To najlepszy gatunek gier w historii. Dziś już praktycznie nie istnieje

Immersive sim to najlepszy gatunek gier, który dziś nie istnieje
PG Exclusive Publicystyka

Zapragnąłem ostatnio powrócić do jednego z moich najukochańszych gatunków gier. Tego, który potrafi bawić lepiej od najlepszych pozycji Nintendo. Tego, który potrafi zająć więcej czasu niż niejedno RPG. Tego, który… nie istnieje. Bo dziś niestety pojęcie immersive sim niemal nie funkcjonuje.

Gatunek ten tak naprawdę zacząłem darzyć tym większą sympatią, im starszy byłem. Co ciekawe, najcieplej wspominam go jednak z najmłodszych lat. Ale to zapewne dlatego, że wtedy właśnie imsimy zaliczyły największy rozkwit. Który, niestety, najpewniej już nigdy się nie powtórzy. A powinien, bo to przecież kryminalnie niedoceniony rodzaj produktów rozrywkowych, bodaj w samych swoich zasadach najlepszy, jaki może być.

Czym w ogóle jest immersive sim?

Czar wspomnień to jedno, ale trzeba przecież od czegoś zacząć. A najłatwiej zacząć od początku, czyli od… definicji. A to, co ciekawe, to zarazem największy problem, bo ciężko ukuć jedną definicję tego pojęcia i największa kość niezgody wśród fanów. Chyba nie ma innego takiego fandomu na świecie, który odkąd tylko powstały pierwsze gry z tego gatunku, niestrudzenie, przez niemal 30 lat, kłóciłby o to, co może być, a co nie może być immersive simem. Z kolei osoby kompletnie nieobeznane z tematem myślą, że chodzi o coś w stylu Simsów albo, nie daj Boże, wszelkiej maści symulatorów.

I ten problem fandom zawdzięczać może przede wszystkim Steamowi. Bo najpopularniejsza platforma dla graczy pęka w szwach od różnych tagów. Jednym z nich jest “wciągający symulator”. Tak, to zasadniczo polskie, koślawe tłumaczenie immersive sima. Czemu “koślawe”? No bo tak, jakby nagle zacząć nazywać gry RPG, grami WOR, czyli W Odgrywanie Ról. No ale już nieważne, to detal. Liczy się niestety fakt, że zarówno społeczność, jak i sami wydawcy oraz twórcy, nie do końca znają współcześnie znaczenie tego hasła.

Bo “wciągający symulator” jest praktycznie wszędzie. W co drugim niezależnym horrorze. W praktycznie każdej grze symulacyjnej. Produkcje wydawane przez choćby PlayWaya wyświetlają się na pierwszych stronach kart sklepu Steam, gdy tylko wejdziemy w ten tag. A gdzie Deux Ex? Thief? Zamiast tego mamy mnóstwo gier sportowych (doprawdy, NBA 2K to imsim?!), symulatorów, dziwnych pozycji indie, a nawet i w takim Avatar: Frontiers of Pandora, które równie dobrze można nazwać symulatorem kosmicznego smerfa.

Dobra, dobra, czekajcie, gdzie ta definicja?

Znów się zapędziłem. No dobra, to czymże ten immersive sim jest? Cóż… ciężko powiedzieć. Wiem, że to dość zabawne, ale praktycznie odkąd ten poboczny gatunek funkcjonuje, jego fani kłócą się o to, co sobą reprezentuje. Najprościej jednak sięgnąć do Warrena Spectora, ojca imsimów, twórcy pierwszego wielkiego immersive sima, czyli Ultimy Underworld. Na jednym z paneli lata temu w trakcie gamingowego wydarzenia stwierdził, że to gry “pozwalające każdemu graczowi tworzyć własne doświadczenia”. To nie tylko najlepsza, ale i najkrótsza definicja.

Można też pokusić się o własne. Ja bym powiedział, że to gatunek gier wideo, który stawia na wolność działania, symulację świata i emergentną rozgrywkę, czyli sytuacje wynikające z interakcji między systemami gry, a nie ze sztywno zaprogramowanych skryptów. Długie? No właśnie. Może i z sensem, ale nie przebije się to raczej do gamingowej encyklopedii.

Bo imsimy najlepiej wytłumaczyć na przykładach. Jednym z pierwszych i największych był Deus Ex. Tak, to z jednej strony skradanka, RPG i strzelanka. Ale z drugiej niezwykle immersyjne doświadczenie, które nade wszystko podkreśla rolę gracza. Fabuła jest świetna (ale sposób jej odkrywania nie tylko wynika z oglądania cutscenek), lecz przede wszystkim chodzi o mechaniki. Premiuje się tam kreatywne rozwiązywanie problemów. Wolność działania. Wysoką interaktywność z otoczeniem i światem przedstawionym. Gracz ma określony cel, ale sposób dotarcia do niego jest w pełni dowolny. I choć brzmi to trochę jak wiele gier RPG, to… coś w tym jest, bo niejako imsimy wywodzą się właśnie z gier role-playing.

