Marianne z The Medium od Bloober Team na tle Silent Hill

Jakub Stremler

Popkulturowy kombajn lubujący się w literaturze weird fiction, filmowych horrorach, dobrej muzyce i grach wszelkiego rodzaju. Po godzinach studiuje game design i pielęgnuje pasję do sportu.

0 komentarzy

Silent Hill od Polaków? Nie, nie, nie… choć bardzo Wam kibicuję!

Sieć obiegły doniesienia mówiące, że Bloober Team przygotowuje nową odsłonę Silent Hill. Jeśli to prawda, mam gigantyczne obawy, choć chciałbym wierzyć w sukces Polaków.

Do fanów growych horrorów niedawno dotarła bardzo zaskakująca, wręcz przełomowa wiadomość. Konami po latach straszakowej stagnacji nawiązało współpracę z Bloober Team. Polscy specjaliści od horrorów mają rozwijać nowe projekty w swego rodzaju kooperacji z japońskim gigantem i kto wie, może nawet pożyczą sobie od niego pewną doskonale znaną markę?

Takie doniesienia potwierdzają już pierwsze, wiarygodne źródła. Co więcej, ma powstawać nie jedna, a dwie nowe odsłony Silent Hill, a poza Bloober marką ma zająć się też „uznane japońskie studio”.

Załóżmy, że plotki się potwierdzą i Bloober faktycznie zafunduje nam powrót do spowitej mgłą mieściny. Autorzy udanych, choć nieidealnych gier mieliby możliwość przywrócić do życia jedno z najsłynniejszych IP grozy w historii gamingu. Na papierze brzmi to dobrze, ale mam naprawdę spore obawy co do tego, czy z tego połączenia wyniknie coś sensownego.

Grom Bloober Team daleko do miana wybitnych straszaków

Na początku chciałbym zaznaczyć, że bardzo lubię Bloober. Ba, uważam, że The Medium to jeden z ciekawszych growych horrorów ostatnich lat. Równie dużą sympatią darzę pierwsze Layers of Fear, a tylko trochę mniej lubię Observera i Blair Witch. Layers of Fear 2 pozwolę sobie przemilczeć.

Uważam jednocześnie, że o ile Bloober robi dobre gry i ma masę ciekawych pomysłów, po prostu nie radzi sobie ze straszeniem gracza. Gęsty jak mleko klimat to jedno, ale sposoby straszenia Polaków zdaję się być usilnie dostosowane do zachodnich trendów. Nudne sekwencje ucieczki przed potworami, sporadyczne, ale jednak jumpscare’y i tylko umiarkowanie dobrze budowane napięcie skutecznie zatracają w moim mniemaniu całe poczucie grozy. Dobra historia i ładna oprawa to nie wszystko.

Owszem, gry Bloober mają swoje mocne momenty. Jedna z sekwencji z The Medium sprawiła, że podskoczyłem na fotelu, a „latającego” noża z Layers of Fear do dziś nie wyparłem z pamięci. Takie – no właśnie – momenty to nadal jednak za mało, aby zrobić prawdziwie przerażający horror. A takimi właśnie dziełami w moim mniemaniu były i dalej są pierwsze odsłony Silent Hill.

Być może moje obawy wynikają właśnie z faktu, że – jak już wspominałem – Bloober Team trochę za bardzo goni za zachodnimi trendami w straszeniu.

Zostawmy Silent Hill Japończykom

Oczywiście nieazjatycki deweloper też potrafi nastraszyć. Za dobre przykłady mogą tu posłużyć chociażby Alien: Isolation, seria Dead Space, czy nawet nasze rodzime Darkwood. Z drugiej strony mamy jednak takie tanie straszaki jak Outlast, The Dark Pictures Anthology i setki indyków udających P.T. od Kojimy.

Rzecz jasna każdy z wymienionych tytułów potrafi straszyć. W znacznej większości przypadków nie mamy jednak do czynienia z realną grozą. Silent Hill przeraża w nietypowy sposób. Powiedziałbym, że w jedyny w swoim rodzaju.

Wspomnę tu pierwsze „poważne” spotkanie z Piramidogłowym w Silent Hill 2. Kiedy James wychodzi z szafy po dość niepokojącej scenie ze słynnym antagonistą, nastaje cisza, a następnie skrypt włącza wyjątkowo niepokojącą muzykę. Choć bardziej pasowałoby określenie tego zestawu dźwięków mianem nieskładnego jazgotu, od którego włos jeży się na karku.

Gracz nie wie, czy postawny stwór nie wejdzie zaraz do pokoju, aby go wykończyć. Dźwięk na to wskazuje, ale Piramidogłowy już nie wraca. Wychodzimy z pomieszczenia z przyspieszonym tętnem, a przerażająca ścieżka dźwiękowa towarzyszy nam przez kolejne minuty. Brzmi sztampowo, ale Team Silent ogrywało to perfekcyjnie.

Takich momentów jest w serii Silent Hill znacznie więcej. Ciągłe poczucie niepokoju, niepewności i zagubienia mocno podkręca napięcie. Swoje trzy grosze dokładają też takie elementy jak nieoczywista fabuła i igranie z umysłem gracza.

W podobny sposób straszy chociażby cykl Siren i inne, japońskie survival horrory. Wszystkim tym grom towarzyszy też wyjątkowy klimat, masa „udziwnień” i oczywiście fenomenalne udźwiękowienie. Nie widziałem tak perfekcyjnej mieszanki grozy w chyba żadnej zachodniej grze, a już na pewno nie u Bloober Team. Wątpię, aby zmieniło się to na przestrzeni jednej czy dwóch gier.

Promyk nadziei we mgle niepokoju

W oddali widać jednak pewne przesłanki mówiące, że Bloober ponownie nawiązało współpracę z Akirą Yamaoka. Co więcej, plotki sugerują, że zrekrutowano nawet Masahiro Ito, innego członka dawnego Team Silent. To co prawda tylko niepotwierdzone doniesienia, ale jeśli Bloober udałoby się zyskać wsparcie autorów pierwszych odsłon serii, może faktycznie Silent Hill od Polaków miałby rację bytu.

Nawet jeśli nie, to zawsze pozostaje przewijająca się w plotkach odsłona od japońskiego zespołu. Poza tym nikt nie mówi, że Bloober Team pracuje nad pełnoprawną kontynuacją lub rebootem. Możemy równie dobrze otrzymać spin-off. Jest też cień szanszy, że żaden Silent Hill od Bloober po prostu nie powstaje, a współpraca z Konami nie zagwarantuje Polakom dostępu do znanej marki.

Niemniej – znów zakładając, że Ciche Wzgórze powraca – trzymam kciuki, aby moje obawy okazały się niesłuszne. Bardzo chciałbym, aby Bloober przełamał swoją passę nieumiejętnego straszenia, zaskoczył wszystkich graczy i dostarczył nam fenomenalnego Silent Hilla. Piszę to nie tylko jako wielki fan horroru i klasyka Team Silent, ale też wierny kibic Bloober Team.

Rejestracja konta

Dołącz do grona użytkowników Planety Gracza

Chcesz brać udział w konkursach, wygrywać nagrody i wiedzieć o najnowszych premierach jako pierwszy? Zarejestruj się i dołącz do naszej społecznośći.
Rejestrując się, akceptujesz regulamin naszego serwisu

Masz już konto? Zaloguj się