Oto „Disney” z Polski Ludowej. Animacji uczyli się z jednej niemieckiej książki

Reksio stworzony przez Studio Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej
PG Exclusive Publicystyka

Na ich kreskówkach wychowała się cała Polska – w tym te pokolenia, które jeszcze nawet nie śniły o czymś takim jak YouTube czy Netflix. Jak wygląda historia polskiej animacji zaprezentowana przez Studio Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej?

Gdy w 1938 roku na ekrany polskich kin weszła klasyczna już dziś Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków, 18-letni Zdzisław Lachur wybrał się na seans Disneya kilkakrotnie. Zafascynowany produkcją, która tak bardzo różniła się od znanego dotychczas kina, postanowił, że stworzy taki film specjalnie dla polskich dzieci. Jak można się domyślić, na kilka długich lat musiał niestety odłożyć swoje plany; wojna odcisnęła na nim piętno, odreagowywał je później w swoim malarstwie. Nic dziwnego – w 1939 roku z dnia na dzień musiał dorosnąć.

Jako młody dorosły nie zrezygnował jednak z marzeń o Disneyowskiej animacji w Polsce. W 1947 roku zebrał wokół siebie grono śląskich plastyków, aby wraz z nimi stworzyć kolektyw, z którego ostatecznie powstało Studio Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej – i jedno z pierwszych w Polsce Ludowej. Talentu artystom nie brakowało, lecz żaden nie miał doświadczenia w animacji. Fachu uczyli się metodą prób i błędów, a także z przywiezionej z Niemiec książki poświęconej tej tematyce. Choć borykali się z licznymi problemami – w tym choćby z brakiem materiałów plastycznych i celuloidu niezbędnego wówczas do animacji poklatkowej – cały czas starali się wiązać koniec z końcem.

Choć w późniejszych latach Studio Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej kojarzono niemal wyłącznie z animacjami dla dzieci, początkowo taki pomysł nawet nie przyszedł do głowy założycieli. W pierwszych latach istnienia studia nie na zbyt wiele mogli sobie zresztą pozwolić; lata stalinowskie nie pozostawiały zbyt wiele miejsca na swobodę twórczą. Okres odwilży też nie był zresztą łaskawy, a na niekorzyść artystów działał tu czas. Ponoć to jeden z dygnitarzy partyjnych zaproponował, aby zamiast kręcić szybko ulegające dezaktualizacji animacje propagandowe, przerzucili się na produkcje dla dzieci – i to był właśnie strzał w dziesiątkę.

Telewizor – cud techniki

Do najbardziej znanych produkcji Studia jest jednak jeszcze długa droga. Zanim udało się wymyślić bohaterów, których lata później pokochały dzieci w całej Polsce, twórcy podejmowali wiele prób. Wcześniej pojawiły się m.in. Przygody Gucia pingwina (1953) Władysława Nehrebeckiego, Koziołeczek (1953) Lechosława Marszałka czy Profesor Filutek w parku (1955). Było jednak wiadomo, że aby zyskać publiczność, trzeba było stworzyć coś więcej. Kilkuminutowe filmy, choć powszechnie doceniane na festiwalach animacji, nie były bowiem szeroko dostępne dla widzów. 

Rozwój Studia pokrył się zresztą z rozwojem telewizji w Polsce. Pod koniec lat 50. niejedna rodzina marzyła o najnowszym 14-calowym telewizorze, który mógłby odbierać kilka kanałów. Gdy jednak w 1961 roku rozpoczęto codzienne transmisje telewizyjne, okazało się, że czymś trzeba zapełnić czas antenowy. Z pomocą przyszła Dobranocka – a w niej właśnie animacje, lecz już nie w formie krótkiego filmu, a jako serial.

Najbardziej znana czołówka w Polsce

Najpierw trzeba było mieć jednak pomysł – a ten można przecież zaczerpnąć choćby od Disneya. Jego ówczesne produkcje aż roją się od antropomorficznych zwierząt. Powód takiego działania jest prosty – zwierzęta o wiele łatwiej animować. Również Studio Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej chciało pójść w swych tytułach wzorem Disneya i wprowadzić takich bohaterów, lecz początkowo brakowało konkretnego pomysłu. Według jednej z wersji historii odpowiednia idea przyszła wraz z Trolą, ukochanym foksterierem szorstkowłosym Lechosława Marszałka. Taka inspiracja zaowocowała w 1968 roku powstaniem Reksia poligloty. Sprytny piesek z miejsca podbił serca widzów i stał się największym rywalem Bolka i Lolka, a melodię z czołówki serialu nucimy do dzisiaj.