Immersive sim kiedyś

I własnie kiedyś gatunek ten tak naprawdę, po cichu, wytyczał nowe szlaki i zdefiniował współczesne gry wideo. Jego rola w kształtowaniu gamingu jest niezaprzeczalna, ale też… niedostrzeżona. Wielu graczy nawet nie wie, jak się to je, a już w ogóle nie wymieni flagowych przykładów. Ultima to początek, ale potem było Deus Ex, Thief, System Shock, Arx Fatalis czy nawet Dark Messiah of Might & Magic albo… STALKER. Tak, w dużej mierze to także imsim, choć – warto to zapamiętać – gatunek ten to bardziej ogólny zestaw zasad i feeling gry, a nie podpunkty do odhaczenia. Mimo, że wiele osób twierdzi, iż aby coś było immersive simem, musi być FPP, pozwalać na skradanie i strzelanie oraz mieć komputery (albo notatki w najgorszym wypadku), to trochę takie wyśmiewanie tych, którzy kłócą się o każdą pojedynczą grę budzącą kontrowersje wśród fanów.

Tak czy inaczej immersive simy w zasadzie wyniosły gry FPP na wyższy poziom. Tak, jak kiedyś były różnego rodzaju DOOM-y czy Quake-i, tak na przełomie lat 2000 dostaliśmy wspomniane wyżej perełki. I nie były to korytarzowe shootery. Twórcy zaczęli mocno eksplorować ideę otwarcia rozgrywki na gracza i immersji. Nie grania jako bohater, a bycie bohaterem. W ten właśnie sposób, z dowolności rozgrywki, ambicji, chęci wydania czegoś nowego i wytyczania nowych szlaków, narodził się gatunek immersive sim.

Kiedyś to były gry… Najwspanialszym przykładem jest nadal Deux Ex. Marka dziś w zasadzie nie żyje, a należy pamiętać, że nawet te nowsze części (choć nieco w okrojony sposób) kontynuowały tradycję bycia imsimem. Jeśli jednak ktoś woli fantasy, nie da się źle trafić z serią Ultima Underworld. Jest też Ultima Ascendant z 2018 roku, ale tu eksperyment przywrócenia świetności gatunku… niestety się nie udał. Retro jednak nadal żywe – nie da się zabłądzić z serią Thief, System Shock czy nadal genialnym Dark Messiah. A dzisiaj? No ten… mamy gry Arkane i… ten… no… nic?

Immersive sim spadło do podziemia

To nie jest tak, że nagle imsimy wymarły. Z jednej strony owszem, po części to prawda, ale to trochę naiwne myślenie. Bo gatunek ten faktycznie wymarł… przynajmniej w segmencie gier AAA. I to chyba z dość prostego powodu. Produkcja współczesnych tytułów wysokobudżetowych pochłania taką ilość zasobów, środków i pieniędzy, że inwestowanie w immersyjnie przedstawiony, emergentny świat z wysoką interaktywnością się nie opłaca. No i to też gatunek niszowy, podobnie jak horrory (których w świecie AAA też nie za wiele). Inna sprawa, że immersive sim mocno przeniknął w inne gatunki…

No bo przecież naleciałości imsimowe znaleźć możemy w takich tytułach jak Half-Life, The Elder Scrolls, Fallout czy nawet jeden z lepszych przykładów – The Legend of Zelda: Breath of the Wild (i Tears of the Kingdom) czy nawet… Hitman. No i nie można zapomnieć o flagowych przykładać “kontrowersyjnych” gier, które dla jednych są imsimami, a dla innych nie. Seria BioShock wysuwa się tu na prowadzenie.

Po latach świetności, przyszła pora na posuchę. Jedynym studiem mocno zakorzenionym współcześnie w tym gatunku jest Arkane. Dishonored to najlepszy przykład dzisiejszego immersive sima, zresztą podobnie jak nawet lepszy pod tym względem Prey. Wiadomo, że nieco pogubili się z Redfall, ale trzeba trzymać kciuki za Marvel’s Blade. W sumie nie wiemy, czy to kolejny reprezentant tego gatunku (kto powiedział, że musi być FPP?), ale możemy mieć na to nadzieję. Bo oprócz niego pozostało tylko podziemie.

Przyszłość należy do segmentu indie

W ostatnich latach, prócz prześwietnych gier Arkane, dostaliśmy też choćby remake System Shock. Kultowy immersive sim, który wyznaczył standardy tego gatunku przed laty, okazał się godnym wskrzeszeniem marki. A przyszłość? No cóż, jak wspomniałem, wielcy twórcy i wydawcy raczej niechętnie sięgają po ten gatunek i to się… nie zmieni. Oczywiście nie jest to definitywny koniec, bo rzekomo wciąż powstaje BioShock 4, potencjał ma również Judas od ojca tej marki. Na horyzoncie majaczy Vampire: The Masquerade – Bloodlines 2, lecz tu już nie za wiele sugeruje, że dostaniemy imsima. Największe nadzieje budzi nowy projekt Neon Giant, twórców The Ascent. Project Impact określany jest jako “next-genowy cyberpunkowy immersive sim”. I to powoduje, że aż mi mokro…

Ale prócz tego, po kasacji takich tytułów jak Perfect Dark, ograniczeniu Arkane Studios, wstrzymaniu marki Deus Ex, potencjalnym skasowaniu System Shock 3, jest słabiutko. W segmencie AAA. Indie rządzi się własnymi prawami, a niezależni twórcy spragnieni immersyjnych doświadczeń otwartych na gracza zajęli się tym na własną rękę. I wiele wskazuje na to, że przyszłość to właśnie gry indie. Już teraz dostaliśmy ich całkiem sporo, a nadchodzi jeszcze więcej. Nawet jeśli nie każdy przypadnie fanom imsimów do gustu. Szczególnie jeśli oczekuje się czegoś z budżetem.

Twórcy zrzeszani przez takie serwisy jak Itch.io czy nawet w sklepie Steam wydają wręcz idealne przykłady puszczonej solo fantazji przy zaciskaniu budżetowego pasa. Jednym z największych jest wspomagane przez tripy na LSD Cruelty Squad. Innym jest absolutnie fenomenalne, utrzymane w duchu Thief Gloomwood (ale we wczesnym dostępie). Nawet Ultima dostała swoje współczesne wyobrażenie w postaci Monomyth. Shadows of Doubt pokazało, że kreatywność rządzi, a maleńkie Stay out of the House, że nie tylko da się nasycić imsima horrorem, ale również nie musi on pochłaniać dziesiątek godzin.

Gatunek, który umarł, ale nie do końca

Bo wiecie, w tym wszystkim jest pewna nadzieja. Gatunek immersive sim faktycznie dzisiaj nie funkcjonuje. Ale czy kiedykolwiek funkcjonował w szerokim ujęciu ogółu? Nigdy nie cieszył się aż tak wielką popularnością jak RPG-i, FPS-y czy nawet survivale w momencie swego rozkwitu. Nisza niszą, ale przecież to właśnie ten zamysł deweloperów reprezentują jedne z najbardziej innowacyjnych hitów szech czasów. Jak to się więc stało, że immersive sim… po prostu umarł?

Odpowiem na to kontrtezą – immersive sim nie umarło, bo żyje wszędzie wokół. W końcu to niejako gatunek skazany na wieczne potępienie, bo się boleśnie zdezaktualizował. Niegdyś stał w opozycji do prostych strzelanek czy niektórych gier RPG. Miał oznaczać produkcje nowej generacji, pozwalające na swobodę jak nigdy wcześniej. Był dźwignią napędową tego, co przyszłość potem. Przyszło, zostało i… jest. Więc gdzie tu miejsce na imsimy? No właśnie wszędzie.

Naleciałości tego gatunku są wszechobecne, co zresztą podkreślałem wcześniej. Funkcjonują w każdej większej grze, która pozwala na jakąkolwiek swobodę. Jeśli miałbym szeroko zakroić to pojęcie, mógłbym stwierdzić, że tyczy się w pewien sposób nawet linearnych pozycji jak The Last of Us (ale bardziej “dwójka”), wielu, bardzo wielu gier RPG, Cyberpunka 2077 czy nawet Red Dead Redemption 2. Ale wiecie, to założenie znacznie nad wyrost, bo nie da się o tych grach powiedzieć, że są imsimami. Ale to właśnie imsimy je takimi uczyniły. A to już dużo.

Zawsze macie też konto na X “Is it an immersive sim?”, które – według własnego widzi-mi-się ustala, które gry zasłużyły na to miano. I tak, tam też nie ma ich wcale wiele. Ale jeśli jesteście spragnieni maksymalnej immersji, czegoś w pełni otwartego na gracza z przenikającymi się systemami projektowymi, polecam współcześnie nadrobić klasykę i skierować się w stronę strefy indie. Ale kto wie – może przyszłość nie będzie aż taka… nieimersyjna.

Artur Łokietek
O autorze

Artur Łokietek

Redaktor
Zamknięty w horrorach lat 80. specjalista od seriali, filmów i wszystkiego, co dziwne i niespotykane, acz niekoniecznie udane. Pała szczególnym uwielbieniem do dobrych RPG-ów i wciągających gier akcji. Ekspert od gier z dobrą fabułą, ale i koneser tych z gorszą. W przeszłości miłośnik PlayStation, obecnie skupiający się przede wszystkim na PC i relaksie przy Switchu.

Podobne artykuły

Zobacz wszystkie