Recenzja For Honor. Chcesz pokoju, przygotuj się na wojnę

Swoją nową produkcją Ubisoft zapewnia około 7 godzin zabawy w trybie fabularnym, lecz to tylko wstępniak do solidnej rozgrywki sieciowej.

O For Honor usłyszeliśmy podczas E3 w Los Angeles w roku 2015. Produkcja została zapowiedziana na 2016 rok, jednak przedłużające się otwarte i zamknięte testy wydłużały jej wydanie. Tym samym, zwiększały się też oczekiwania wobec samej gry. 14 lutego 2017 roku For Honor pojawia się w końcu na półkach sklepowych. Czy sprostał nadziejom graczy? Odpowiedź jest niejednoznaczna i leży gdzieś pośrodku.

Alternatywne średniowiecze

Abraham Lincoln powiedział niegdyś, że najlepszą metodą przewidywania przyszłości jest jej tworzenie. Gdyby żył w czasach protagonistów z najnowszej produkcji Ubisoftu z pewnością jego słowa wisiałyby na proporcach prowadzących oddziały do boju. Każda z postaci czynnie próbuje osiągnąć swój cel, kosztem siebie, swoich pobratymców i pokoju na świecie. Liczy się tylko zamierzony cel.

For Honor

Fabuła przenosi nas do pseudo-średniowiecznego okresu rządzonego ogniem, mieczem i surową ręką władców. Przyjdzie nam pokierować trzema frakcjami: Rycerzami, Wikingami i Samurajami. W świecie wykreowanym przez twórców Assasin’s Creed nie ma miejsca na rozterki moralne, tutaj trzeba chwycić za największy i najcięższy oręż i ruszyć do walki. Kampania dla jednego gracza podzielona została na trzy rozdziały. Każdy rozdział z kolei to sześć niezależnych, lecz spójnych misji. Od samego początku jesteśmy prowadzeni jak po sznurku, przez bardzo liniowe i oskryptowane ale za to przepięknie stworzone mapy.

For Honor

Mysz i klawiatura sprawują się dobrze, ale For Honor jest odczuwalnie stworzone pod konsole i pada; tak jak pod tryb wieloosobowy. Nie jest tajemnicą, że Ubisoft tworzył swój projekt pod rozgrywkę dla wielu graczy. Jednak, jak zapewniał dyrektor kreatywny Ubisoft Montreal, Jason VandenBerghe w wywiadzie dla portalu Gamespot, produkcja miała być też wielkim doświadczeniem dla jednego gracza: To będzie pełna kampania, filmowa przygoda w której na początku zagracie jako Rycerz, Strażnik, następnie jako Drengr (Wikingowie) a na końcu jako Orochi (Samurajowie)… Przebędziecie trzy zróżnicowane regiony; terytoria Rycerzy, Wikingów i Samurajów. To będzie wspaniała przygoda… Stworzyliśmy tę kampanię w taki sposób, aby każdy kto kupi grę tylko dla niej był usatysfakcjonowany, nawet jeśli nie zagra po sieci. Jak jest w rzeczywistości?

For Honor

Czujemy, że uczestniczymy w pełnych rozmachu wydarzeniach, starających się tworzyć epicką historię. Jednak banały, którymi rzucają w nas aktorzy podkładający głos głównym protagonistom odstraszają i bardziej przypominają film klasy C niż produkt Triple-A pędzący od dobrych kilku miesięcy na rozgrzanej lokomotywie promocji. Zakończenie – którego nie zamierzam zdradzić, choć nie ukrywam, że jest mizerne – urywa się nagle, pozostawia nas z wieloma pytaniami i pewnym niedosytem. Być może jest to celowy zabieg, właśnie po to by poczuć niezaspokojenie i chęć pozostania z tytułem w potyczkach dla wielu graczy.

For Honor

Czy warto zakupić For Honor tylko dla pojedynczego gracza? Z jednej strony tak. Fabuła dostarcza mimo swoistego dysonansu masę frajdy, lecz z drugiej – w połowie kampanii czuć powtarzalność i brak fabularnego suspensu, spodziewanego za kolejnym pociągnięciem miecza. Rozczaruję was. Prócz prezentacji kolejnych postaci dostępnych w rozgrywce dla wielu graczy, historia jest płytka. Wątki fabularne są tylko pretekstem do wstępu do bitwy z innymi graczami.

Mieczem, toporem i kataną

For Honor jest na swój sposób tworem unikatowym, ale zarazem… ryzykownym. Ubisoft przedstawił innowacyjny system walki taktycznej, w którym odpowiadamy jednocześnie za kierunki uderzenia (z lewej, z prawej lub z góry) i blokowania. Musimy być czujni i bacznie obserwować, co zamierza nasz przeciwnik i z której strony może zadać cios. Możemy parować i wytrącać przeciwnika z równowagi lub gardy gdy ten, dajmy na to, chowa się za tarczą. Podstawą systemu jest utrzymanie bojowej postawy. Wówczas skupiamy nasze ciosy wyłącznie na jednym przeciwniku. A co kiedy atakuje nas dwóch lub więcej żołdaków? Wtedy z uaktywnionym systemem bojowym możemy nadal atakować jednego, lecz nadchodzące ataki blokujemy z każdej innej strony. Brzmi banalnie? To tylko pozory. Każda postać oferuje sporą liczbę kombinacji (przywołujące na myśl ciosy z bijatyki), które rozszerzają nasze możliwości ataku, obrony, natarcia i powalania.

For Honor

Podczas rozgrywek podnosimy wspomagacze, które po aktywowaniu tymczasowo mogą nas leczyć, zwiększyć obrażenia zadawanych ciosów lub umożliwiają użycie strzału z łuku. Możliwości robi się rzeczywiście sporo i taktyka jaką przyjmiemy, zależna jest wyłącznie od nas. Prócz wspomagaczy przed rozpoczęciem danej misji wybieramy talenty. Zostały one podzielone na pasywne (działające non-stop) i aktywowane – ofensywne. Poziom trudności wraz z rozwojem fabuły jest na tyle wysoki, że sama gra zachęca nas do wybrania przed rozpoczęciem misji choć jednego talentu leczącego. Nieraz taki talent uratował mi skórę.

For Honor

Pojedynki jeden na jeden dają ogromną frajdę a jednocześnie stanowią wyzwanie. Co więcej, potrafią ukarać za bezmyślne ruchy. Ale niestety zabawa w systemie walki stworzonym przez Ubisoft płynie głównie podczas zabawy wieloosobowej. Walki z postaciami kierowanymi przez komputer są chaotyczne, pokonanie AI wymaga zwykle jak najszybszego wymachiwania orężem niż kalkulowania, z której strony tym razem może uderzyć sztuczna inteligencja. Oczywiście można się skupić i wczuć w pojedynek jeden na jeden, honor i rękę księżniczki, ale w natłoku wydarzeń i akcji nie ma na to czasu. Wyjątek od reguły stanowią bossowie, tutaj ich przewaga i taktyka przyjęta przez AI naprawdę robi wrażenie i wymagała nieraz kilku podejść do jednego przeciwnika.

For Honor

Nigdy tak naprawdę nie wiadomo czy innowacja przyjmie się czy od razu zostanie skrytykowana – szczególnie w produkcji nastawionej na długie godziny spędzone w sieci. Na szczęście w przypadku For Honor system się sprawdził. Po wielu godzinach spędzonych w trybach rozgrywki wieloosobowej trzeba poklepać designerów Ubisoftu po plecach i powiedzieć – dobra robota. To jeden z najciekawszych systemów ostatnich czasów, a z pewnością najbardziej taktyczny i elastyczny, wymagający od nas dostosowania się do sytuacji. Niezależnie od tego co mówił Jason VandenBerghe, wszystko wskazuje na to, że najlepiej będziecie się bawić w sieci.

Z prawdziwym przeciwnikiem

Rozgrywka wieloosobowa oferuje uczestniczenie w konflikcie między Rycerzami, Wikingami i Samurajami i walce o przynależne terytorium. Konflikt (czyli Wojna Frakcji) dzieli się na aktualizacje terytoriów, rundy oraz sezony. Po każdych sześciu godzinach dochodzi do aktualizacji terytoriów, rundy resetują się po dwóch tygodniach a sezony – dziesięciu. Po każdym uaktualnieniu frakcja posiadająca najwięcej ziem na danym obszarze przejmuje nad nim kontrolę a od tego, kto obejmuje większość na danym terytorium, zależy wygląd otoczenia.

For Honor

Trybami, które dostarczają najwięcej zabawy to z pewnością Pojedynek i Potyczka. W nich skupiamy się na walce jeden na jeden bądź dwóch na dwóch. To tutaj możemy wykorzystać wszystkie umiejętności, które nabyliśmy do tej pory i udowodnić swoją waleczność. Przy tych trybach spędziłem najwięcej czasu i z pewnością powrócę by poczuć klimat rycerskiego turnieju.

Jest też tryb nieśmiertelnego Deathmatchu dla maksymalnie ośmiu graczy a ponadto Dominacja – szczególnie promowana przed premierą gry – polegająca na przejmowaniu punktów i eliminacji przeciwników. Duże tryby potrafią wzbudzić w nas skrajne emocje – od szczęścia do nieokiełznanej frustracji, gdy po raz kolejny z rzędu dostajemy toporem w plecy w pojedynku z innych graczem – niestety honorowe potyczki w For Honor rzadko się zdarzają. Czym więcej nauczymy się ciosów i czym sprawniej będziemy mogli wykorzystać je w odpowiednim momencie walki, tym dłużej przetrwamy na polu bitwy i więcej zdobędziemy zasobów wojennych, które umożliwią podbijanie wrogich terytoriów lub obronę swoich ziem.

