Opowiem Wam, jaki horror przeżyłem z pierwszym PlayStation

Legacy-of-Kain
Felieton PG Exclusive

Cicha noc, głucha noc. Deszcz bębni o dach grobowca, a ja rozkoszuję się zawodzeniem jeńców, z których zaraz wyssę życiodajną krew. Na PlayStation.

Tak, jestem normalny, a postać, która opijała się juchą jak czerwonym winem to nikt inny, jak tytułowy wampir z Blood Omen: Legacy of Kain. Powiecie, ani to horror, ani survival, ale we mnie spotkanie z krwiopijcą wywoływało niegdyś prawdziwe ciary. Dlatego od tego zacząłem moje straszne wspominki z czasów pierwszego PlayStation.

Dzisiaj Legacy of Kain nie straszy, lecz nadal jest piekielnie wciągającym kawałkiem kodu, do którego wracam raz na kilka lat. Grałem w kolejne odsłony, ale dla mnie ta seria skończyła się na pierwszej części i kropka. Trójwymiarowy Kain to już nie ta sama klimatyczna bajka. Ale wiecie, co najbardziej wspominam „okiem grozy” z pierwszego PeEsa? Oko z Resident Evil.

Horrory nabrały kształtu dopiero na PlayStation

Oczywiście dla mnie, ponieważ każdy ma swoje osobiste gamingowo-straszne przeżycia. Choć swoją przygodę z grami rozpocząłem jeszcze z Atari 2600 oraz C64, dopiero na PlayStation poczułem, co to znaczy panika przed telewizorem.

Panika była, gdy w 1996 roku znalazłem się w rezydencji wykreowanej przez Capcom. Kiedy zombi-podobny pies zagnał mnie za drzwi domostwa, poczułem prawdziwą niepewność. Echo kroków rozlegających się po holu, zniknięcie Weskera i przeczucie, że za każdymi drzwiami coś się czai. I czaiło się – przerywnik z wyżerającym wnętrzności nieumarłym, który spojrzał na mnie swoim martwym okiem, zapamiętam do końca życia…

Resident Evil to była presja podsycana strachem. W ten tytuł nie grało się na luzie, ale można powiedzieć, że to i tak małe piwko w porównaniu z innym arcydziełem tamtych czasów. No bo kto nie błądził we mgle?

Silent Hill to niezapomniany koszmar młodości

Wszędzie ta mgła, która przyszła do mojego domu trzy lata po premierze pierwszego Residenta. Zaczęło się tajemniczo i tak mozolnie, jakbym brodził w gęstej śmietanie, zapominając o rzeczywistości. Nagle zaułek, w który tak czy inaczej trzeba było się wepchać. A tylko po to, by dać się pochłonąć kolejnej fali niekontrolowanego strachu.

Nie pamiętam, ile razy odkładałem pada, żeby odetchnąć. Za każdym razem jednak wracałem na Ciche Wzgórze i latałem jak wariat unikając tego całego plugastwa, które wyśnili w swoich głowach deweloperzy. Do dzisiaj, jak widzę pielęgniarkę w szpitalu, to zastanawiam się, gdzie schowała nożyk.

Większych lub mniejszych namiastek lęku, oprócz wymienionych tytułów, przysporzyło mi jeszcze kilka innych gier na pierwszym Plejaku, w tym mistrzowskie Parasite Eve. Lecz nic nie przebije tego, ile strachu najadłem się przez samą konsolę i to dosłownie.

PlayStation, nie umieraj!

Tak cały czas piszę o strachu, lecz PlayStation dawało też ukojenie. Nawet wtedy, kiedy za chwilę na ekranie miał się rozegrać najgorszy horror. Ten dźwięk towarzyszący logotypowi PS przy włączeniu sprzętu… Zawsze mnie uspokajał. Pewnego razu, przez traumę nie pamiętam już przy jakiej grze, po błogich dźwiękach nastał czarny ekran. Nic się nie działo. I tak w nieskończoność. To nie były czasy, kiedy sprawdzasz w Google, co jest przyczyną awarii. Rozpoczęły się telefony po znajomych, ale nikt nic nie wiedział. Koszmar! Plejak wyzionął ducha! Jak na ironię, pomógł „pirat”, u którego zaopatrywałem się w „zapasowe kopie gier”. Takie czasy. „Panie, laser pada, za dużo Pan gra na tej konsoli”. Rozwiązanie było proste – postawić sprzęt na boku, by płyty znowu się wczytywały. Tylko dlaczego do cholery nie powiedział, żeby nie stawiać na wysokiej szafce. Koszmar.

Udostępnij:

Prawdziwy Gracz poleca się do polubienia

Podobne artykuły

Zobacz wszystkie