Test mikrofonów Hiro Ichos i Hiro Milo – tak podobne, a tak różne

Każdy, kto nagrywał kiedykolwiek film z własną osobą w roli głównej wie, że dużo łatwiej jest widzom dostarczyć dobre wideo niż audio. Weźmy pod uwagę chociażby wbudowane w smartfony aparaty. Wiele z nich oferuje już nagrywanie w 4K, jednak wciąż ma problemy z dobrym odwzorowaniem dźwięku. A to za cicho, a to za głośno, a to za dużo szumów, a to dźwięk jakby spłaszczony. Jakaż dopada nas furia, gdy nagraliśmy 20 minut materiału, a po odtworzeniu słyszymy w tle pralkę z łazienki, której nie zarejestrowało nawet nasze ucho na żywo.

Jeszcze 10 lat temu mało kto używał dedykowanych graczom rejestratorów dźwięku, dziś w zalewie gier multiplayerowych, a także wszelkiego rodzaju streamów, mikrofon na biurku gracza nie budzi już sensacji. Największym popytem zdają się wciąż cieszyć headsety, które mają już wbudowany mikrofon. Ma to swoją zaletę, gdyż taki sprzęt dwa w jednym, jest po prostu bardziej poręczny i mobilny. Dodatkowo zabiera mniej miejsca, niż oddzielne urządzenia w postaci słuchawek i mikrofonu. Jeśli jednak chcemy uzyskać lepszej jakości głos, bądź po prostu nie chcemy paradować w wielkim hełmie podczas posiedzeń na Twitchu, jako rozwiązanie pojawia się zakup oddzielnego mikrofonu. Takie też dwa rejestratory od firmy Hiro, zrecenzujemy w poniższym tekście.

Milo po lewej, Ichos po prawej. Choć wizualnie ciekawszy może wydawać się Milo, trzeba wiedzieć, że design to jeszcze nie wszystko.

Będzie panicz zadowolony – mikrofon z budżetem studenta

To, co wyróżnia dwa testowane modele spośród wielu innych w tej półce cenowej to jakość wykonania. Zarówno tańszy ICHOS (cena 59,99 zł) oraz nieco droższy MILO (cena 89,99 zł), choć nie są z górnej półki, to nie przejawiają wizualnie cech taniości. Ale nie tylko o design i wykonanie elementów tutaj chodzi. W mikrofonach (jak nie trudno się domyślić) chodzi głównie o jakość rejestrowanego dźwięku i tym zajmiemy się w dalszej części tekstu.

Oba urządzenia zapakowane są w niemal identyczne kartoniki, różniące się jedynie kolorem (różowa obwódka okienka dla Milo, niebieska dla Ichos) oraz – naturalnie – napisem zwiastującym nazwę modelu. Pozostała powierzchnia pudełek to czerń, przeplatana plamistymi odcieniami dwóch, powyższych barw. Producent na przodzie opakowania, umieścił kilka informacji. Przede wszystkim mówi o technologii plug-and-play, co oznacza, że po podłączeniu mikrofonów pod port USB, system sam zrobi resztę: nie potrzebujemy żadnych sterowników ani też oprogramowania dodatkowego. Ichos i Milo mają także wbudowany mechanizm redukcji szumów i są mikrofonami wielokieronkowymi. Ostatnie info pudełeczka mówi o zastosowaniu kabla w oplocie tekstylnym. Na boku opakowania doczytamy jeszcze, że szerokie pasmo przenoszenia oraz duża czułość mikrofonu zapewnią doskonałe odwzorowanie dźwięku, a funkcja eliminacji szumów zredukuje do minimum dźwięki otoczenia, takie jak grający w tle telewizor czy radio. Czytając specyfikację urządzeń, dowiadujemy się, że na dobrą sprawę różni je (prócz wyglądu) jedynie długość przewodu oraz czułość mikrofonu.

HIRO ICHOS:

Czułość  -30dB ± 3dB
 Impedancja  2.2 kΩ
 Pasmo przenoszenia  50Hz – 16 kHz
 Napięcie robocze  USB DC 5V
 Długość kabla  1,5 m
 Interfejs  USB

HIRO MILO:

Czułość  -38dB ± 3dB
 Impedancja  2.2 kΩ
 Pasmo przenoszenia  50Hz – 16 kHz
 Napięcie robocze  USB DC 5V
 Długość kabla  1,35 m
 Interfejs  USB
Pudełka obu urządzeń mają w sobie okienka, przez które zobaczymy, jak sprzęt wygląda.

