Książę i Tchórz krajobrazik

Dagmara Kottke

Z wykształcenia dziennikarz, z zamiłowania jeszcze bardziej. Fanka słabej literatury i maskotek ze zniesmaczonym wyrazem twarzy.

0 komentarzy

Książę i Tchórz – baśniowa opowieść, której nie nadgryzł ząb czasu

Książę i Tchórz to gra ponadczasowa jedna z tych, które nie zestarzały się na przestrzeni minionych lat i chyba nie zestarzeją się już nigdy. A to jest artykuł na ten temat.

Dzień jest jeden, ale rzeczywistości są trzy. Oto historia z 11 października, opowiedziana przez trójkę narratorów na przestrzeni kilku wieków. W pierwszej części tej z 1350 przemawia bohater gry; ta sekcja odwołuje się do fikcji. Druga część dotyczy rzeczywistości pomiędzy fikcją i rzeczywistością i mówi w niej niestrudzony narrator Mag Arivald, który wydostał się z płyty CD i rozsiadł się w prawie realnej knajpie w październiku 1998. Natomiast trzecia część to już dzień dzisiejszy, 11 października 2021. Ta sekcja odwołuje się do rzeczywistości, opisując redaktorski trud autorki niniejszego artykułu.

11.10.1350 – jakaś fikcyjna kraina

Z pamiętnika bezimiennego młodzieńca zwanego Tchórzem
Trudno jest być sobą, kiedy wszyscy widzą w tobie kogoś zgoła innego. Przystałem na paktowanie z diabłem, bo chciałem tylko przeżyć ciekawą przygodę. Kto wiedział… Nie uprzedzono mnie, że dostanę ciało jakiegoś Księcia i z miejsca narażę się paskudnemu Czarnemu Rycerzowi. Nastraszył mnie.

Zrobiłem więc to, co zrobiłby każdy szanujący się Tchórz, gdyby znalazł się w moich butach, swoją drogą bardzo wychuchanych i kosztownych: uciekłem. Ciało Księcia może i jest wygodne (choć smukłe i słabe – a fryzura to taka idiotyczna, że chyba wyprzedza epokę), ale i tak postanowiłem, że jakoś to wszystko odkręcę – a choćbym miał i do piekła pójść.

(źródło: 16bit.pl)

Błąkając się po ponurym cmentarzu, przez przypadek przebudziłem zmarłego przed tysiąc laty Maga. Jegomość okazał się być w porządku, choć miał obsesję na temat piwa. Po drodze do wrót piekielnych musiałem rozwiązać wiele zagadek i Mag chętnie mi pomagał. A jednak czasem zdarzało mi się utknąć tu na dobre.

Bez bicia przyznaję, że w takich momentach kompletnie nie wiedziałem, co mogę zrobić, żeby pójść dalej. Wtedy po prostu żadna – nawet nie wiadomo jak magiczna – siła nie była w stanie mi pomóc. I trzeba było albo rzucić to tam, gdzie zmierzałem, czyli w diabły, albo próbować wszystkiego na wszystkim, licząc, że się poszczęści. No ale cóż, no pain, no gain – jak będzie się mówiło za kilkaset lat, gdy łacina przestanie być językiem międzynarodowym, a francuski okaże się na to za trudny.

Fajnie jest mieszkać w świecie, który ma wiele kolorów – miejsca, do których dotarłem, szukając dobrego zakończenia, wyglądają jak wyjęte z baśni. A i osoby, które spotkałem na swojej drodze, nie są pozbawione kolorytu. To tacy szurnięci panowie i panie, że po prostu nie da się ich nie lubić.

11.10.1998 – bar mleczny na pograniczu fikcji i rzeczywistości

Z zapisków Mistrza „Piwosza” Arivalda
Moim losem jest opowiadanie tej historii, więc robię to – i nie ma znaczenia, czy siedzę na drewnianym stołku w wymyślonej karczmie, czy w jednym z międzywymiarowych barów mlecznych. Tych szczęśliwie jeszcze nie pozamykano, choć w świecie rzeczywistym to podobno kwestia czasu. Nie wnikam. Mam prostą filozofię i brzmi ona: gdzie bym nie siedział, i tak będzie dobrze – byleby było piwo.