Rywalizacja z Bolkiem i Lolkiem może zresztą nie być przypadkiem. Marszałek był chorobliwie wręcz zazdrosny o sukces ich „ojca”, Władysława Nehrebeckiego i za wszelką cenę starał się stworzyć coś lepszego. Neurotyczne zapędy po części przeniósł na Reksia; to, co spotyka pieska, często jest odzwierciedleniem tego, jak czuł się jego twórca. Często czerpał także z rzeczywistości, inspirując się choćby przedłużającym się remontem. Trudno stwierdzić, że jest to typowy problem przeciętnego psa; to właśnie dzięki temu, jak sprytnie Reksio radził sobie ze wszystkimi przeciwnościami, widzowie z rozrzewnieniem wspominają go do dziś.

Bolek i Lolek w knajpie

Nie ma jednej wersji wydarzeń, jeśli chodzi o powstanie Bolka i Lolka. Dzięki temu możemy dowiedzieć się, że autorstwo postaci przypisywało sobie co najmniej kilka osób:

„Roman [syn Władysława Nehrebeckiego – przyp. aut.] twierdzi, że to oni sami z bratem zapytali kiedyś ojca, dlaczego nie nakręci filmu o nich. Inna wersja historii o powstaniu najpopularniejszej polskiej kreskówki głosi, że Władysław Nehrebecki – w tym czasie pełniący krótko obowiązki dyrektora Studia – nie chciał być jednocześnie i autorem serialu, i osobą zatwierdzającą ten serial, rzucił więc pomysł na Bolka i Lolka na radzie programowej, by się wydawało, że to praca zespołowa. Jeszcze inna legenda mówi, że Nehrebecki, Lorek i Ledwig jak zwykle siedzieli w knajpie, pili wódeczkę, gadali i rysowali sobie na serwetkach pomysły na film. I tak jakoś przy tej wódeczce wymyślili Bolka i Lolka.”

Niezależnie od tego, czy bohaterowie powstali “na dopingu”, czy też nie – wszystko wskazywało na to, że Władysław Nehrebecki znalazł inspirację. W 1963 roku rozpoczął prace nad Kuszą, pierwszym filmem z nowymi postaciami. Fabułę znają wszyscy, którzy kojarzą postać Wilhelma Tella – w tym przypadku jednak wzbogaciła ją chłopięca wyobraźnia Nehrebeckiego. Gdy bowiem przerażony Lolek nie jest w stanie utrzymać jabłka na głowie, zirytowany Bolek… przywiązuje owoc chustką. Ostatecznie żaden ze strzałów z kuszy nie jest jednak skuteczny, chłopcy zmieniają więc zajęcie i pakują się w kolejne problemy. Całość brzmi wprawdzie dość niepozornie – jednak to właśnie tak rozpoczęła się wieloletnia seria, na której wychowało się już kilka pokoleń. Studio szacuje, że z przygodami Bolka i Lolka mógł zetknąć się około miliard ludzi w różnych zakątkach globu.

W pewnym momencie do dwóch bohaterów dołączyła także Tola. Był to efekt licznych próśb od dziewczynek oglądających serial. Niestety Tola spotkała się z niezbyt ciepłym przyjęciem; odcinki z jej udziałem były w wymuszony sposób ugrzecznione. Okazało się, że Bolek i Lolek znacznie ciekawsze przygody przeżywają we dwóch, ostatecznie więc z Toli zrezygnowano. Bohaterka pojawia się zatem zaledwie w parędziesięciu odcinkach.

