Recenzja Final Fantasy VII Remake. O takie spotkanie po latach walczyłem

Po dwudziestu trzech latach oczekiwań, doczekaliśmy się wznowionej wersji wydanego przed laty hitu. Czy we współczesną adaptację gra się nadal tak dobrze, jak w wersję z ubiegłego wieku?

Próby odtworzenia klasyków i przeniesienia ich we współczesne realia, zdają się być karkołomnym przedsięwzięciem, choć w ostatnim czasie udanie realizowane przez japońskie studia z Resident Evil 2 i 3 Remake na czele. Oceniając wyprodukowane niegdyś produkcje kultury masowej, mamy spory problem z tym, by naszej percepcji nie zaburzyła nostalgia. Wyidealizowane obrazy ulubionych gier czy filmów przed laty, w naszych oczach pozbawione są jakichkolwiek defektów. Tak właśnie jest w przypadku Final Fantasy VII. W pamięci milionów miłośników elektronicznej rozrywki, to właśnie ta gra stanowi niedościgniony wzór w kontekście kreacji bohaterów, fabuły czy mechaniki.

Wydanie Final Fantasy VII na PlayStation 4 to odważna decyzja, bo nie mówimy tutaj tylko o podbitej rozdzielczości czy zwiększonej ilości detali, a o modyfikacjach, które drastycznie zmieniają to, do czego przyzwyczaił nas protoplasta. Przebudowywanie tego, co uchodziło za doskonałe, musiało spotkać się ostrą reakcją części ortodoksyjnych fanów. Czy słusznie można uznać, że metamorfoza, która dotknęła siódmą część Finalnej Fantazji jest profanacją? A może bez ulepszeń mechanik leciwej już gry, nie udałoby się przekonać współczesnych klientów, by spojrzeli na grę przychylnym okiem?

Znana historia opowiedziana na nowo

W Final Fantasy VII Remake znów przyjdzie nam wcielić się w młodego eks-żołnierza i najemnika Clouda Strife’a. Poznajemy go w momencie, gdy wraz z grupką najemników z organizacji Avalanche, przypuszcza atak na reaktor należący do korporacji Shinra. Cios wymierzony zostaje w elektrownie firmy, z powodu stosowania przez nich nieetycznych praktyk. Wykorzystują oni bowiem energię Mako, życiodajną siłę umożliwiającą przetrwanie planety, by czerpać zyski i dzierżyć władzę. Nasz protagonista, noszący na plecach olbrzymich rozmiarów miecz, początkowo pomaga rebeliantom tylko dla pieniędzy. Z czasem jego motywacje zaczną ulegać zmianie, a relacje z członkami grupy przestaną mieć charakter wyłącznie biznesowy.

Chociaż rdzeń historii nowej odsłony czerpie garściami ze scenariusza poprzedniczki, to nie sposób dostrzec pewnych zmian. Najbardziej zaskoczeni będziecie pod koniec przygody widząc, jak daleko twórcy posunęli się w przeróbkach, zawartych w uniwersum. Główny wątek fabularny jest bardzo angażujący, nawet dla osób, które znają pierwowzór na wylot.

Co rusz jesteśmy raczeni wydarzeniami, które w oryginale nie miały miejsca. Przyjdzie nam chociażby lepiej zaznajomić się z członkami grupy Avalanche. Dotychczas bowiem Wedge, Biggs i Jessie odgrywali role drugoplanowe, remake daje natomiast możliwość lepszego zapoznania się z członkami zespołu. Niejednemu przedstawicielowi męskiej części graczy na pewno Jessie skradnie serce. Przesympatyczna dziewczyna daje się poznać jako interesująca kompanka, którą chętnie zaprosilibyśmy na kawę w realu. Warto w tym miejscu również przypomnieć, że Final Fantasy VII Remake nie opowiada całej historii zawartej w wersji z 1997 roku. Koncentruje się wyłącznie na wydarzeniach toczących w mieście Midgar, a dopiero kolejne części mają kontynuować opowieść.

