Recenzja Hyrule Warriors. Jak Link poradził sobie z tysiącami wrogów?

Tytuł szybko wciąga i uzależnia od siekania przeciwników, choć do niektórych rozwiązań trzeba się przyzwyczaić.

Hyrule Warriors jest grą specyficzną, jeśli pomyślimy o uniwersum The Legend of Zelda. Pierwszy raz przyjdzie nam wcielić się w Linka nie po to, by rozwiązywać zagadki i snuć się po skomplikowanej sieci labiryntów, lecz po to, by siać pożogę i zniszczenie. Oczywiście, w słusznej sprawie…

Tytuł łączy świat Zeldy z mechaniką rozgrywki, którą znamy z cyklu Dynasty Warriors. Na ekranie pojawiają się zatem setki przeciwników, dziesiątki bossów i innych pomniejszych drabów do rozwalenia. Jak wypada takie połączenie?

Seria The Legend of Zelda wnosi do Hyrule Warriors przede wszystkim postacie, którymi możemy zagrać. Trzeba bowiem zaznaczyć, że nie tylko Linkiem przyjdzie nam pokierować. Wraz z postępami w rozgrywce wcielimy się również w Zeldę, Midnę z Twilight Princess, Girahima ze Skyward Sword, a nawet samego ojca wszelkiego zła, czyli wielkiego Ganondorfa. To oczywiście nie wszyscy. Grywalnych postaci jest ponad 10, więc każdy znajdzie swojego ulubieńca. Na tym jednak nie koniec – wiadomo już przecież, że w nadchodzących DLC dostaniemy kolejne charaktery do ogrania.

Hyrule Warriors – poznajecie starych znajomych?

Mamy więc znajome twarze. Co jeszcze? Hyrule Warriors pełne jest smaczków, które fani serii The Legend of Zelda przyjmą z radością. Znajome skrzynie, w których znajdujemy serduszka powiększające pasek życia czy przedmioty do wykorzystania podczas walki. Choćby łuk, bomby lub bumerang – bez nich nie pokonamy niektórych bossów.

Kolejną znajoma nutą w Hyrule Warriors jest właśnie muzyka, która przygrywa w tle. To wariacje słyszanych już wcześniej motywów z The Legend of Zelda, przy których przyjemnie wybija się kolejne tysiące przeciwników. Twórcy Hyrule Warriors poszli nawet dalej w podobieństwach, jeśli chodzi o warstwę audio. Link, Zelda i reszta ekipy nie wypowiadają tutaj ani słowa. Zamiast dubbingu na ekranie lecą ciurkiem literki, a nasi bohaterowie ograniczają się do wydawania z siebie okrzyków i innych dźwięków zaskoczenia, złości, rozpaczy itd.

Hyrule-Warriors-(9k)Czy to przeszkadza? Seria The Legend of Zelda już mnie do tego przyzwyczaiła. Powiem szczerze, że nawet dziwnie bym się czuł, słysząc słowa wypowiadane przez Linka. Czasem jednak takie rozwiązanie trochę rozprasza. Zwłaszcza przy pierwszym kontakcie z grą, kiedy jeszcze nie ogarniamy do końca zasad panujących w świecie Hyrule Warriors. Na ekranie dzieje się bowiem bardzo dużo, od wrogów nie można się dosłownie opędzić. Do tego nasi przyjaciele wydają niekiedy rozkazy, innym razem proszą o pomoc lub eskortę, a my to wszystko musimy czytać uważając jednocześnie, by uniknąć wrogich ciosów. Na szczęście dialogi podczas bitew są krótkie i konkretne. Po godzinie zabawy przywykłem do zerkania na literki, a kończąc grę nawet nie pamiętałem, że uważałem to początkowo za jakąś uciążliwość.

Podobnie było z ruchami postaci. Sterowanie w Hyrule Warriors jest rozwiązane idealnie, nie ma się do czego przyczepić. Jakoś nie mogłem jednak znaleźć przycisku odpowiadającego za skoki. Sprawa szybko się rozwiązała – Link, podobnie jak w innych częściach z serii The Legend of Zelda, po prostu nie skacze. Dotyczy to oczywiście wszystkich bohaterów. Nie myślcie jednak, że są oni przyspawani do ziemi. Podczas wykonywania zwykłych ciosów czy skomplikowanych combosów unoszą się w powietrzu i wykonują przeróżne, widowiskowe ewolucje. Jeśli jednak chcecie sobie ot tak podskoczyć – zapomnijcie. I znowu pytanie: czy to przeszkadza? Na początku dziwi, ale wierzcie mi, że po pewnym czasie będziecie wywijać takie kombinacje ciosów, że gdyby jeszcze trzeba było przy tym skakać, można by zwariować z przesytu.

O co walczymy i w jakich trybach?

Mimo że Hyrule Warriors opiera się głównie na walce, znalazło się tutaj nieco miejsca na fabułę. Historię poznajemy odpalając główny tryb Legend Mode. Klasycznie, mamy wielkie zło, które już nawet nie czai się przy granicach spokojnej krainy, lecz wkracza doń armią pełną demonów i szkieletów.

