Kevin sam w jaskini. Dlaczego oglądamy w kółko te same filmy i seriale?

Stare filmy i seriale. Dlaczego tak chętnie wracamy do dawnych tytułów?
PG Exclusive Publicystyka

Lista nowych premier wcale nie maleje, a Wy wciąż katujecie stare odcinki The Office? Całe szczęście nie jesteście jedyni. Dlaczego tak chętnie oglądamy w kółko te same stare filmy i seriale?

Gwoli ścisłości – zjawisko może przyjąć kilka wariantów. Jednym z nich jest oczywiście zapętlanie w tle ulubionego serialu; sama tak robię, gdy nie muszę w pełni skupić się na wykonywanych akurat czynnościach. W niniejszym tekście punktem wyjścia są jednak te stare filmy i seriale, których nie oglądaliśmy przez dłuższy czas. Rok czy 20 lat – w tym przypadku nie ma to wielkiego znaczenia, co zapewne poznacie po przytoczonych przykładach.

Siła wspomnień

Najprostszym, a zarazem całkiem prawdopodobnym wyjaśnieniem jest najzwyklejsze uczucie nostalgii. Cofamy się myślami do czasów, w których czuliśmy się bezpiecznie, swobodnie i dobrze. To przywodzi na myśl konkretne miejsca lub osoby, a z tymi często związane są właśnie media. Czy to piosenka, której z kimś słuchaliśmy, czy też wspólnie oglądany film lub serial – niektóre z tych rzeczy trwale łączą się w podświadomości. Oczywiście nie zawsze musi to być aspekt pozytywny; w takim przypadku może być trudno znieść daną produkcję. Jeśli jednak są z nią związane – nawet nieświadomie – pozytywne kwestie, naturalną rzeczą będzie powracanie do nich po kilka czy kilkanaście razy.

Nostalgia przenosi nas w czasie nie tylko do konkretnych wydarzeń, ale też ogólnie pojętego okresu młodości. Ile razy przecież z przysłowiową łezką w oku wspominamy, że “kiedyś to było”. Z tym także mogą być związane stare filmy lub seriale. Dla mnie taką produkcją jest Sok z żuka – film, który stale odkrywam na nowo od dobrych 20 lat. Pokochałam go w dzieciństwie, zatem towarzyszy mi również w dalszych etapach życia i po raz kolejny przywodzi na myśl te szczęśliwe czasy, w których życie wydawało się prostsze. Celowo piszę wydawało, a nie było – mamy tendencję do idealizowania przeszłości, przez co po latach problemy sprawiają wrażenie błahych i łatwych do rozwiązania. Nawet jeśli tak nie było, lubimy w taki sposób na nie patrzeć – ot, taka przypadłość ludzkiego umysłu. To właśnie dlatego, gdy myślę o wydarzeniach dziejących się na świecie w czasie mojego dzieciństwa, jako pierwsze przychodzą mi na myśl raczej premiery Disneya niż powódź na Dolnym Śląsku albo atak na World Trade Center – choć i te dobrze pamiętam.

Kevin sam w jaskini

Już zapewne człowiek pierwotny, gdy świętował przesilenie zimowe, po tradycyjnej pieczeni z mamuta włączał swój kamienny telewizor i jak co roku oglądał, jak Kevin sam w jaskini spuszcza łomot dwóm włamywaczom. Dla niektórych to bowiem tradycja stara jak dinozaury – świąteczny seans Kevina, choć oczywiście nie tylko. W okresie okołogwiazdkowym oglądamy też przecież To właśnie miłość, W krzywym zwierciadle: Witaj, święty Mikołaju (mój osobisty odpowiednik Kevina) albo… Szklaną pułapkę, o ile ktoś uważa, że to film świąteczny. Wracając jednak do tego, co najbardziej kojarzy się ze świętami – nieszczęsny Kevin nie jest wcale dobrym filmem. Dziury w fabule gonią kolejne absurdalne wydarzenia, co więcej – zastanawiamy się w pewnym momencie, do czego bohater jest w stanie się posunąć, broniąc własnego domu; mimo to oglądamy go w kółko, co roku śmiejąc się z tych samych slapstickowo-głupawych wyczynów młodego McCallistera. Kolejna tradycja przecież odhaczona. Dwanaście potraw, choinka, sianko pod obrusem, przejedzenie pierogami i ten sam film od 30 lat – właśnie tak wyglądają prawdziwe święta.

Gwiazdka to zresztą tylko jedna z okazji w ciągu roku. W czasie walentynek oglądamy Titanica lub inną ulubioną komedię romantyczną, na Halloween Rodzinę Addamsów albo Rocky Horror Picture Show, a na urodziny Tumulca – Hooligans. Okazja kompletnie nie ma znaczenia, w tym przypadku liczą się wyłącznie cykliczność i rytualność. To przecież wielkie święto, ten jeden, wyczekany dzień w roku, kiedy obejrzenie danego tytułu staje się poważnym Wydarzeniem. I rzeczywiście coś w tym jest; przy specjalnej okazji wyjątkowy mógłby się okazać nawet The Room, tu liczą się bowiem okoliczności, a nie walory artystyczne filmu.

