Recenzja Battlefield RedSec. Darmowy Battlefield, ale czy udany?

Recenzja Battlefield RedSec. Darmowy Battlefield, ale czy udany?

Gra: Battlefield 6

Producent: Electronic Arts

To uczucie, gdy Warzone wejdzie za mocno i robisz w zasadzie jego identyczną kopię, ale z rozgrywką właściwą serii Battlefield. Darmowy Battlefield RedSec może i cierpi na braki tożsamości, ale nie przeszkadza to w czerpaniu zabawy z rozgrywki. Zazwyczaj.

EA chciało bardzo mocno mieć swoje battle royale z potencjałem na lata, a może i nawet jeszcze dłużej, wszak Call of Duty Warzone do tej pory cieszy się sporą popularnością, zarówno wśród streamerów, jak i graczy. Przepis na sukces Activision miało w zasadzie bardzo prosty. Wzięli uznaną, wielką markę, zrobili z tego popularnego w tamtym momencie battle royale, wydali to za darmo i w sumie cyk, pora na CS-a, jak głosi popularny mem. EA spóźniło się o te wiele lat, dopiero teraz kusząc graczy swoim własnym podejściem do tego typu rozgrywki.

I niestety mam mocno mieszane uczucia, przynajmniej na obecnym stadium rozwoju produkcji. Być może kilka aktualizacji i poprawek w balansie, a będę chciał w darmowego RedSec’a grać jeszcze dłużej. Nie myślcie jednak, że bawiłem się źle, bo absolutnie nie czuję, że zmarnowałem wszystkie te godziny życia. W przeciwieństwie do pełnoprawnego multiplayera premium (który recenzowałem w tym miejscu), nie chce mi się teraz wracać do Fortu Lyndon. A przynajmniej nie w wydaniu battle royale, bo dodatkowy tryb wyzwań to już zupełnie co innego. Swoją drogą zachęcam też do zapoznania się z recenzją pełnej gry, wraz z kampanią single. Znajdziecie ją w tym miejscu.

Battlefield RedSec, czyli mamy Warzone w domu

EA chwaliło się, że to pierwsze tak ambitne i duże, wierne DNA serii Battlefield, battle royale. I tak, faktycznie, mamy tu w istocie wszystko to, za co fani kochają pełnoprawne odsłony serii. Jest wielka mapa, pojazdy, spora dowolność rozgrywki, nieco wolniejsze tempo w przeciwieństwie do choćby Call of Duty, a wszystko to zwieńczone wisienką w postaci fantastycznej destrukcji otoczenia. I niestety gdyby nie to ostatnie, być może zapomniałbym, że wcale w Warzone nie gram.

W darmowym Call of Duty spędziłem sporo czasu, ale finalnie zmęczyło mnie na tyle, że po prostu wróciłem do innych gier multiplayer. Być może to kwestia przesytu battle royale? Może i tak, choć nadal jestem szalenie ciekaw nowości z tego gatunku i bardzo chętnie ogram wszystko, co się nawinie. Bo po prostu lubię ten gatunek. Nie lubię jednak, gdy ktoś kopiuje coś innego i to w tak szalonym stopniu, że gdzieś po drodze gubi autorskie pomysły. Tak niestety z tym Battlefield RedSec jest. To gra niemalże identycznie rozgrywana jak Warzone, z bardzo podobnymi zasadami, pomysłami i taktykami. Jest “trochę” inaczej, bo to w końcu BF, ale cały “feeling” gameplayu wyda się szalenie znajomy wszystkim, którzy doskonale wiedzą, jak się w Warzone gra.

I nie chodzi mi tu o sam fakt, że to battle royale, w końcu gatunek ten ma pewne cechy, których trudno nie kopiować albo nie powtarzać. EA dorzuciło do swojej propozycji cały absolut, całą tę istotę tego typu produkcji. Mamy więc setkę żołnierzy zrzucanych na sporą mapę, którzy od razu po wylądowaniu muszą zbierać wyposażenie i strzelać do siebie nawzajem. Są płyty pancerza, rozsiane tu i ówdzie pojazdy, charakterystyczne punkty na mapie, zwężający się krąg ognia, tony amunicji, przedmiotów, a nawet i misje. Na tym etapie dałbym komuś Nobla, jeśli tylko udałoby mu się wymądrzyć coś wcześniej niewidzianego.

Ląduj i przetrwaj

Klasycznie nie ma tu żadnej losowości, wszystko jest wykalkulowane w ten sposób, aby najbardziej zatwardziali gracze wiedzieli, czego mają szukać i co powinni robić. Od samego początku, jeśli tylko wylądujemy w dobrym miejscu, możemy natknąć się na zrzuty wyposażenia, klucze do czołgów, a przede wszystkim misje. Nie trzeba jednak biegać po mapie, wystarczy tylko aktywować dane zadanie z menu. Są na tyle różnorodne, że po kilku grach potrafią przykuwać nawet więcej uwagi niż samo strzelanie do wszystkiego, co się rusza. Ważne natomiast jest to, że gramy tu albo w dwójkach albo w zespołach 4-osobowych. Jeśli traficie więc na team, który nie za bardzo chce robić misje, to macie przerąbane.