Link jest oczywiście wybawcą, w którym wszyscy pokładają nadzieję. Choć nie ma w tym nic oryginalnego, nie czujemy się jednak, że bierzemy udział w jakimś banale. Są smaczki, które potrafią zaskoczyć, lecz patrząc na całość, to po prostu kolejna historia o ratowaniu świata, którą fani The Legend of Zelda przeżywali niejeden raz.

Misje polegają zazwyczaj na pokonaniu bossa na danej planszy, a zanim do tego dojdzie, musimy kogoś ochronić, zająć się eskortą, nie dopuścić do przejęcia przez wroga danego obszaru na mapie oraz samemu wywalczyć dostęp do określonego miejsca.

Poza trybem fabularnym otrzymujemy również Free Mode (chyba nie trzeba tłumaczyć zasad), Challenge Mode (np. pokonaj 300 przeciwników w 5 minut) oraz Adventure Mode. Ostatni jest naprawdę ciekawy i warto go ukończyć, jeśli chcecie odkryć wszystkie bronie oraz grywane postacie dostępne w grze.

Adventure Mode to ukłon w stronę 8-bitowych czasów, kiedy rządził NES

Mamy również tryb kooperacji, gdzie jedna osoba śledzi akcję na telewizorze, a druga na ekraniku pada (warto zaznaczyć, że grając w pojedynkę możemy równie dobrze wyłączyć TV, przenosząc zabawę właśnie na ekranik kontrolera).

Szkoda, że twórcy nie pokusili się o tryb sieciowy, choć mam cichą nadzieję, że jeszcze się go doczekamy. Jeden z planowanych dodatków ma bowiem wprowadzić do Hyrule Warriors dwa nowe tryby. Premiera wspomnianego DLC nastąpi jednak dopiero w lutym przyszłego roku.

Machanie mieczem to nie wszystko…

Jak już wspomniałem, walka w Hyrule Warriors to podstawa. Tutaj panowie ze studia Omega Force spisali się na medal. Zasady nie są trudne. Mamy blok, przycisk ataku oraz ciosu specjalnego. Operując dwoma ostatnimi, wykonujemy coraz to bardziej skomplikowane combosy. Mamy jeszcze super atak, który możemy wykonać po naładowaniu paska mocy. Dochodzi do tego magia, oferująca czasową prędkość oraz potężny, zmiatający wszystko z ekranu cios.

Każda postać posiada indywidualne ataki oraz bronie. Kolejny oręż znajdujemy podczas walki, a co ważniejsze, bronie możemy modyfikować, zmieniając ich właściwości. Za pokonanych wrogów dostajemy też surowce, dzięki którym rozwijamy naszych bohaterów. To naprawdę miły dodatek, który wprowadza do tej siekaniny duszę prawdziwego RPG.

Grafika potrafi zachwycić i lekko rozczarować

Silnik gry radzi sobie całkiem dobrze z dziesiątkami wrogów, którzy walają się po ekranie. Przycięcia? Zdarzają się naprawdę rzadko i są niemal niezauważalne. Żeby jednak utrzymać płynność, twórcy musieli pójść na ustępstwa. Podczas, gdy sylwetki postaci są pięknie wykonane i aż miło na nie patrzeć, nie zawsze można to samo powiedzieć o otoczeniu. Zobaczycie sporo kanciastości i będziecie tęsknić za detalami.

Podobnie z efektami – niektóre zapierają dech, inne przypominają zeszłą dekadę. Słowem – za sylwetki należą się pochwały, reszta trzyma średni poziom. Całość ratuje kolorystyka oraz prędkość rozgrywki, dzięki której nie mamy czasu przyglądać się dłużej temu, co dzieje się poza pierwszym planem.

Warto zatem zainteresować się Hyrule Warriors? Jak najbardziej! To przede wszystkim bardzo wciągający gameplay, niosący sporo radości z roztrzaskiwania wszystkiego na strzępy. Dochodzą do tego dobrze przemyślane walki z bossami, na których zazwyczaj trzeba znaleźć jakiś sposób. Nigdy nie zdarzyło się również, by kamera wariowała i gubiła bohatera. Pod tym względem jest elegancko.

Tytuł spodoba się również osobom, które lubią zbieractwo i kolekcjonowanie broni oraz nagród. Jako fan serii The Legend of Zelda, lubiący jednocześnie bardziej rozrywkowe tytuły, wystawiam notę 4/5. Jeśli jednak nie znacie Zeldy, nie lubicie, bądź macie inne powody, dla których nigdy nie graliście w tytuły z tego cyklu, radzę obniżyć ocenę o pół oczka, co i tak daje niezłą, wysoką notę.

PLUSY:

  • duża frajda z walki
  • system rozwoju postaci oraz modyfikacja broni
  • skarby do odkrycia
  • wygląd i animacja bohaterów
  • sporo grywanych postaci z uniwersum The Legend of Zelda

MINUSY:

  • otoczenie mogłoby wyglądać lepiej
  • brak trybu sieciowego
  • dialogi w formie napisów mogą niektórym przeszkadzać
Darek Madejski

Darek Madejski

Wychowany na Amidze i pierwszej odsłonie PlayStation. Do dziś często sięga po hity z lat 90.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Chronimy się przed spamem, dlatego prosimy, rozwiąż captcha zanim klikniesz WYŚLIJ:

2 Shares
Share2
+1
Tweet