Twórcy The Last of Us Part I proszą o nieocenianie gry po okładce, ale ja i tak będę to robił

Mamy nie oceniać The Last of Us Part I po okładce, ale i tak to robię
Felieton PG Exclusive

Nie powinniśmy oceniać książki po okładce, gry po zwiastunie, filmu po budżecie, a obiadu po tym, ile zajmuje miejsca na talerzu. Jeden z twórców The Last of Us Part I sam stwierdził, że powinniśmy zagrać, aby wyrobić sobie o tytule opinie. O ile w pełni się z tym zgadzam, o tyle nic nie poradzę na to, że wciąż będę wydawał przedwczesne wyroki.

Po raz pierwszy w The Last of Us zagrałem jeszcze przy okazji jej premiery na PS3 i z miejsca okazała się jedną z moich ulubionych pozycji w ogóle. Teraz konsoli nie mam, więc remake wydaje się idealnym pretekstem do powrotu do tej genialnej historii, tyle że na PC. I jeżeli również nie możecie doczekać się premiery wersji na blaszaki – raczej nie macie się o co martwić.

Zupełnie inaczej sprawa wygląda ze wszystkimi, którzy pozostają wierni rodzinie PlayStation. Jeżeli mieliście przyjemność drugi raz przechodzić legendarny tytuł w wersji zremasterowanej – to już w ogóle nie dziwię się Waszej ostrożności. Pierwsze materiały z TLOU Part I zwiastują nam przepiękną grę, która na pewno zachwyci nas wspomnianą już grafiką, wciąż tak samo wspaniałą historią i umożliwi zabawę szerszemu gronu odbiorców. Co jednak z samą rozgrywką? Z jednej strony szkielet gry nie zestarzał się jakoś strasznie, a z drugiej – graliśmy przecież w Part II, które rozwinęło sporo idei z „jedynki”.

Na gameplayu usprawnień pod kątem samej rozgrywki nie było widać. Joel nie może padać na ziemię, dynamicznie unikać ciosów, czy skakać po mapach niczym zwinna Ellie (i w sumie dobrze). Twórcy jednak chcą, abyśmy za usprawnione AI i lepszą grafikę zapłacili 300 złotych. I jak tu się dziwić graczom, którym nie podoba się ten pomysł?

Kontrowersje przed premierą

Sytuację postanowił ratować jeden z deweloperów odpowiedzialnych za remake. Wyjaśnił na Twitterze, że sam „feeling” rozgrywki nie jest możliwy do pokazania na materiałach, a trzeba zagrać, aby w pełni poczuć wszystkie zmiany.

Ludzie narzekają na rozgrywkę, oglądając filmik, ale nikt tak naprawdę nie miał ręki na kontrolerze. Po zagraniu w oba nie ma porównania między PS3 i PS5. A czołganie się po prostu zepsułby gameplay i miejsca walki, bo oryginalnie nie były tak zbudowane.

– napisał Jonathan Benaino z Naughty Dog na Twitterze

I wiecie co? W pełni się z nim zgadzam. Oryginał faktycznie został zaprojektowany zupełnie inaczej i nie ma w nim miejsca na ulepszenia z drugiej części. Do tego samą grę (a co za tym idzie: zmiany w niej) możemy ocenić tak naprawdę wyłącznie wtedy, gdy w nią zagramy. Logiczne, ale to niestety bardzo naiwne podejście do swoich klientów. Klientów, którzy mają zapłacić nowy standard cenowy za coś, czego nie da się pokazać przed premierą. No to jak to? Co to za kampania marketingowa? Mamy wierzyć im na słowo?

Gracze głupi nie są, ale mogą się mylić

To nie pierwszy raz, gdy deweloperzy zwracają uwagę na to, aby nie oceniać książki po okładce (gry po zwiastunie, niech będzie). Diablo Immortal wywołało kontrowersje przed premierą i to na gigantyczną skalę. Obiekt memów, choć niepozbawiony wad, okazał się jak najbardziej sensowną produkcją, która faktycznie może wciągnąć na wiele godzin. Tutaj jednak sytuacja wyglądała nieco inaczej, bo sam szkielet rozgrywki bez problemu widać było na wczesnych zwiastunach czy gameplayach. Po prostu gracze obrazili się za „bezczeszczenie” ich ulubionej serii.