Walcząc z tripodem

Jak już wyżej wspominałam, bardzo cieszy fakt solidnego skomponowania równie solidnych, plastikowych elementów urządzenia. Nic się nie ugina i nie trzeszczy, a co równie ważne – mikrofony nie trącą wizualnie tanizną. Milo oraz Ichos posiadają pokrętło (Ichos) oraz suwak (Milo), które zawiadują mocą zbierania dźwięku. Jednak tylko Milo wyposażono w diodę, informującą o tym, że sprzęt jest podłączony pod komputer. Producent nie obdarował z kolei żadnego z nich przełącznikiem, on/off. Kable w istocie posiadają oplot, jednak nie jest to nylon, a wyglądająca na zwykłą, choć niezwykle giętka guma. Oba urządzenia przywędrują do nas wraz z instrukcjami obsługi oraz nieodłącznymi statywami. Te zakończone są gumowymi nóżkami, co ogranicza hałas podczas przestawiania urządzenia w trakcie nagrań. Nóżki można także złożyć, by wygodnie przetransportować. Tripody są w obu przypadkach praktycznie identyczne, jednak jako że rękojeść Ichos jest nieco grubsza, statywy różnią się wielkością miejsca na wsunięcie mikrofonu. Trzeba również dodać, że o ile Ichos trzyma się w tym plastiku wzorowo, to Milo nie wsuniemy do końca i będzie nieco wystawał. Niestety dodatkowo same statywy są średnio stabilne. Mikrofonu praktycznie nie da się pochylić ku biurku na mniej niż 50 stopni względem statywu, gdyż komplet natychmiast się nam przechyla i wywraca. Z pomocą przyjdzie nam manewrowanie ostawieniem nóżek. Po prawidłowym ich rozmieszczeniu względem ciężaru mikrofonu, wszystko jest dość stabilne. Jednak podczas gry, trudno będzie nam podnosząc urządzenie pilnować wciąż, jak ustawiają się nóżki. Nie ma siły, jeśli Hiro nie będzie miało stałego miejsca podczas sesji gamingowej, to niejednokrotnie Wam fiknie.

Pochylanie mikrofonu poniżej kontu w lewym urządzeniu, skutkować będzie wywrotką.

Kilka słów do mikrofonów

Ale skupmy się na najważniejszej rzeczy: na dźwięku, jaki rejestrują Ichos i Milo. Nie obędzie się bez zaskoczeń (dobrych czy złych, okaże się za moment). Wersja droższa, która dysponuje większą czułością, ma docelowo lepiej zbierać dalsze dźwięki otoczenia. Jest więc dedykowana raczej większym pomieszczeniom. Przyznam jednak szczerze, że różnica w wyłapywaniu odleglejszych dźwięków jest tak niewielka w obu przypadkach, że jeśli tylko podoba Wam się tańsza wersja (Hiro Ichos), to nie ma sensu upierać się przy zakupie tej droższej. Różnice w ściąganiu sygnału rejestrowane były zarówno w małym pomieszczeniu (3,5 x 2,0 m) oraz nieco większym (6,0 x 4,0 m). Nie zarejestrowałam żadnej różnicy, w nagrywaniu dźwięków zza ściany (stukanie, kroki stóp, telewizor). Wszystko to, ma takie samo natężenie ale… nie znaczy to, że dźwięk w obu przypadkach jest identyczny. Podczas gdy Ichos brzmi dość dobrze (choć idzie nieco zbyt w sopran), to Milo przesadnie dodaje głosowi basu, do tego stopnia, że buczenie słychać nawet podczas pauz w nadawaniu. I z resztą nie tylko samemu ludzkiemu głosowi dodaje basu, bo podobnie gorzej – bucząco, brzmi nagrana muzyka. Do mnie zdecydowanie bardziej przemówił model tańszy, to znaczy Ichos. Podobnie zresztą do moich znajomych, podczas komunikowania się za pomocą programu Skype. Sprawdźcie sami, jak brzmi to w praktyce:

Jak więc słychać, Milo sprawia, że głos bardziej dudni. Nie jest to wynik pożądany, chyba że chcecie, aby Wasz głos brzmiał tak, jakbyście mieli więcej testosteronu. Ichos zachowuje się z kolei dość poprawnie.

