Recenzja „Wojny konsolowe”. Dzisiejsze spory to dziecinada. Poznajcie największą batalię w dziejach gier

Czym są Wojny Konsolowe? Na pierwszy „rzut ucha” tytuł najnowszej powieści non-fiction Blake’a J. Harrisa brzmi jak komentarz aktualnej sytuacji na burzliwym froncie konsolowców XXI. wieku. Na szczęście tytuł jest nieco mylący. Na szczęście, bo jeśli chcemy zobaczyć, jak wygląda obecna wojenka psychofanów PlayStation oraz tych od Xboxa, wystarczy wejść na pierwsze lepsze forum dotyczące gier i nie potrzeba pisać o tym fenomenie żadnych książek.

Podtytuł Wojen konsolowych brzmi „Sega, Nintendo i batalia, która zdefiniowała pokolenie”. I właściwie dopiero podtytuł ten przybliża nam, o czym jest powieść, nie bez przyczyny okrzyknięta fascynującym thrillerem korporacyjnym, którego aby przeczytać nie trzeba być właściwie nawet zapalonym graczem. Bowiem historia game-devu jest tu jedynie tłem konfliktu, który sprawił, że gaming jest dziś dokładnie takim jakim jest.


Kiedy na początku lat 90. siedziałam wygodnie przed kineskopem telewizora, dzierżąc joystick od Atari 2600 i pocinając w Pitfall, Forggera i Pac Mana, psując sobie tym samym wzrok od najmłodszych lat, nie mogłam mieć bladego pojęcia, że za oceanem dzieją się rzeczy, które za kilka dekad doprowadzą do powstania klasyków takich jak Grand Theft Auto czy Call of Duty. Za wielką wodą na arenie game-devu rósł w siłę gracz o nazwie SEGA. Gracz, z którym niewielu się na początku liczyło, głównie za sprawą monopolu, który de facto trzymało w ręku Nintendo. Kiedy jednak Tom Kalinske – o którym mówiło się, że czego się nie dotknie, zamienia w złoto – dołączył do SEGI, wszystko miało przyjąć obrót o 180 stopni (na korzyść zarówno SEGI jak i gracza, gdyż jak wiadomo każdy monopol nie jest dla konsumenta korzystny).

Historie rozgrywające się w książce zilustrowane są również autentycznymi fotografiami ze zbiorów jej bohaterów.

Aż dziw bierze, że osoba Kalinskego nie jest znana tak dobrze, jak na to zasługuje. To on wyciągnął z dna firmę odpowiedzialną za lalki Barbie (i dlatego Twoja córka idzie dziś do szkoły z różowym plecakiem z Barbie na froncie, a Ty sam jeszcze niedawno bawiłeś się X-Manem), uratował przed upadkiem firmę produkującą resoraki Matchbox oraz odmienił los SEGI. Odmienił między innymi dzięki temu, że nie pozwolił, aby niebieski jeż Sonic szczerzył złowieszczo kły, a pod pazuchą trzymał gitarę elektryczną oraz pod drugą – pannę lekkich obyczajów (tak tak, taki był pierwowzór sympatycznego Sonica). Wojny konsolowe przez ponad 500 stron opisują korporacyjne przepychanki Toma właściwie ze wszystkim z czym się tylko da, aby uczynić SEGĘ wielką.

Sonic miał być bezpośrednią odpowiedzią SEGI na bezkonkurencyjnego dotąd Mario od Nintendo.

Początkowo bałam się, że Wojny konsolowe napisane będą w nudnym, reportażowym stylu, jednak już sama przedmowa rozwiała te obawy. Została ona poczyniona przez Setha Rogena i Evana Golberga – twórców m.in. serialu Preacher oraz filmu Supersamiec. Panowie w sposób przezabawny zapełniają karty wstępu, wspominając jak zaczynała się ich przygoda z grami. Wprowadza to czytelnika w niezwykły, melancholijny nastrój. Nastrój ten utrzymywać się będzie właściwie aż do samego końca, gdyż na każdym kroku zetkniemy się z tytułami nie tylko gier, ale także nazwami producentów i dystrybutorów, których dziś podziwiamy za ich wielkość, a nie mamy bladego pojęcia, że zaczynali od rzeczy tak małych, jak na przykład karty do gry (patrz Nintendo). Rogen i Goldberg ze łzą w oku wspominają, jak bardzo zawdzięczają SEDZE pojawienie się w grach mordowania i wyrywania kręgosłupów, jak przykładowo w Mortal Kombat. Dzięki temu Sub Zero stał się idolem ich dzieciństwa (i zapewne nie są w tym osamotnieni). Nie chodzi tu naturalnie o bezpośrednią zależność między SEGĄ a serią Mortal Kombat, bo za tytuł odpowiada zupełnie inna firma, jednak to SEGA zapoczątkowała „modę” na coraz odważniejsze zagrania w obrębie gier wideo.

Nie każdy wie, że karty do gry były w Japonii przez wiele lat zakazane. Nintendo wstrzeliło się w niszę właśnie wtedy, kiedy zakaz został zniesiony.

Wojny konsolowe to historia nieco ubarwiona i wesoła – pomimo ówczesnego tragizmu sytuacji SEGI. Powstała ze zlepku rozmów i wspomnień wielu źródeł. W związku z tym, że rzeczy opisane w książce działy się przed dwudziestoma laty, nie sposób było całej opowieści przedstawić z historycznym odwzorowaniem. Stąd przez powieść przewijają się opisy zdarzeń, które prawdopodobnie rozgrywały się nieco inaczej, a z wielu rozmów odbywających się tygodniami w różnych miejscach świata, skompresowano krótszy materiał. Jednak dzięki takim zabiegom, powieść nie nudzi i czyta się ją niczym starannie wysnutą fikcję. Aż dziw bierze, że życie mogło napisać tak fascynującą historię pełną zbiegów okoliczności, z bohaterem tak charyzmatycznym i pełnym pasji jakim jest Tom Kalinske. Wszystko to, chociaż niekiedy podbarwione tak, aby czytało się lepiej, zostaje wierne oryginalnemu przebiegowi głównych wydarzeń i zawiera ich esencję.

Razem z Tomem przeżyjemy największe wydarzenia z branży gier od podszewki. Dostrzeżemy potencjał gier wideo na tle nudnych, martwych w porównaniu z wirtualną rzeczywistością zabawek. Przeżyjemy załamanie rynku konsol spowodowane wkroczeniem komputerów osobistych, przyjrzymy się wielkiej roli marketingu w procesie sprzedaży marki oraz będziemy zastanawiać się, jak dalece można posunąć się przy tworzeniu gier, aby oburzenie społeczeństwa nie przekroczyło poziomu sprzedaży. Powrócimy do czasów konsol 8- oraz 16-bitowych, przeniesiemy się w czasie do momentów, w których twórcy zastanawiali się, czego pragną gracze i co zrobić, aby „grało się lepiej”.

Początkowa walka, która rozgrywała się między NES-em a Sega Master System/Sega Mega Drive, choć szeroko zakrojona, nie była początkiem konsolowych wojen. Sięgniemy pamięcią bohaterów znacznie dalej, do pierwszych przenośnych konsolek od Atari, których pomysł podpatrzyła później firma zabawkarska Mattel, a następnie Nintendo, które to w pełni skorzystało na tym patencie i w efekcie w pewnym momencie trzymało rękę na 90% rynku gier.

Kto nie lubił wyrywać kręgosłupów w Mortal Kombat, niech pierwszy rzuci kamień! Bez wątpienia SEGA przyczyniła się do powstawania gier drastyczniejszych i odważniejszych. W pewnym sensie wykreowała charakter dzisiejszego rynku gier.

Jakby nie wystarczająco trudno było przebić się przez świat Nintendo, Tom Kalinske, dyrektor kulejącego wciąż SEGA of America musiał również walczyć z własnym chlebodawcą. Firma-matka SEGI: SEGA of Japan, choć sama zaproponowała Tomowi pracę, wierząc że pomoże im on w wydrapaniu się z czarnej dziury, w efekcie często rzucała mu kłody pod nogi, jak w przypadku wspomnianej już historii Sonica. Różnice kulturowe znacznie utrudniały pracę Tomowi, walczył więc nie tylko z wrogiem na zewnątrz struktur SEGI, a także i z wrogiem w swoich własnych szeregach. Jak mu się to udało? Ano znakomicie. Jednak zanim świat gier przybrał dzisiejszy – myślę w pełni satysfakcjonujący kształt, musiało upłynąć wiele korporacyjnych terabajtów i stoczono niejedną korpo-wojenkę. I choć czytelnik wie, co przyniesie koniec książki, to wciąż czyta się ją z zapartym tchem, nie tylko ze względu na świetną tematykę i ukazane ciekawe wydarzenia, ale także ze względu na świetny styl autora, dzięki któremu czytelnik dosłownie pożera każdą następną stronę, nie mogąc się nasycić.

Serwis PlanetaGracza.pl jest patronem medialnym książki „Wojny konsolowe”.

Ewelina Stój

Ewelina Stój

Lubi szybkie auta i szybkie komputery. Mówią, że ma „techniczne zacięcie” objawiające się naprawami wszelkiego typu sprzętu komputerowego, zwłaszcza kolegom. Z blaszakiem i jego podzespołami trwa w nieformalnym związku od jedenastego roku życia, kiedy to uczestniczyła w pierwszym składaniu peceta. Przez długi czas zdradzała blaszaka z PlayStation One pocinając w Harvest Moon i Call of Duty (cóż za rozbieżność).

11 Shares
Share11
+1
Tweet