Dokładnie pół roku temu – a jeśli mamy być skrupulatni, to pół roku i jeden dzień temu – wydano grę, której recenzje mam dzisiaj przy sobie. To właśnie w kwietniu 1998 upchnięto mnie wraz z innymi ekscentrykami na nośnikach CD. Było tam trochę ciasno. Dobrze, że umiejętności magiczne pozwalają mi na pewną swobodę ruchu. Po pół roku ciągłego przesiadywania na CD-ROMie zdecydowałem się wreszcie wyskoczyć poza niego, by napić się piwa gdzie indziej (choć nigdzie nie ma lepszego niż w grze). I przy okazji mogę poczytać, co piszą o nas obywatele realnego świata.

Te wszystkie czasopisma wyglądają bardzo kolorowo – niemalże jak nasza wyimaginowana kraina. A ten papier taki śliski… Moje czarodziejskie księgi są zdecydowanie miej miłe w dotyku. No cóż, widzę, że zebraliśmy bardzo dobre oceny. Chwali się nas przede wszystkim za piękną grafikę, ciekawą historię oraz duże poczucie humoru. Za to pierwsze wprawdzie nie odpowiadam, ale się zgadzam. A z tym drugim i trzecim również się zgadzam – i co więcej, biorę za to pełną odpowiedzialność. W końcu to ja opowiadam tę przedziwną historię.

Wczoraj podobnie jak dzisiaj siedziałem w takim samym (tylko innym) barze pomiędzy fikcją a rzeczywistością. I sączyłem tę interesującą historię, opowiadając piwo. Wysłuchawszy mojego monologu od początku do końca, ktoś wtedy powiedział, że to mu coś przypomina. A był to człowiek prosty. Bo gdyby choć trochę wnikał w tematy popkultury, wiedziałby, że to, o czym mówi, nazywa się międzytekstowymi nawiązaniami.

(źródło: 16bit.pl)

Istotnie – w historii jest ich kilka. Główną referencją jest powieść Książę i Żebrak Marka Twaina z 1920. Parę dekad po wydaniu wpadła mi ona w ręce. Przeczytałem ją i pamiętam wszystko, jakby to było wczoraj. Nie wywołam kontrowersji, jeśli powiem, że jest to baśń o księciu i żebraku; tak sugeruje tytuł, który jest przecież po coś. Ci panowie, podobnie jak bohaterowie gry Książę i Tchórz, zamienili się z sobą ciałami, z czego wyniknął spory ambaras. Opowieść Marka Twaina była swego rodzaju punktem wyjścia dla gry.

Nie jest to jedyne nawiązanie do innego dzieła, jakie znajdziecie w opowiadanej przeze mnie historii. Zgrabnie wpleciono tu kilka innych referencji. Ja sam jestem jedną z nich. Mam bowiem w zwyczaju pomieszkiwać w wielu miejscach, nie tylko w przygodówce. Moją ojczyzną są opowiadania jednego z autorów scenariusza do Księcia i Tchórza Jacka Piekary. To tam się urodziłem. A ponadto w grze znajdziecie też nawiązanie do… Wiedźmina. Pamiętam, jak Tchórz znalazł gdzieś na początku medalion, w którym mag rozpoznał własność łowcy potworów. Wyobrażacie to sobie? Jest rok 1998. Mrugamy oczkiem do Geralta zanim to będzie modne, ha, ha!