Główne zadania z pewnością stanowią o sile tytułu, ale na pewno nie będę ciepło wspominał misji pobocznych, które zostały dodane na siłę, a jedynym ich celem zdaje się być przedłużenie rozgrywki. Zrealizowano je bez polotu, przy nikłym nakładzie pracy. Jednym z dodatkowych zadań będzie np. rozprawienie się ze szczurami błąkającymi się po ulicach miastach Midgar. Innym razem poszukiwać będziemy zagubionych kotów, które uciekły właścicielce. Po studiu Square spodziewałbym się więcej inwencji i kreatywności, a nie fetch questów, które pasują bardziej do darmowego MMO niż do pierwszoligowej serii. Dobrze chociaż, że od razu po wykonaniu misji, możemy natychmiast wrócić do zleceniodawcy po odbiór nagrody. Nasz rodzimy Wiedźmin doskonale pokazuje, jak powinny być projektowane zadania poboczne w grach RPG nastawionych na single player, pozostając w tej materii niedoścignionym wzorem.

Dawno Cię nie widziałem, wypiękniałaś!

Piękna oprawa wizualna zachwyca od pierwszego momentu, aż trudno uwierzyć, że tak spektakularny efekt udało się osiągnąć na konsoli wydanej na rynek w roku 2013 (grałem na podstawowej wersji PS4). Główni bohaterowie mają mnóstwo detali i prezentują się fenomenalnie, ich animacji niczego nie można zarzucić, a w trakcie potyczek widowiskowo ścierają się z antagonistami. Scenki przerywnikowe, które ogląda się niczym najwyższej klasy film (intro wymiata!), płynnie przechodzą w akcję, umożliwiając graczowi sięgnięcie po pada. Dodatkowo wszelkie lokacje zostały zaprojektowane zjawiskowo, miejsca takie jak dom Aerith, zewsząd otoczony kwiatami, wyglądają pięknie, pokazując potencjał kierunku artystycznego obranego przez projektantów.

Z drugiej strony, nie wszystko jednak wygląda perfekcyjnie. Aparycja przechodniów miasta Midgar pozostawia wiele do życzenia. Gołym okiem widać, że stanowią oni jedynie tło dla głównych bohaterów. Prezentują się po prostu słabo i można odnieść wrażenie, jakby pochodzili z zupełnie innej gry, o znaczenie mniejszym budżecie. To prostu szara masa klonów, którymi zaludniono ulice metropolii, gdzie brakuje im szczegółów twarzy, czy ubrania. W tym przypadku Square poziomem wróciło do czasów PlayStation 3. Nie sposób też nie zauważyć dorysowujących się na naszych oczach tekstur. Nie wiem, czy problem leży w ograniczonej mocy PS4, czy w błędach, które z czasem zostaną poprawione za pomocą łatki.

Wiatr zmian

Bodaj najgruntowniej ze wszystkich elementów, przeobrażono system potyczek. W oryginalnej wersji Final Fantasy VII rozgrywały się one w systemie turowym. Remake natomiast pozwala na prowadzenie walk w czasie rzeczywistym, z możliwością korzystania z aktywnej pauzy. Sterujemy jedną postacią, a wówczas pozostałymi członkami drużyny kieruje sztuczna inteligencja. Możemy jednak w każdej chwili przejąć kontrolę nad konkretnym bohaterem, by skorzystać z jego zdolności, rzucić czar lub użyć przedmiotu. System można by przyrównać do rozwiązań zastosowanych w Final Fantasy XV. W grze nie mogło zabraknąć tak charakterystycznych dla serii summonów – wsparcia w postaci potężnych istot, które teraz można przyzywać wyłącznie podczas walk z bossami oraz ciosów limit break – specjalnych ataków, które w trakcie konfrontacji mogą przechylić szalę na naszą korzyść. Bronie czy pancerz mają też wsparcie znanych z pierwowzoru materii, które umożliwią skorzystanie z dodatkowych zdolności ofensywnych czy defensywnych.

