Od świeżego serialu do żywego trupa. Finał The Walking Dead przychodzi zbyt późno

The Walking Dead - finał serialu przychodzi zbyt późno
Felieton PG Exclusive

The Walking Dead z ciekawego i świeżego serialu o zombie zmieniło się w seryjny tasiemiec pokroju Mody na sukces – choć z nieumarłymi w tle.

Nostalgiczny zwiastun finałowych odcinków przypomniał mi dawne lata. Mamy rok 2010, jestem na pierwszym roku studiów, wraz z przyjaciółką pochłaniamy kolejne epizody o losach Ricka Grimesa i dowodzonej przez niego grupy ludzi ocalałych z apokalipsy zombie. Pierwszy sezon liczył niesatysfakcjonujące sześć odcinków, ale to może dzięki temu poszczególne sceny z niego pamiętam do dziś – zwłaszcza że nie na wszystkie byłam w stanie patrzeć bez obrzydzenia. Walking Dead, w Polsce nazywane także czasem Żywe trupy, choć wypełnione gnijącymi stworami, wniosło pewien powiew świeżości do popkultury wciąż bazującej wówczas na twórczości George’a Romero. Dlaczego więc po tak doskonałym początku sam serial zmienił się w zombie, które powinno się zamknąć za drzwiami opisanymi „Don’t open – dead inside”?

Apokalipsa bez realizmu

Kryzys przyszedł dość wcześnie, bo już w trzecim czy czwartym sezonie. Zresztą nie ja jedna alergicznie reagowałam na widok Gubernatora. O ile same odczucia względem postaci dałoby się wytłumaczyć, to już w jego wątku można było zauważyć stopniowo rozwijaną spiralę absurdu. Z czasem pojawiało się też więcej błędów w fabule i niemożliwych do wytłumaczenia niedociągnięć, a patetyczne wypowiedzi bohaterów wzbudzały raczej śmiech niż napięcie. Serial zaczął się ciągnąć jak guma do żucia, lecz wielu fanów trwało przy nim wiernie – dla Daryla, Carol czy Negana. Na szczęście dla samych siebie twórcy nie poszli tu śladem Gry o tron i nie eliminowali ulubieńców widzów z niezmienną regularnością; zabicie Daryla byłoby tu gwoździem do własnej trumny, którą i tak niechcący zbudowali.

Weźmy choćby nagminnie pojawiającą się próbę walki z monotonią ataków żywych trupów. Ze względu na sposób działania, fani dość szybko zaczęli je nazywać zombie ninja. Na ogół walkerzy robili mnóstwo hałasu; szli nieskładnie i powoli, potykali się, wydawali dziwaczne odgłosy, jednym słowem – nie dało się ich nie zauważyć. Kilkakrotnie twórcy zastosowali jednak element zaskoczenia, gdy walker pojawiał się znienacka, atakując niczego nieświadomą ofiarę. Można to na siłę tłumaczyć ewolucją żywych trupów, niestety efekt i tak był przeciwny do zamierzonego; widz raczej wybuchał śmiechem niż się bał, zaś sam serial stawał się coraz mniej realistyczny – nawet w kontekście apokalipsy zombie.

Z czasem nieskładnych momentów pojawiało się coraz więcej; gdy już stosowano nieco bardziej skomplikowane zabiegi fabularne, miałam wrażenie, że są tylko przykrywką dla przemocy. Po ósmym sezonie z tym właściwie kojarzy mi się ten serial – z nieustającą sieczką. Na początku otrzymaliśmy tytuł brutalny, ale i głębszy, skłaniający do rozważań o istocie ludzkości. Skończyliśmy zaś na nieustającej masakrze, przy której krew tryska, a flaki przewalają się po ekranie. Być może to we mnie tkwi problem, jako że zdecydowanie nie jestem docelową widownią slasherów klasy Z; początkowe sezony nastawiły mnie jednak na coś zupełnie innego – nawet jeśli okazjonalnie trafiały się tam niezbyt estetyczne fragmenty.

Lori wraca do łask

Na niekorzyść produkcji może działać też czas. Twórcy seriali kontynuowanych przez wiele lat przyzwyczaili mnie już niestety do zmiennego poziomu poszczególnych odsłon. Do liczącego 15 sezonów Supernatural jestem ogromnie przywiązana; ostatnio przypominam sobie zresztą najwcześniejsze przygody Winchesterów, którzy zagościli niedawno na HBO Max. Nawet mimo całej sympatii zdaję sobie jednak sprawę z licznych niedociągnięć czy gorszych „momentów” trwających czasem po kilka odcinków. Podobnie podchodzę do The Walking Deadz perspektywy czasu uważam, że część wątków można by wyciąć z korzyścią dla całości. W ten sposób zamiast jedenastu sezonów o zombie otrzymalibyśmy pewnie ze cztery, ale za to naprawdę dobrze zrobione i wciągające od początku do końca. Niestety zamiast tego mamy obecnie tasiemiec z pewną ilością powtarzalnej, a więc mało angażującej akcji w każdym odcinku.

Supernatural, choć pod pewnymi względami również stało się generycznym tasiemcem, ma jednak ogromną przewagę nad Żywymi trupami. Są nią główni bohaterowie, obecni – choć w różnych formach – od początku do końca. Jensen Ackles i Jared Padalecki zyskali moją sympatię od pierwszego odcinka i utrzymali ją przez kolejne 326 odsłon. W przypadku Walking Dead pozytywne postaci mogłabym policzyć na palcach jednej ręki. I choć w życiu nie sądziłabym, że kiedyś napiszę to o Lori Grimes zajmującej wysokie miejsce w moim prywatnym TOP 10 najbardziej irytujących postaci serialowych, to jednak paradoksalnie wolałabym, żeby przetrwała. Gdybym miała taką możliwość, bez chwili wahania przywróciłabym Lori w zamian za Rona, Sama, Enid, Jadis, ojca Gabriela, Richarda, Lizzie, Jareda, Nicholasa, Andreę… i mniej więcej połowę pozostałej obsady dochodzącej do serialu w kolejnych sezonach. Łudzę się, że z jedną Lori łatwiej byłoby sobie poradzić niż z całą plejadą bohaterów, dla których pożarcie przez zombie to jedyne słuszne zakończenie.

„Don’t open – dead inside”

Finał The Walking Dead przychodzi zdecydowanie zbyt późno. Od rozwleczonej na siłę historii po dramatycznie słabych sezonach siódmym i ósmym odwróciło się już wielu dotychczasowych fanów; nie każdego z nich uda się skusić do powrotu przy pomocy nostalgicznych zwiastunów. Ja wracać nie zamierzam; dla mnie tytuł na zawsze pozostanie za drzwiami z przestrogą: „Don’t open – dead inside”. Nawet w obliczu końca świata trzeba żyć dalej – kto wie, co przyniosą kolejne seriale?

Promocje

Zobacz wszystkie
Udostępnij:

Prawdziwy Gracz poleca się do polubienia

Podobne artykuły

Zobacz wszystkie