For Honor

Na wstępie dostajemy 12 klas postaci po 4 na każdą z 3 frakcji. Każda frakcja to Weteran (uniwersalny bohater), Kolos (wolny lecz niezwykle skuteczny), Skrytobójca (szybki, zwinny i zabójczy) oraz Hybryda (walczy długim ostrzem, często na odległość). Każdy bohater jest dobrze zbalansowany, co pozwala nam podjąć wyrównany pojedynek z pozostałymi klasami.

Wewnętrzna waluta pozwala personalizować naszego ulubionego bohatera i wykupić dodatkowe modele broni, zbroi lub statystyki podnoszące efektywność. Jednak wymaga to wykonywania dziennych i tygodniowych kontraktów (by zdobyć doświadczenie i wewnętrzną walutę, Stal) lub skorzystania z mikro-transakcji i wykupienia wirtualnej waluty za prawdziwe pieniądze. Na to oczywiście potrzeba sporo czasu. Ktoś policzył, że na zakup wszystkich dodatków oferowanych przez grę, trzeba wydać ok. 4000 tys. złotych! No, nieźle Ubisofcie.

For Honor

Warstwa wizualna i dźwiękowa

Ciągłość fabularna nie jest najbardziej udanym elementem, czego nie można powiedzieć o warstwie artystycznej – wizualnej i dźwiękowej. Walące się mury, strzały przecinające naszą wędrówkę po fortyfikacji i co chwilę napotykani kolejni wrodzy żołnierze do wyeliminowania. Wszystko dookoła aż kipi akcją, a chciałoby się na chwilę przystanąć i popodziwiać widoki, lecz dźwięki bitwy nie dają zapomnieć gdzie tak naprawdę jesteśmy.

Zarówno warstwa wizualna jak i dźwiękowa stoi na najwyższym poziomie. Z pewnością jest to jedna z najładniejszych gier Ubisoftu, a mnogość szczegółów renderowanych niezależnie, wzmaga szybsze bicie serce. Lokacje, które przyjdzie nam zwiedzać są zróżnicowane, raz będziemy walczyć na ośnieżonych stokach, drugim razem w niezwykle majestatycznych lasach dżungli. Najchętniej podziwiałem zaprojektowane zbroje Samurajów, które dzięki kolorowym motywom i detalom powiewającym na wietrze nadawały świetnego klimatu.

For Honor

Udany eksperyment

For Honor wprowadza nas do świata, z którym ciężko utożsamić się w naszych realiach, ale na ekranie te koncepcje sprawdzają się doskonale. Twórcy wrzucili trzy zupełnie różne frakcje, sztuki wojenne i całe czary przelanej w słusznej sprawie krwi. Wymieszali to na tyle dobrze, że smak nie przeszkadza a wręcz… intryguje. A ta lekko abstrakcyjna historia alternatywna, w której mieszają się trzy zupełnie inne cywilizacje – powiem szczerze, że mnie odpowiada. Tylko właśnie, w tej całej młócce zabrakło kontekstu i sensu fabularnego. Niestety.

For Honor

Mimo to For Honor okazało się prawdziwym pozytywnym zaskoczeniem. Rozgrywka jest dopracowana, a wizualnie całość jest na najwyższym poziomie. Najnowsza produkcja Ubisoftu zapewnia pewną świeżość, przede wszystkim gdy stajemy oko w oko z prawdziwym graczem. Minusem z pewnością są problemy ze stabilnością serwerów (których rozwiązanie to kwestia czasu) i wcale nie takie „mikro” mikro-transakcje, których nie powstydziłaby się gra free-to-play. Produkcja z pewnością przypadnie do gustu wszystkim, którzy uwielbiają szkolić swoje umiejętności, opanowywać kolejne postacie do perfekcji w trybach sieciowych i odblokowywać nowe elementy personalizacji bohaterów. A do tego potrzebny jest pełny portfel lub bardzo, bardzo dużo czasu, który spędzicie z całą pewnością w przyjemny sposób.

Plusy:

– innowacyjny system walki
– taktyka
– tryby sieciowe
– grafika

Minusy:

– ubogi tryb fabularny
– mikro-transakcje

Ocena: 4/5

For Honor było testowane w wersji na PC. Screeny pochodzą od redakcji.

Grę do recenzji dostarczył Kinguin.net.

Michał Śladewski

Michał Śladewski

Na codzień dziennikarz i marketingowiec, w wolnym czasie pasjonuje się wszystkim co dostarcza wrażeń wizualnych. Samouk montażu wideo i miłośnik nowych technologii. Najchętniej życie poświeciłby na zwiedzaniu dalekich zakątków i uwiecznianiu fauny (serio!). Przygodę z grami zawdzięcza bratu i jego Commodore. Co lepsze PC czy konsola? Kiedyś fan blaszaka, dzisiaj konsoli – bo wygodniej na kanapie.