Forever young

Wróćmy jednak do “kultu młodości”, bo ten ma tu niebagatelne znaczenie. W społeczeństwie i naszym kręgu kulturowym utarło się, że jest to najlepszy okres życia. Nie będę rozważać, czy jest tak w rzeczywistości; znaczy on jednak bardzo dużo w późniejszych latach i mocno się na nich odbija. Historia nauczyła nas, że w pogoni za utraconą młodością można zrobić naprawdę wiele; pół biedy więc, jeśli w tym celu obejrzymy tylko po raz kolejny ulubione stare filmy sprzed lat. To takie duchowe wsparcie, powrót do tego, co bezpieczne i znane – do niemal mitycznych Dawnych Czasów. 

W ten nostalgiczny nurt mogą zresztą wpisać się najróżniejsze filmy i seriale. Dorastałam na przełomie wieków, przez wiele lat w mieszkaniu mieliśmy tylko jeden, malutki, bo 13-calowy telewizorek, który stał się już kiedyś bohaterem mojego felietonu – na dodatek stał w pokoju rodziców. To naprawdę nie były dobre warunki do oglądania filmów. Mimo wszystko pamiętam i z pewnym wzruszeniem wspominam, jak Doc Brown i Marty McFly podróżowali w czasie, Pogromcy duchów walczyli z nadprzyrodzonymi zjawiskami, a Gang Olsena stale kombinował nad kolejnym skokiem. Laura Palmer już nie żyła, E.T. wrócił do domu, niestety w przeciwieństwie do Alfa – ten nie miał tyle szczęścia, poza tym jego rodzinny Melmac już nie istniał. Każda z tych historii oglądanych na 13-calowym ekraniku zostawiła we mnie jakąś cząstkę, zmieniła mnie na zawsze. Kto wie, kim byłabym, gdyby Jenny Gump nie zaraziła się śmiertelnym wirusem, Indiana Jones nie powstrzymał nazistów, a Alan nie uwolnił się z Jumanji. Każda z tych opowieści uczyła mnie przecież czegoś nowego – jeśli nie o otaczającym mnie prawdziwym świecie, to przynajmniej o ludzkich emocjach i zachowaniach. Te są bowiem uniwersalne niezależnie od tego, w której galaktyce się obecnie znajdujemy.

Siłą nostalgii jest w istocie zdolność pocieszenia, ukojenia w trudniejszych czasach. Nawet jeśli odwołujemy się do wizji idealistycznej, w danym momencie i tak ułatwia ona przezwyciężenie bieżących problemów. Uspokajająca jest już sama świadomość, że doskonale wiemy, co za chwilę się wydarzy; w przeciwieństwie do nieprzewidywalnego życia historię przedstawioną w filmie znamy już przecież na wylot. Dzięki temu zjawiska z Archiwum X stają się mniej przerażające, a problemy Przyjaciół czy ekipy związanej z Buffy: Postrachem wamprów – łatwiejsze do rozwiązania. Już kiedyś bowiem widzieliśmy, jak bohaterowie radzą sobie z trudnościami; choć są to wyłącznie postaci fikcyjne, w ten sposób mogą nam dodać siły do walki, a nawet nauczyć nas poradzić sobie z danym kłopotem.

Wspomnienia, choć… nie tylko

Oczywiście nostalgia nie musi być jedynym powodem, dla którego w kółko oglądamy te same stare filmy i seriale. Z niektórymi jest przecież jak z ulubioną książką; warto do nich wrócić raz na jakiś czas, aby odkryć nowe tajemnice kryjące się w poszczególnych scenach. Za każdym razem z obcowania z danym dziełem można przecież czerpać taką samą przyjemność; choć trylogię Powrót do przyszłości widziałam kilkanaście razy, nadal bawi mnie tak samo, a ulubione dialogi przytaczam z pamięci. 

Nie trzeba też chyba podkreślać, że obejrzenie filmu po dłuższym czasie sprawia, że patrzymy na niego innymi oczami. Mocno to widać właśnie w produkcjach sprzed lat; uwielbiany w dzieciństwie serial może przecież wywrzeć zupełnie inne wrażenie na osobie dorosłej, z nieco innym już bagażem doświadczeń. Oczywiście jest z tym związane pewne ryzyko, że bańka pryśnie i zamiast dobrych wspomnień zostaniemy z poczuciem zmarnowanego czasu; niestety nie wszystkie filmy dobrze się starzeją. Czasem chyba jednak warto zaryzykować – zwłaszcza gdy potencjalne korzyści przewyższają straty.

Promocje

Zobacz wszystkie
Udostępnij:

Prawdziwy Gracz poleca się do polubienia

Podobne artykuły

Zobacz wszystkie