Northern Journey to strzelanie w stylu retro dla flegmatyków i miłośników fiordów

Northern Journey - grafika
PG Exclusive Publicystyka

Płynąłem po przenikliwie zimnym morzu, a otaczające mnie fiordy łączyły się w mroźny labirynt. Dumałem nad swoim zagubieniem, kiedy zielonkawe snopy światła przeszyły moją łódź i zmusiły do pieszej wędrówki przez obcą krainę. Nie minęło wiele czasu, nim napotkałem pierwszą (mam nadzieję) żywą duszę… Tak zaczyna się Northern Journey – niebywale klimatyczna i pokręcona gra, o której najprawdopodobniej nigdy nie słyszeliście.

Nie jest to gra nowa, bo zadebiutowała jeszcze w zeszłym roku, ale odkryłem ją stosunkowo niedawno. Za tytuł odpowiada Slid Studio… a raczej jednoosobowa armia w postaci pewnego dewelopera z Norwegii, który najwyraźniej nie chciał podpisywać się na Steamie prawdziwym imieniem i nazwiskiem. Nie raz i nie dwa branża gier widziała genialne tytuły, które wyszły spod klawiatury pojedynczego pasjonata i Northern Journey jako kolejne potwierdza, że da się w pojedynkę ulepić świetną grę. Bazując na filmikach, które założyciel Slid Studio publikuje na YouTube, można wywnioskować, że deweloper robi wszystko sam: od tekstur, przez animację, aż po systemy rozgrywki. A roboty było sporo.

Retro-strzelanie i bad trip

Northern Journey zaczyna się jak symulator chodzenia, a po kilkudziesięciu minutach pokazuje swój retro-strzelankowy pazur, choć robi to dość skromnie. Na początku dostajemy procę, którą musimy ubijać robale, a dalej wcale nie jest lepiej. Nie ma pistoletu, za to jest jest łuk, karabin zastępuje szybkostrzelna kusza, a miast granatów masz Pan topory do rzucania, bo prawdziwy wiking boi się ognia i basta. Mimo tego wciąż czuć tu ducha starych strzelanek, między innymi dzięki szybkim przeciwnikom, wyśrubowanemu poziomowi trudności oraz konieczności zmieniania wyposażenia, bo amunicji nigdy nie ma zbyt dużo. Aha, no i zapomnijcie o samoregenerującym się zdrowiu – widzieliście kiedyś wikinga z mocami Wolverine’a? Ja też nie.

Walczy się fajnie, a i na nudę trudno narzekać. Deweloper przygotował ponad 50 różnych przeciwników, z czego sporą część z nich stanowią bossowie. Nie ma tu wtórnych żołnierzy czy goblinów z mieczykami. Broni też jest dużo, a przymus rotowania wybranym orężem skutecznie eliminuje monotonię… i możliwość wybrania ulubionej drewnianej lub stalowej spluwy.

Northern Journey - zrzut ekranu

Walki nie ma tu jednak aż tak dużo, jak mogłoby się wydawać. Lwią część gry stanowi eksploracja, a i na proste zagadki oraz rozmawianie z tubylcami znajdzie się miejsce. Co więcej, większość problemów musimy rozwiązać bez telefonu do wirtualnego przyjaciela w postaci znacznika na mapie, bowiem dzienniczek protagonisty zawiera jedynie proste i niezbyt szczegółowe instrukcje. Istotną pomocą są też dialogi, które warto czytać w razie zagubienia, mimo tego że autor gry wolał uczyć się bycia solowym deweloperem, niż uczęszczać na lekcje języka angielskiego – najważniejsze, że przekaz jest jasny.

Narkotyczny świat Northern Journey

Northern Journey rzuca gracza na brzeg pewnej nieokreślonej wysepki, która (poza, nazwijmy to, ekscentrycznymi tubylcami) cechuje się zaskakująco różnorodnymi krainami. Są lasy, góry, wybrzeża i inne nawiedzone jeziora, o których lepiej już nie wspominać, aby nie psuć nikomu radości z odkrywania nowych miejscówek. Wszystkie lokacje łączy niesamowity klimat, który można porównać do takich gier jak Death Stranding, ICO czy Shadow of the Colossus. Jest prosto, surowo i bez wodotrysków, ale prostotę wynagradza spójność oraz atmosfera tak gęsta, że można ją kroić toporem od najlepszego kowala. Choć niektóre miejscówki są wypełnione przeciwnikami, nawet mimo tego mają w sobie aurę spokoju rodem z porannego spaceru po ulubionym parku. To, w połączeniu z wyborną muzyką, tworzy bardzo unikatowy klimat i sprawia, że od Northern Journey trudno się oderwać. W tym świecie chce się siedzieć dla samej atmosfery.

Nie jest to do końca liniowa gra. Niby poruszamy się jasno wytyczonymi ścieżkami, ale niektóre z nich posiadają opcjonalne szlaki, których nie musimy od razu zwiedzać, a i zamkniętych drzwi do otwarcia też nie brakuje. W każdym miejscu kryje się jednak coś ciekawego i istotnego dla opowiadanej historii. Co ciekawe, do wielu z zaprezentowanych poziomów będzie trzeba prędzej czy później wrócić. Nie oznacza to, że grając w Northern Journey łazimy ciągle znajomymi ścieżkami. Czasem odblokujemy sekretne przejście, innym razem zdobędziemy tyrolkę, dzięki której szybciej przemierzymy spory kawał terenu albo gra przeniesie nas w dane miejsce automatycznie, bo po prostu szanuje nasz czas.