Kilkukrotnie trafiłem na nieznajomych, którzy faktycznie współpracowali, a cała zabawa nabierała rumieńców. Zdarzało się, że towarzysz oznaczył kilku wrogów w budynku z przeszklonym dachem, a ja wezwałem nalot, w efekcie zabijając kilka osób. Bywa też taktycznie! W finalnym kręgu drużyna wroga chowała się w budynku, więc jedni przykuwali ich uwagę, ja zaszedłem od zniszczonej ściany i ściągnąłem trzy headshoty. W takich sytuacjach rozgrywka wydaje się wdzięczna i szalenie wręcz nagradzająca. Tylko wiecie, losowość obowiązuje praktycznie zawsze, gdy nie gracie ze znajomymi. Niemniej, rzadko kiedy miałem kompletnych “nieogarów”.

W tym wszystkim kluczowa jest chyba największa nowość dla całego gatunku battle royale, dzięki której w RedSec’a grać będę chętniej niż w Warzone. Destrukcja otoczenia powraca i tutaj, oferując dziesiątki możliwości. Każdy gracz na mapie może rozwalić ścianę, a nawet i cały budynek, więc opcji taktycznych jest naprawdę sporo. Wygląda to fenomenalnie, a nalot z powietrza w końcu bębni tak, jak powinien w tego typu grze. Jeśli więc miałbym wybrać jeden, największy plus darmowego BF-a to właśnie totalna destrukcja.

Realizm? No cóż, nie w tej bajce

Sam Battlefield 6 jest względnie realistyczny i znacznie “cięższy” niż Call of Duty, z odpowiednim movementem i “kopiącym” recoilem broni, więc i tutaj zasada ta została zachowana, choć finalnie w trakcie samego biegania po mapie i strzelania nie zwracamy na to aż takiej uwagi. A przynajmniej ja nie zwracałem. Cieszy, ze w końcu znaleziona broń ma odrzut, niektóre starcia przypominają klasyczne okopowe bity z multiplayera w wersji premium. Tylko coś nie pykło z time-to-kill, który jest tak szalenie długi, że aby zabić w pełni odzianego w pancerz wroga, musimy wystrzelać w niego dosłownie pełny magazynek.

W Battlefield RedSec trzeba nierzadko strzelać, strzelać i strzelać, aby ubić jednego tylko przeciwnika. Jeśli macie PM z małym magazynkiem, to w zasadzie już nie żyjecie (chyba że podejdziecie odpowiednio blisko). Miło, że snajperka zabija jednym strzałem w głowę, ale potem i tak trzeba gracza dobić, aby koledzy go nie podnieśli. I tutaj wpakować w niego musicie jeszcze pół magazynka, a jeśli nie zdążycie przeładować, to nawet więcej niż jeden magazynek w pistolecie. Tymczasem ktoś może Was trafić zaledwie kilkoma strzałami i padacie. W internecie gracze też często zwracają uwagę na ten problem, choć dla niektórych… czas do zabicia wroga jest za krótki. Dziwne, prawda? Więc w czym leży sęk? W rejestracji trafień, która zaskakująco często nie działa, o czym pisałem już w recenzji modułu multiplayer. Strzelamy, trafiamy, ale w sumie to nie i tak to się kręci raz na kilka potyczek.

Fajna sprawa, że dobicie konającego wroga nożem albo młotem powoduje oznaczenie reszty jego drużyny, choć jest to taktyka raczej rzadko stosowana. Co ciekawe, każdy gracz ma dodatkową szansę. Po pierwszym zgodnie może wylądować raz jeszcze, ale tylko do pewnego momentu w meczu. Jeśli znów zginie, towarzysze mogą go wskrzesić w systemie inspirowanym Apex Legends, w specjalnym wieżach, z których korzystanie alarmuje pobliskie drużyny.

Dajcie tę mapę do Battlefield 6

Sama mapa w tym wszystkim błyszczy, głównie dlatego, że w ciekawy sposób kontrastuje z większością dostępnych w multi premium. Klimat to jedno, ale w końcu jest duża (a przecież na to narzekałem w recenzji trybu multiplayer). Frostbite sprawdza się znakomicie, optymalizacja na PC aż szokuje, bo jest tak dobra. Do tego klasyczne “taśmy wojny” w audio kreują atmosferę bitwy i ciągłego zagrożenia oraz podbijają dynamizm potyczek. Tylko komuś w EA suwak “kroków gracza” przesunął się za wysoko, bo nasze buciory są niewiarygodnie wręcz głośne, czasami zagłuszając nawet przeciwników. To akurat do poprawki i to jak najszybciej.