Jak system pojedynków sprawdza się w praktyce? Bitwy są bardzo dynamiczne i widowiskowe, czuć siłę każdego zadanego ciosu i poza taktycznym planowaniem, przydadzą się zręczne palce, by uniknąć ataku adwersarzy, uskakując czy też blokując cios. Dodatkowo zaimplementowano opcjonalny, klasyczny tryb walki, podczas, którego postacie z drużyny same ścierają się z wrogami, a my jedynie wyznaczamy im polecenia (takie jak użycie czaru ognia, czy wypicie mikstury leczącej). W teorii stanowić on miał dogodne rozwiązanie dla osób, które nie cenią sobie zręcznościowego charakteru potyczek, ale trudno mi go zarekomendować z czystym sumieniem. Zbytnio uproszcza on rozgrywkę, czyniąc z nas zasadniczo obserwatora walk, przez co gra praktycznie sama się przechodzi.

Czy zastosowany rodzaj potyczek sprawia, że rozwijanie postaci schodzi na dalszy plan? Na domyślnym poziomie trudności, gra nie należy do najtrudniejszych produkcji ostatnich lat, ale bez dobrze wyposażonej drużyny się nie obejdzie. Walki z bossami potrafią się ciągnąć nawet do kilkunastu minut i wymagają od nas niemałej koncentracji. Co zaś się tyczy wspomnianego rynsztunku, to każdą broń możemy ulepszać, co wpływa na statystki kierowanej przez nas postaci. Elementy RPG są więc nadal obecne, umożliwiając wykreowanie dream teamu.

Muzyka łagodzi obyczaje

Wszystkie dialogi w grze zostały udźwiękowione, co zwiększa immersję i pozwala w jeszcze większym stopniu zżyć się z bohaterami. Grając w Finala z 1997 roku zawsze zastanawiałeś się, jak brzmiałby Barret czy Cloud? Teraz już nie musisz! Co więcej, głosy dobrano perfekcyjnie, przez co świetnie korespondują z osobowością konkretnej postaci. Szkoda jedynie, że zabrakło polskiej wersji językowej, chociażby kinowej. Zdążyliśmy się już przyzwyczaić do świetnych lokalizacji gier na PlayStation 4. Melodie przygrywające nam podczas zabawy to natomiast istny majstersztyk. Stanowią one wariacje kompozycji z oryginału, przez co niejednemu sentymentalnemu graczowi zakręci się łezka w oku. W trakcie przemierzania lokacji warto być czujnym, bowiem kolekcjonowanie utworów zapisanych na płytach winylowych (dostępnych m.in. u handlarzy), pozwala na odtwarzanie muzyki w porozmieszczanych w różnych częściach miasta szafach grających. To naprawdę fajny dodatek.

Czy o taki remake walczyłem?

Final Fantasy VII Remake zapewnia długą i wciągającą historię, którą zgłębiać będziecie przez kilkadziesiąt godzin. To hołd złożony dla jednej z najważniejszych gier, jakie kiedykolwiek zostały wydane i byłoby wielkim błędem pominąć recenzowany tytuł (trafi również na PC w przyszłym roku). Nowy Final nie jest z całą pewnością doskonały, ale przemierzając steampunkowe ulice i odkrywając tajemnice miasta Midgar, towarzyszyła mi magia, którą pamiętam jeszcze z czasów młodzieńczych, podczas obcowania z oryginałem. Chociaż bohaterowie już nie przypominają zlepku pikseli, który znamy z dzieciństwa, to ich historia nadal chwyta za serce i nie pozwala przejść obojętnie obok losów dzielnych rebeliantów z Avalanche. To dodatkowo pokazuje, jak bardzo uniwersalną i zarazem doskonałą grą było oryginalne Final Fantasy VII i jak dobre gry potrafili robić Japończycy.

PLUSY:

– angażująca fabuła z wieloma ciekawymi zmianami
– system walki dostosowany do współczesnych czasów
– wpadająca w ucho muzyka
– oprawa wizualna, poza…

MINUSY:

– …doczytującymi się teksturami i wyglądem przechodniów
– nieciekawe zadania poboczne
– brak polskiej wersji językowej

OCENA: 4,5/5

Bartłomiej Balcerzak

Bartłomiej Balcerzak

Miłośnik staroszkolnych gier RPG takich jak Baldur's Gate czy Planscape Torment a jednocześnie nowszych przedstawicieli tego gatunku z Mass Effectem na czele.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Chronimy się przed spamem, dlatego prosimy, rozwiąż captcha zanim klikniesz WYŚLIJ: