Recenzja Death Stranding 2: On the Beach. Najpiękniejsza “kojimowatość” w historii
Death Stranding 2 miało podzielić graczy, nawet bardziej niż pierwsza część. Tymczasem dostaliśmy dzieło znacznie bardziej przystępne i rozwinięte, daleko odseparowujące się od śmieszkowego “symulatora kuriera”. Nie wiem, czy to znaczy, że Hideo Kojima skopał sprawę, czy może przez przypadek wydał jedną z najlepszych gier w swojej karierze?
Nie wiem jak Wy, ale ja się bałem. Gdy Hideo Kojima przed premierą swojej nowej gry twierdzi, że wielu osobom się na pewno nie spodoba, a i sam nie wie, czy przypadnie do gustu fanom pierwszego Death Stranding, brzmi to groźnie. Dodając jeszcze do tego doniesienia o zmianie niektórych elementów na ostatni moment, bo… testerom podobało się za bardzo. No ale przecież takie, wydawać by się mogło dziwaczne, zachowanie to jeden z kamieni węgielnych popularności i uwielbienia dla bodaj najpopularniejsza gamdevelopera z Japonii.
Szczególnie że pierwsze Death Stranding już takie powszechnie uwielbianie nie było, choć ma tony fanów i wielką popularność, dość niszowy pomysł na rozgrywkę, specyficzna fabuła i “kodżimowatość” same w sobie nie zachęcały wielu graczy. Ja po długich znojach przeszedłem tę historię i chociaż mógłbym napisać cały esej, co tam nie zagrało, to muszę przyznać, że było to specyficzne i udane doświadczenie, które zapamiętam najpewniej do końca życia. A to już jest duży sukces skoro nawet nie pamiętam, co dwa dni temu jadłem na obiad.
Recenzja Death Stranding 2: On the Beach
Od razu jednak ostrzegę, że jeśli “jedynki” nie doświadczyliście, to w zasadzie nie macie tu czego szukać. Często bronię kontynuacji, jak choćby Alana Wake’a, które niby opowiadają dalej tę samą historię, ale bardzo sprawnie, więc nie trzeba znać oryginału. Death Stranding do Death Stranding 2 jest jednak konieczne, absolutnie wymagane i, najlepiej by było, dobrze zapamiętane i zrozumiane. I tak większość graczy nie ma pojęcia, co przez większość rozgrywki się tam fabularnie działo, a Kojima chętnie nagina zarysowany przez siebie świat niczym magik siłą umysłu wykrzywia łyżkę tak, aby wszystko pasowało do aktualnego, zazwyczaj dziwacznego pomysłu scenariuszowego.
I choć wiele osób się ze mną nie zgodzi, to podkreślę kolejny raz, że z legendy gamedevu jest dość słaby scenarzysta. Niezły bajkopisarz i ambitny artysta, ale kompletnie wywracający wszystkie założenia i reguły opowiadania historii. Tym razem jednak mogę radośnie donieść o wyjątku od reguły. No, połowicznie. Historia Death Stranding 2 to nadal meta opowieść o podziałach, ludzkości i filozofii “połączeń” sklejona z absurdalnie losowych elementów, wypełniona przerysowanymi postaciami, niewyobrażalnymi dla szarego człowieka wątkami, a nawet grafomańskimi dialogami “cringe’ującymi” tak mocno, że będziecie ściskać kontroler zostawiając na nim wyraźne ślady żenady. Ale, kurczę, podobało mi się.
Bo tym razem jakoś to takie wszystko znacznie bardziej przystępne. Być może Kojima nie wie, jak zaczynać, ale z pewnością wie, jak kończyć. I chyba dlatego jestem zaskoczony, bo spodziewałem się ewolucji w segmencie rozgrywki, a nie fabuły, a tu proszę! Death Stranding 2 kontynuuje opowieść o Samie Porterze (klasycznie “Norman Reedus and the funky fetus”) w postapokaliptycznym świecie, w których cała ludzkość została podzielona. W “jedynce” przyszło nam stworzyć więzi w Stanach Zjednoczonych, a “dwójka” zabiera nas początkowo do Meksyku, a później… Australii.

Kraina kangurów i znanych aktorów
Jedną z największych bolączek pierwszego Death Stranding był brak równowagi między fabułą a rozgrywką. Na początku i na końcu opowieści dostawaliśmy długie pokazy filmideł, do których warto zrobić popcorn. Pomiędzy byliśmy bombardowani kolejnymi zleceniami, nierzadko przez kilkanaście nawet godzin bez żadnego nowego fabularnego rozgrzeszenia. Death Stranding 2 naprawia więc ten mankament, zręczniej balansując między wizjonerską historią a rozgrywką w roznoszenie przesyłek (i nie tylko). Mamy tu zdecydowanie lepsze tempo, regularnie serwujące zwroty akcji, a w ostatnim rozdziale wrzucający taki bieg, że ledwo idzie nadążyć. Przekłada się to na syndrom wrośnięcia kontrolera w dłoń, po prostu jest tak sprawne i angażujące.
Sama fabuła, pomijając gęstość absurdu, wciąga. Wydaje mi się, że teraz świat ten został rozrysowany o wiele lepiej i pełniej, ale to też zasługa nowych i powracających postaci. Prócz Reedusa jest tu choćby Léa Seydoux, Shioli Kutsuna, mistrzowski Troy Baker i debiutująca Elle Fanning. Fani kultury masowej znajdą tu wiele innych znanych twarzy, niekoniecznie związanych z grami czy filmem. Nie muszę zaznaczać, że każdy spisał się fantastycznie, nawet gdy musi serwować teksty jak z telenoweli albo przedstawiać się boleśnie pasującym imieniem.
Kojima zapatrzony w popkulturę, nienażarty samozwańczy wizjoner, ponownie ochoczo komentuje naszą rzeczywistość. O ile “jedynka” była o podziałach, o tyle Death Stranding 2 jest raczej arthouse’owym dziełem o wychodzeniu z patowej sytuacji, nawet nie o odnowie, a kompletnej przebudowie. Przy czym jest tu tona nawiązań i motywów, z tematycznie aktualnym political fiction na czele, przez co DS2 miejscami wydaje się niemal nową odsłoną serii Metal Gear Solid. Niby to fizyczna podróż przez Australię, a jednak głęboko psychologiczna. Żal, strata, hiobowa wizja udręczonej przyszłości, a zarazem nadzieja i szansa na odnowę – a to tylko malutka część tego, co nas czeka.

Na plaży, jak w Jantarze
Zresztą, sama Australia odgrywa tu znaczącą rolę. Kraina Kangurów i upałów mocno różni się od”islandzkiego USA” z pierwszej części. To akurat bardzo dobrze, bo mamy większe zróżnicowanie widoczków. Do tego dochodzą wzbogacone efekty pogodowe czy nowe biomy. Nadal ten otwarty świat nie powstał w celu czystej eksploracji, a swego rodzaju przeciwnika, trudnego terenu, z którym musimy się zmierzyć. Nie dziwota, że dostaliśmy mnóstwo nowych narzędzi pracy i ulepszeń. Te zresztą obecne są w praktycznie każdym systemie, każdej cząstce tej produkcji, przez co można byłoby powiedzieć, że cała gra redefiniuje zasady pierwowzoru. Dodaje przy tym tyle ulepszeń “quality of life”, że głowa mała.
I ciężko mi w ogóle zrozumieć, że da się aż tak dobrze rozwinąć gameplay i fabułę za pomocą kontynuacji. To tylko pokazuje, że dziś jesteśmy zbyt mało rozpieszczani dopracowanymi sequelami, a większość deweloperów decyduje się bardzo często na wydanie… niemal tego samego. Ale nie Hideo Kojima. O ile w pierwszej części dobre kilka godzin minęło nim dostaliśmy w łapy karabin, teraz wszystko czeka na nas niemal od razu. Różnorodność jest więc spora na starcie, a cały czas odblokoujemy nowy sprzęt, gadżety czy nawet pewnego rodzaju “ulepszenia” wzorowane na pasywnych skillach z RPG-ów.
Nie ma więc mowy o nudzie. Już od pierwszych chwil rozgrywki czekają na nas nowości, jak choćby trzęsienia ziemi. Potem dochodzą do tego pożary, bywają wezbrania rzek zagrażające konstrukcjom czy klasyczne już temporalne opady deszczu. Musimy radzić sobie z mnóstwem naturalnych zagrożeń. A i tak nie zawsze jest łatwo, bo sam teren bywa trudny i podstępny, zmuszając nas do regularnego korzystania z dóbr innych graczy.

Najlepszy pasywny multiplayer ever
Death Stranding 2 wzorem “jedynki” znów umożliwia nam pasywną rozgrywkę multiplayer. Innych graczy nie spotkamy, ale za to możemy dzielić się z nimi konstrukcjami, przedmiotami, skorzystamy z obudowanych przez nich dróg, porzuconych drabin czy schronów przeciwdeszczowych. Nie widzę żadnego sensu rozgrywki stricte single (nie trzeba płacić za Plusa, spokojnie). Przytłaczająca wręcz liczba możliwości pomocy innym i otrzymania tej pomocy samemu sprawia, że nawet w najbardziej niegościnnym terenie wynurzonych istot nie czujemy się sami. Jest… więź. Cholera, ten Kojima to jednak ma łeb!
Wracają generatory, pojazdy (znacznie wcześniej je dostajemy) i możliwość zbierania po drodze wszystkich porzuconych przesyłek, które tylko możemy unieść. Lwia część rozgrywki to nadal chodzenie w te i we wte z bagażem na plecach. Zdecydowanie lepsze wyważenie gameplayu powoduje, że od samego początku mamy dostęp do wielu narzędzi. Faktycznie, można sie zachwycać, że Kojima z coś tak prozaicznego jak dostarczanie przesyłek zrobił immersyjne doświadczenie. W zasadzie Death Stranding 2 to miejscami nawet immersive sim (przerwy między dostawiami są bardzo interaktywne), choć to twierdzenie nieco na wyrost.
I tak nie ma nic lepszego niż sama wizja wybrania się na długą wędrówkę. Zlecenia może nie porażają różnorodnością – zazwyczaj chodzi i tak o dostarczenie czegoś z punktu A do punktu B. Ale bogactwo narzędzi pozwala na pełną dowolność rozwiązania czekających na nas problemów. Choć cała gra jest brutalnie banalna, czuć satysfakcję z dokładnego planowania trasy, wyposażenia się w odpowiednie akcesoria, a później i tak zmiany wszystkiego w locie, gdy pojawi się niespodziewany problem. Gdy jednak już dotrzemy do celu… Jest tu jakaś souls’owa pierwotna radocha z wykonania zadania, nawet jeśli samo w sobie nigdy nie jest trudne. Chociaż bywa, jeśli przypadkiem wylądujemy bez niczego w ogniu wroga.

Death Stranding 2 rozwija własne systemy
Sama walka doczekała się wyraźnych ulepszeń w stosunku do “jedynki”, także głównie przez odblokowanie na samym starcie sporej liczby akcesoriów. Mamy różnorodne karabiny, wyrzutnie, pistolety, pojawia się nawet “krwawy bumerang” przeciwko wynurzonym. Jeśli planujemy trasę, warto wziąć pod uwagę, czy po drodze nie będziemy mijać obozu bandytów czy pola istot z innego wymiaru. Kluczowe jest więc zadbanie o to, abyśmy nie zostali w obliczu zagrożenia bez niczego.
Ale jeśli weźmiemy ze sobą podstawową broń, raczej nic nam nie grozi. I tak możliwości jest naprawdę sporo. Sam do niemal każdego wyzwania przeciwko ludziom obierałem jedną z dwóch ścieżek. Albo budowałem/korzystałem z wieży zwiadowczej, oznaczałem wrogów i eliminowałem ich po cichu, albo powolutku zdejmowałem ich usypiającą snajperką. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby strzelać gdzie popadnie, próbować staranować wrogów pojazdami i tak dalej.
Walka jest więc… miła. Może nie jest to najwyższy możliwy poziom. Akcji jest jednak więcej i faktycznie bawi mocniej, skradanie się pomiędzy wynurzonymi pozostało niemal takie samo, ale też same sekcje gry podzielono bardzo podobnie. Znów mamy “złola” z dedykowanymi zamkniętymi poziomami strzelania, ale tym razem projekt poziomów i liczba fajerwerków na mapach potrafi wręcz przytłoczyć. A zarazem ukazać, jak piękny jest to tytuł.

Death Stranding 2 to najpiękniejsza gra generacji, deal with it
Tutaj nie mam żadnych wątpliwości. Jeśli ktoś się z tym nie zgodzi, to najwyraźniej po prostu nie widział tej gry w akcji, na żywo. Death Stranding 2: On the Beach nie tylko jest najpiękniejszą grą w ogóle, ale i tak nieprzyzwoicie zaawansowaną technologicznie, że zakrawa wręcz o next-gen. Gdyby cała generacja potencjalnego PlayStation 6 tak wyglądała, absolutnie nie miałbym nic przeciwko. Rozumiem, że Decima to potężne narzędzie, ale to niewiarygodne jak umiejętnie wykorzystali je deweloperzy z Kojima Productions.
Zachwyty, zachwyty i zachwyty, ale, no wybaczcie, to po prostu prawda. I nawet nie chodzi o przytłaczające swoją skalą lokacje, realistyczne osunięcia kamieni ze szczytów w trakcie trzęsienia ziemi i inne efekty (niektóre miejscówki aż od nich kipią!). Tu chodzi o wszystkie pory i włoski na twarzach postaci, każdą część zaanimowania całego tego zbytnio realistycznego wręcz świata. O tak zaawansowaną mimikę postaci, że w zasadzie nie oglądamy już postaci w grze stricte, a aktorów w filmie. Kojima zgarnął mnóstwo talentów w głównych rolach i wykorzystał je tak, jak umiejętny reżyser jest w stanie to zrobić w swoim filmie aktorskim.
A najlepsze jest to, że Death Stranding 2… działa fenomenalnie. Grałem na bazowym PS5, stabilne 60 klatek było zawsze, nigdy nic nie zwolniło ani nie “chrupnęło”. Czasy wczytywania tu praktycznie nie istnieją, wszystkie jest szalenie płynne, z jakością tak wybitną, że trzeba ją po prostu poczuć na własnym telewizorze. I to bez efektów ray-tracing, zasobożerności dzisiejszych gier, DLSS i innych pierdół. No bo wybaczcie, ale skoro deweloperzy Kojimy to potrafią, to czemu jeszcze większe korporacje wydają takie badziewie? A jak to brzmi… Ponownie zaangażowano świetnych artystów (Woodkid, Chvrches, jest nawet rodzimy akcent w postaci Hani Rani), a oryginalne techno-ambientowe rytmy zawsze dosięgają wzorowych nut.

Artystyczny gro-film, który potwierdza status Hideo Kojimy
Death Stranding 2 to przy tym wszystkim wspaniale wyreżyserowana opowieść. Znacznie bardziej przystępna i lepiej przemyślana, naprawiająca w zasadzie każdy problem oryginału. Nie wiem, co Kojima chciał tu zrobić, że miało być kontrowersyjnie, ale od lat nie grałem w tak doskonale zaprojektowany sequel. Nie twierdzę, że to najlepsza gra tego roku (Clair Obscur nadal w moim sercu), ale zdecydowanie jedna z najważniejszych, a do tego najpiękniejsza premiera od dawna. W tym roku dostaliśmy sporo arcydzieł, na swój sposób Death Stranding 2 jest kolejnym z nich.
I choć faktycznie niespieszne tempo nadal nie każdemu się spodoba, to przygoda, którą warto poznać. Sam na początku tekstu pisałem, że Kojime “połowicznie” udało się odczarować problemy “jedynki” z tempem akcji. Czemu “połowicznie”? Nadal idealnie nie jest. Bywają sytuacje, w których nie możemy doczekać się fabularnego łącznika, a potem dostajemy kilka długich cutscenek pod rząd. Choć czułem się odpowiednio zaangażowany, chciałbym dostać nieco większe wyzwanie. Szczególnie w trakcie walk i potyczek z bossami, które choć nieźle zaprojektowane, nie są szczególnie różnorodne. Ładne, ale bez jakiegoś “haka”. Wreszcie to klasyczna “kojimowatość”, czy to się komuś podoba, czy też nie.
Mi akurat tak. Bo, mimo że bywały sytuacje, w których byłem blisko odłożenia pada, nie musiałem długo się wymęczać i czekać na coś, co ponownie mnie wrzuci w tę nadal intrygującą fabułę. Najlepsze jest jednak to, że historia niby gra tu pierwsze skrzypce, ale doczekaliśmy się rozwinięcia praktycznie każdej – mniej lub większej – mechaniki. A to samo w sobie już znaczy, że mamy do czynienia nie tylko z dziełem kompletnym, ale przede wszystkim przemyślanym i głębokim. Czyli jednym z tych, do których przyzwyczaił nas Hideo Kojima. Lepszej rekomendacji więc dać nie mogę.



Kod na grę otrzymaliśmy od SIE
Death Stranding 2: On the Beach
"Skojimowane" perfekcyjnie
Death Stranding 2: On the Beach znacząco wykracza poza ramy utarte przez pierwowzór, będąc godnym następcą "jedynki", duchowym spadkobiercą serii MGS i niezwykle przystępną pozycją.
Plusy:
- Najpiękniejsza gra ever
- Technologiczne cudo - działa jak marzenie!
- Fantastyczna obsada i ciekawy, przystępniejszy scenariusz
- Tony poprawek "quality of life" w każdym aspekcie rozgrywki
- Bardzo dużo zawartości
Minusy:
- Nadal występują problemy z balansem gameplayu, choć znacznie mniejsze
- "Kojimowe", żenujące dialogi