ACG czyli Automatyczna regulacja wzmocnienia

W ustawieniach mikrofonu w windowsowym panelu urządzeń, znajdziemy element, który możemy włączyć, bądź wyłączyć. Jest to ACG, czyli automatyczna regulacja wzmocnienia (domyślnie po podłączeniu jest włączona). Nie ma tu więc oddzielnego tłumienia zakłóceń, ani usuwania akustycznego echa. ACG powinno wykonać wystarczająco dobrą robotę. I faktycznie, bez tego systemu mikrofon nie nadawałby się do niczego. Wyłączając ACG brzmimy jak kosmonauta z Księżyca, próbujący nawiązać kontakt z Ziemią, w latach osiemdziesiątych. Moim zdaniem, nie powinna być to żadna opcjonalna funkcja urządzenia, tylko nieodłączna, bo jej wyłączenie niczego nie da i dopiero z włączonym ACG brzmimy jak ludzie. Głos jest wyraźny i nie stłumiony. Brak mu wówczas również szumu.

Będąc przy szumach, należy powrócić do kwestii sterowania mocą urządzenia z poziomu samego sprzętu. Tu znów na pozycji wygranej pojawia się Ichos, gdyż dysponuje potencjometrem o dłuższej skali. Milo zaś ma tak krótką drogę suwaczka, że nie sposób dogodnie ustawić czułości. Najlepiej więc ustawić ją na maksimum i zawiadywać tym ustawieniem z poziomu systemu. Kolejnym, mankamentem jest to, że podczas manipulowania pokrętłem/suwaczkiem, mikrofon rejestruje niewybaczalne, szumiące, głośne artefakty w dźwięku, które zagłuszają pozostałe źródła audio. Kolejny powód, aby nie bawić się manualnymi ustawieniami, wbudowanymi w sprzęt.

No cóż, pokrętła i suwaka nie warto regulować, jeśli nie chcemy wyjść z siebie.

A gdyby tak… zrobić składaka?

Gdybym tylko nie bała się używać lutownicy, z Milo i Ichos uczyniła bym Michos. Jakość rejestrowania dźwięku Ichosa i design Milo usatysfakcjonował by mnie w pełni, jak na urządzenie za tak niewielkie pieniądze. Jednak problemy nie kończą się na samym urządzeniu, ma je również mało stabilny tripod, z którego opanowaniem jednak powinniśmy sobie dać radę, zaliczywszy kilka przewrotek i nauczywszy się, jak należy go poprawnie stawiać. Do samego kabla nie mam zastrzeżeń – jest lekki i giętki, a i długość jest wystarczająca, aby wpuścić go za biurko. Jeśli dotąd korzystaliście jedynie z mikrofonów, wbudowanych w headset, a chcielibyście spróbować czegoś, bardziej profesjonalnego, to z czystym sumieniem mogę polecić mikrofon Hiro Ichos. Niespełna 60 złotych, uczyni Was zadowolonymi posiadaczami sprzętu streamerskiego dla początkujących. Docenicie głównie jakość materiałów, z których Hiro wykonało swoje urządzenia oraz akceptowalną w tej półce cenowej jakość rejestrowanych dźwięków.

Panowie Milo i Ichos z lotu ptaka. Jak widać, rękojeść Milo nie wsuwa się do końca statywu.

Ocena Hiro Ichos: 4/5

Plusy:

+ cena
+ jakość nagrywanego dźwięku
+ dobra jakość wykonania

Minusy:

– chwiejny tripod
– beznadziejny potencjometr odpowiedzialny za moc

 

Ocena Hiro Milo: 3/5

Plusy:

+ cena
+ ciekawy design
+ dobra jakość wykonania

Minusy:

– chwiejny tripod
– beznadziejny potencjometr odpowiedzialny za moc
– nagrywany dźwięk jest przedudniony

Ewelina Stoj

Ewelina Stoj

Bardziej od konkretnych gatunków ceni sobie kiedy gra ma "duszę" i pouczający przekaz. Nieco osamotniona w męskim świecie ruchomych pikseli próbuje udowodnić światu, że gry to także sztuka.