11.10.2021 – rzeczywistość

Uzupełnienie uwagi redaktorki
Jak sugerują moi przedmówcy, przygodówka od Metropolis Software miała wiele atutów, dzięki którym bez większych problemów plasowała się w światowej czołówce point and clicków w tamtym czasie i dużo później. Chłopak zwany Tchórzem i czarodziej mówią wiele, ale pominęli parę konkretów. Pozwolę sobie więc uzupełnić o nie niniejszy artykuł.

Przede wszystkim, jak już ustalono, jedną z mocniejszych stron gry jest ciekawy scenariusz ze smacznymi sucharami. Odpowiada za niego duet Jacek Piekara i Adrian Chmielarz. Ten pierwszy to znany pisarz fantasy, natomiast drugi pracował przy głośnych produkcjach jak Painkiller czy Zaginięcie Ethana Cartera.

Także dubbing w tytule z 1998 był świetną robotą. Grając w Księcia dzisiaj, jestem w stanie rozpoznać kilka znanych głosów. Słychać tu między innymi Kazimierza Kaczora (Arivald), Tomasza Bednarka (dziecię w słoiku, które pomagało bohaterowi trzy razy) czy nawet Piotra Borowca (wielce obrażalskie Bóstwo). A to tylko część słynnych nazwisk. Dubbing istotnie był dużym walorem produkcji Metropolis Software.

Jednak to przepiękna oprawa wizualna zachwyca, olśniewa i zostaje z graczem na długo. Ktoś w latach 90. po prostu usiadł na krześle i przepięknie to wszystko narysował, dbając o najmniejsze detale. A tym „kimś” byli Andrzej Kukuła i Andrzej Mitura. Graficy odwalili tak dobrą robotę, że spoglądając dziś na screeny z gry, mało kto odgadłby, że Książę i Tchórz to dzieło z 1998. Równie dobrze przygodówka mogłaby powstać w tym roku. Oprawa wizualna niewątpliwie czyni grę ponadczasową. Jedynym, co może delikatnie zdradzać zaawansowany wiek tytułu, są modele postaci i ich animacje, ale nie bądźmy znowu tacy drobiazgowi.

(źródło: 16bit.pl)

Baśniowa oprawa wideo miała jedną, maleńką wadę. Mianowicie mogła wprowadzić w błąd potencjalnych nabywców, którzy bez zgłębienia tematu gotowi byli pomyśleć, że Książę i Tchórz jest tytułem przeznaczonym dla dzieci. Tak to jest, gdy się rzuca na coś tylko jednym okiem. Można wtedy tak wiele przeoczyć. Tymczasem mogłabym zaryzykować stwierdzenie, że ta przygodówka jest nie tyle „nie tylko dla dzieci”, co po prostu „w ogóle nie dla nich”.

Przede wszystkim Tchórz rzuca swoją drogą całkiem smacznymi sucharami, których znaczna część nie nadaje się dla uszu najmłodszych. Jest tu też trochę niesubtelnej przemocy; a ponadto nie brakuje dosadnego, choć niekoniecznie wulgarnego języka (szczególnie może wryć się w pamięć okrzyk pewnej białogłowy stojącej w oknie).

Książę i Tchórz w jednej osobie czekają

Prawie trzy dekady temu Polacy zrobili przygodówkę, która pozostanie wiecznie żywa w pamięci całego pokolenia graczy. Ta perełka lśni szczególnie mocno ani oprawa wideo, ani wszechobecne sucharki w żaden sposób nie przestały zachwycać przez te lata. Jeśli więc ktoś pominął Księcia i Tchórza, bo myślał, że to bajka dla dzieci, to teraz powinien żałować. Albo nie żałować, tylko po prostu nabyć tę grę, wcisnąć do emulatora i czym prędzej nadrobić zaległości.

Rejestracja konta

Dołącz do grona użytkowników Planety Gracza

Chcesz brać udział w konkursach, wygrywać nagrody i wiedzieć o najnowszych premierach jako pierwszy? Zarejestruj się i dołącz do naszej społecznośći.
Rejestrując się, akceptujesz regulamin naszego serwisu

Masz już konto? Zaloguj się