Czar uspokajający rzucony przez piękne fiordy i idylliczne lasy nie trwa jednak wiecznie – momentami Northern Journey to jazda bez trzymanki, której nie powstydziliby się amatorzy specyficznych gatunków grzybków. Praktycznie każda interakcja z (być może tylko pozornie) pokojowymi mieszkańcami zwiedzanej krainy jest dziwna i nie brakuje bardzo niepokojących scen. Nawet jeśli wrócimy do dobrze znanej nam już wioski po paru godzinach gry, nadal nie będziemy mieć pewności co do intencji tubylców. Co skrywa wioskowy głupek paradujący po mieścinie bez spodni i jednej skarpetki? Kto wydaje jęki dochodzące z piwnicy okolicznego kapłana? Dlaczego po jednej z chałup spacerują dwie czarne kozy? Niezależnie od tego, jakie odpowiedzi wysnujemy w swojej głowie, gra i tak zaskoczy nas czymś zupełnie innym – być może nawet rodem z najgorszego bad tripa.

Northern Journey - zrzut ekranu 2

Różne różności i brzydkie kaczątko

O zawrót głowy może przyprawiać również mnogość pomysłów twórcy. Zagadki, strzelanie i zwiedzanie to jedno, ale w grze pojawiają się też bardziej wymyślne sekwencje czy całe poziomy. Rzadko zdarza się, żeby Northern Journey raczyło nas standardową pętlą rozgrywki przez więcej niż dwie godziny. Raz zanurkujemy w jeziorze i gra zmieni się w horror, potem pobiegamy i postrzelamy, a chwilę później będziemy mogli odsapnąć podczas trwającej kwadrans przechadzki po górach, w trakcie której nie spotkamy ani jednego wroga. Jest tu sporo innych świetnych pomysłów, których pozwolę sobie nie zdradzać.

Można się rozczulać w nieskończoność nad tym, jak różnorodne jest Northern Journey i jakie piękne krajobrazy oraz cudne wrażenia dźwiękowe serwuje, ale nawet te wielkie zalety nie przyćmiewają tego, że tytuł ten z bliska wygląda jak gra, której budżet wynosił dwa guziki, paczkę mrożonych frytek i butelkę keczupu – i w sumie pewnie tak było. Choć widoczki momentami zapierają dech, każde bliższe spotkanie z przeciwnikiem lub postacią niezależną przypomina powrót do przeszłości DeLoreanem z przebitymi oponami. Modele bardziej lub mniej ludzkich przeciwników oraz NPC są paskudne, a ich pokraczne animacje wręcz tragikomiczne. Nie sposób nie „wyróżnić” też menu równie przejrzystego, co pokryte szronem lustro weneckie.

Northern Journey - zrzut ekranu

Ostatecznie Northern Journey jest jednak grą piękną w swojej brzydocie i surowości. Im dłużej grałem, tym mniej uwagi przywiązywałem do koślawych animacji i modeli postaci, a za to dawałem się bardziej pochłonąć atmosferze dziwnej północnej krainy. Te wszystkie niedoszlifowane krawędzie jakoś do siebie po prostu pasują.

Pasja działa cuda

Z Northern Journey spędziłem około 10 bardzo przyjemnych godzin (swoją drogą, niezły wynik jak na grę za 43 złote) i w tym czasie udało mi się je przejść. Nie tylko był to czas miło spędzony, ale też pozbawiony nudy i zapychaczy. To jedna z tych gier, które nie zasypują gracza dziesiątkami zadań pobocznych i opcjonalnych aktywności – odpalasz, grasz, kończysz, do widzenia. Choć po napisach końcowych nie ma nic więcej do roboty, o grze myśli się jednak na długo po jej ukończeniu.

O oryginalności tego tytułu zaważa fakt, że jest to projekt osoby, która ewidentnie nie robiła go z myślą o dotarciu do mainstreamowego odbiorcy. Northern Journey jest często brzydkie, kiepsko przetłumaczone, szalenie trudne, nie podsuwa pod nos rozwiązań i na domiar złego ma niezbyt zachęcającą kartę produktu na Steam. Jest jednak przy tym niesamowicie klimatyczne, dziwaczne, różnorodne i – tak po prostu – przyjemne. Czuć tu ogromną pasję twórcy, który nie wszystko potrafił dopiąć na ostatni guzik, a jednak próbował. Te wszystkie wady są trochę jak krzywe pociągnięcia pędzla na ostatecznie bardzo przyjemnym w odbiorze obrazie, w którym wszystko dobrze składa się w całość.

Recenzje na Steam (421 ocen, 97% pozytywnych!) pokazują, że nie jest to gra popularna, ale jeśli ktoś już ją znajdzie i położy na niej swoje ręce, to będzie co najmniej zadowolony – ja się pod tym podpisuję. Wiele gier niezależnych w życiu ograłem, ale ten konkretny tytuł plasuje się w ścisłej czołówce moich ulubieńców. Fani unikatowych indyków, nie bójcie się paskudnych modeli postaci, rażących w oczy animacji i „retroshooterowości” – zagrajcie i dajcie się pochłonąć!

Promocje

Zobacz wszystkie
Udostępnij:

Prawdziwy Gracz poleca się do polubienia