Na Capcom spadły gromy przy zapowiedzi DmC: Devil May Cry, bo legendarny Dante wyglądał jak… emo. No, coś w tym faktycznie było, a deweloperzy pozbawili go nawet charakterystycznej białej grzywy. Do tego… pali papierosy! Ostatecznie dostaliśmy absolutnie prześwietną siekankę, z kontrowersyjnymi zmianami fabularnymi (ale historia i tak była spoko) i wywołującym muzyczną epilepsję aggretochem jako soundtrackiem. Recenzenci doskonale zdawali sobie z tego sprawę i tytuł zdobył bardzo wysokie noty.

Diablo Immortal, DmC, a nawet niektóre kolejne odsłony serii Call of Duty (Infinite Warfare!) czy Assassin’s Creed (Syndicate!) wywoływały negatywne odczucia przed wydaniem, ale często okazywały się co najmniej dobrymi grami. Z pewnością jednak nie zasługiwały na wszystkie te gromy. Tylko teraz spójrzmy na to z perspektywy klienta. Dobrze, nie będę oceniał gry na wczesnych materiałach, bo jeszcze w nią nie zagrałem – nie brzmi to sensownie, prawda? W końcu, aby zagrać, trzeba zapłacić (sporo…), a wczesne materiały służą właśnie temu, aby nie tylko zainteresować klientów, ale też jako informacja dla dewelopera. I jeżeli ta informacja jest negatywna to… kogo to jest wina? Klienta czy twórców?

Kupiłem ładną książkę, ale ma tylko stać na półce

Jakiś czas temu zakupiłem wybitne wydanie Horrorstör Grady’ego Hendriksa. Książka opowiadająca o nawiedzonym sklepie meblowym wygląda jak katalog Ikea. Genialne, prawda? Potem okazało się, że pod kątem samej fabuły nie mam co liczyć na rewolucję. Oceniłem produkt po okładce, która była fantastyczna, ale w środku nie czyhało na mnie coś równie wspaniałego. Jak widać – jest to broń obosieczna, która może zaszkodzić nie tylko twórcom, ale też odbiorcy. Dlatego przecież tyle się mówi, aby „nie oceniać książki po okładce”.

Szkoda tylko, że okładka/ gameplay/ zwiastun to jedne z podstawowych narzędzi marketingowych, służących wzbudzeniu zainteresowania. Ludzie wolą rzeczy ładne, przykuwające wzrok, ciekawe czy po prostu „lepsze”. Nie lubią za to wydawania pieniędzy (nie mówię do ciebie, Bezos), rozczarowania i robienia ich w konia. Nic na to nie poradzę, że chętnie zagram w The Last of Us Part I, ale tylko przez wersję PC i wyłącznie po zasięgnięciu pierwszych opinii o tym, co faktycznie się tu zmieniło. Po prostu należę raczej do tej grupy graczy, dla których nie ma za bardzo sensu odświeżać tego tytułu. I, jak widać, nie jestem jedyny.

Naprawdę, nie chcę robić przykrości deweloperom i wydawać werdyktu przed zagraniem w grę. Zdaję jednak sobie sprawę z dwóch „ocen” produktu. Pierwsza dotyczy tego, czy warto wydawać na coś pieniądze, a druga dotyczy samego już produktu. I o ile w pierwszym przypadku mam pełne prawo sugerować się materiałami, o tyle w drugim muszę w grę zagrać. Tylko czy ja w ogóle mam na to czas? Być może faktycznie czasami lepiej jest skreślić z listy dany tytuł, aby wrócić do niego tylko wtedy, gdy społeczność sama stwierdzi, że odrażająca okładka skrywa w sobie niemal bezcenny skarb, który tym razem będzie można kupić taniej, na wyprzedaży.

Promocje

Zobacz wszystkie
Udostępnij:

Prawdziwy Gracz poleca się do polubienia

Podobne artykuły

Zobacz wszystkie