Towar eksportowy

Dzieci rzeczywiście pokochały Bolka i Lolka. Przygody dwóch braci (lub przyjaciół – Władysław Nehrebecki nigdy nie wyjaśnił, co dokładnie łączy obie postaci, stawiając w tym przypadku na niedopowiedzenia) stały się zresztą polskim towarem eksportowym – z naciskiem na słowo towar. Twórcy serialu wspominali po latach, w jakim tempie musieli pracować; przypomnę tylko, że ówczesne produkcje stworzone metodą animacji poklatkowej w całości rysowano ręcznie na celuloidzie. Dopiero w późniejszych latach Studio Filmów Rysunkowych uzyskało sprzęt, który ułatwiał przerysowywanie poszczególnych animowanych elementów. Jak na razie jednak mieli do dyspozycji głównie własny talent, a popyt na kolejne produkcje wcale nie malał:

“Zapotrzebowanie na kolejne bajki o Bolku i Lolku jest ogromne. Do bielskiego Studia Filmów Rysunkowych przychodzą listy z całego świata. Dzieci pytają, jakie przygody będą mieli ich ulubieńcy w następnych odcinkach. Napływają też zlecenia z telewizji, zamówienia składają stacje z wielu krajów. Zamówienia to pieniądze, to wiecznie potrzebne dewizy, więc do Bielska-Białej stale dochodzą ponaglenia: Kiedy będą następne Bolki i Lolki? Czy można to przyspieszyć? A po nich co będzie? Dlaczego to tyle trwa? Szybciej, zatrudnijcie więcej ludzi!”

Pierwszą serię przygód obu chłopców sprzedano do Stanów Zjednoczonych za 200 tysięcy dolarów. Drugą – za 250 tysięcy. Kwoty tego rzędu były wówczas w komunistycznym kraju niemal niemożliwe do osiągnięcia. Warto zaznaczyć, że międzynarodowa kariera Bolka i Lolka wcale nie kończyła się na Stanach. Już wtedy serial eksportowano łącznie do 80 krajów. Na losach chłopców wychowali się więc nie tylko mali Polacy, ale również Anglicy, Rosjanie, Szwedzi czy Duńczycy.

Choć Bolek i Lolek z początku byli produkcją telewizyjną, przyczynili się również do rozwoju polskiego kina. Wielka podróż Bolka i Lolka weszła na ekrany w 1977 roku i zobaczyło ją wówczas niemal 8,5 mln widzów. Następnie produkcja trafiła do 65 kolejnych krajów – znów zatem polskie kreskówki z powodzeniem podbiły świat.

Od Studia do instytucji kultury

Niestety koniec lat 70. to także zwiastun końca samego Studia. Najpierw zaczęli odchodzić kolejni twórcy, później produkcje nie przyciągały już takich tłumów. Powoli zbliżał się zresztą przełom 1989 roku, a ten przyniósł nie tylko wolność, ale także zachodnie kreskówki. Produkcje Disneya czy Hanny-Barbery (nad którymi pracowali zresztą bielscy animatorzy w ramach usługi, którą dziś nazwalibyśmy outsourcingiem) zaczęły wypierać rodzime tytuły. Mechanizm jest tu niestety prosty, lecz okazał się zabójczy dla Studia.

W latach 90. nieliczni pozostali jeszcze w Studiu twórcy po prostu starali się przetrwać. Cały czas czekano na zamówienia z zagranicy, skoro polskie źródło uległo już wyczerpaniu. Na domiar złego na animatorach zemściły się różne wersje historii Bolka i Lolka; poszczególni twórcy zaczęli bowiem domagać się uznania ich praw autorskich. Po latach nie sposób było dociec, kto w istocie stworzył popularnych bohaterów, zwłaszcza że część osób “zamieszanych” w sprawę, w tym sam Nehrebecki, już nie żyła. Sprawa zakończyła się mało satysfakcjonującym dla każdej ze stron wyrokiem i można powiedzieć, że stanowiła swoisty gwóźdź do trumny Studia.

Stale próbowano pracować – zaledwie kilka lat temu zakończono ostatecznie prace nad serialem Kuba i Śruba – lecz żadna z produkcji Studia nie spotkała się ze specjalnie dobrym przyjęciem. Dziś Studio jako państwowa instytucja kultury zajmuje się przede wszystkim tworzeniem tytułów niszowych, niezależnych, nastawionych raczej na festiwale animacji niż na masowego odbiorcę. Mimo wszystko w pamięci kilku już pokoleń SFR pozostanie jako ci, którzy powołali do życia ukochane postaci z dzieciństwa.

Przy pisaniu tekstu korzystałam z książki Leszka K. Talki i Karola Veselego Królowie bajek. Opowieść o legendarnym Studiu Filmów Rysunkowych. Stamtąd pochodzą także wyróżnione w treści cytaty.

Promocje

Zobacz wszystkie
Udostępnij:

Prawdziwy Gracz poleca się do polubienia