inne jest tak dobre, że nie mam się do czego przyczepić. A do tego ma zadatki na coś dużego i na długie lata. Jak to oczywiście bywa z tego typu produkcjami, wszystko zależy od kolejnych sezonów. To akurat, choć dziwnie się czuję z tym stwierdzeniem, atut Call of Duty, którym warto się zainspirować. Ale błagam, bez fikuśnych skinów.
Kod na grę otrzymaliśmy od Electronic Arts
Battlefield 6
Multiplayer w Battlefield 6 rządzi, ale Sezon 1 nie do końca
Sam tryb multi w BF6 to absolutne złoto, z potencjałem na długie lata życia. Sezon 1 wydaje się przy tym jednak trochę zbyt zachowawczym wstępem.
Plusy:
- Sam tryb multiplayer jest świetny
- Różnorodność klas
- Klimatyczne (ale małe) mapy
- Fantastyczna, acz nierówna, destrukcja otoczenia
- EA na razie nie daje nam szympansów jako skinów
Minusy:
- Bugi w trakcie rozgrywki, ale przede wszystkim w wyzwaniach
- Cześć map niedomaga
- 1. Sezon jest zbyt "zachowawczy"