Co jednak przykuło moją uwagę najbardziej, to… tryb wyzwań. To absolutna perełka RedSec’a, zupełnie nowy moduł rozgrywki, w którym trafiamy na większe lub mniejsze wycinki mapy battle royale realizując konkretne cele w kilku czteroosobowych drużynach. I tu już bardzo mocno trzeba polegać na towarzyszach, jednoczesnie modląc się, aby nie biegali jak szaleńcy za fragami, a faktycznie skupili się na celu misji.

Tryb wyzwań w Battlefield RedSec to jest “TO”

Bowiem w najlepszej nowości dodanej do BF-a wraz z Sezonem 1 znajdziemy naprawdę unikatowe i świeże spojrzenie na rozgrywkę multiplayer. Gracze trafiają do 4-osobowych drużyn, a ich zadaniem jest realizowanie konkretnych celów na danym wycinku mapy. I tak, czasami są to większe tereny (o ile cel tego wymaga), a czasami znacznie mniejsze, przeznaczone choćby do klasycznego deathmatchu. W tym jednak drzemie siła, bo nie mamy pojęcia, w jakiej kolejności co przyjdzie nam robić. A to powoduje, że drużyna faktycznie musi ze sobą współpracować, choć z tym akurat czasami ciężko.

Niemniej raz musimy przejmować anteny w konkretnych sektorach, tworząc połączenia. Innym razem trzeba przejmować dyski do deszyfracji, a jeszcze kiedy indziej zdobywać ważne dane, które trzeba zanosić do drona. Oczywiście za wszystko to dostajemy punkty (tak jak za zabójstwa i wskrzeszenia). Najlepszym pomysłem, na jaki twórcy mogli wpaść, jest to, że zdobywamy tu punkty nie tylko dla drużyny, ale również dla siebie.

Bo z każdym kolejnym wyzwaniem odpadają dwie drużyny, które poradziły sobie najgorzej. Jednak, jeśli jakiś gracz u innych zespołów się rozłączy i będą braki, to najlepsza osoba z tego team’u przechodzi właśnie do nich. Także nie tylko mówimy o recepcie na klasycznych “leaverów”, ale również o docenieniu graczy, którzy na tle reszty naprawdę się starają. Rzecz jasna, nie zawsze uda się przejść dalej, ale sama idea jest zacna. Prócz tego, rozgrywka skupienia się po prostu na śróbowaniu wyników drużyny, aby tylko się zakwalifikować.

Zalążek dobrej gry?

Finalnie Battlefield RedSec jest “spoko”. Niestety, ale to w dobie współczesnych produkcji free-to-play, a przede wszystkim przy nadal popularnym Warzone, za mało. Szczególnie że mimo obecnego DNA marki EA, jest tu tyle inspiracji, naleciałości i kalk od Activision, że czujemy się, jakbyśmy grali w to samo, ale… po prostu od konkurencji. Sam moduł BR nie wywołuje opadu szczęki, a ratuje się głównie destrukcją otoczenia, która jako jedyna wprowadza jakąś świeżość. Oprócz tego trzeba przygotować się na przerysowany interfejs, tony niepotrzebnych znaczników, kilka irytujących niedociągnięć czy problemów, czyli wszystko to, co już znamy.

Wszystko, co dostepne jest w formie free-to-play w RedSec błyszczy przede wszystkim w trybie Wyzwań. Czuję, że tutaj może drzemać spory potencjał, o ile tylko wydawca go nie zmarnuje. Na razie bawiłem się tu o wiele lepiej względem battle royale, choć całość tyczy się tych samych mechanik, niektórych zresztą wyraźnie odmiennych od tego, co znajdziemy w pełnym trybie multiplayer. Jako fan tego typu pozycji, znalazłem tu kilkanaście godzin fajnej zabawy, ale na ten moment nie jest to nic, co mogłoby odwrócić moją uwagę na dłużej od prawdziwej gwiazdy – pełnego multiplayera nowego Battlefielda.

Battlefield 6

Mamy "Warzone w domu"?

Battlefield RedSec to kompletnie nieodkrywcze, ale poprawne battle royale, które staje się czymś więcej, gdy zagłębimy się w świetny tryb Wyzwania

3

Plusy:

  • Destrukcja zmienia zasady gry i działa świetnie
  • Samo battle royale opierające się na DNA Battlefield zadowala, ale nie zaskakuje
  • Tryb Wyzwanie jest fantastyczny

Minusy:

  • Absurdalne problemy z rejestracją trafień i związane z tym time-to-kill
  • Prócz destrukcji otoczenia, brak czegokolwiek nowego w gatunku
  • Miejscami aż zbyt podobne do Warzone
  • Brak opcji gry solo
Artur Łokietek
O autorze

Artur Łokietek

Redaktor
Zamknięty w horrorach lat 80. specjalista od seriali, filmów i wszystkiego, co dziwne i niespotykane, acz niekoniecznie udane. Pała szczególnym uwielbieniem do dobrych RPG-ów i wciągających gier akcji. Ekspert od gier z dobrą fabułą, ale i koneser tych z gorszą. W przeszłości miłośnik PlayStation, obecnie skupiający się przede wszystkim na PC i relaksie przy Switchu.

Podobne artykuły

Zobacz wszystkie