Recenzja Uncharted: Zaginione dziedzictwo. Odważny krok Naughty Dog

Deweloper nie pozwala nam zapomnieć o swojej flagowej serii, dostarczając samodzielny dodatek do Uncharted 4. Czy warto było na niego czekać?

W przypadku wielkich marek każda kolejna odsłona, co nie jest niczym nowym, wzbudza ogromne zainteresowanie, nawet jeśli mowa o pozornie „zwykłym” spin-offie. Nie inaczej jest z Uncharted, które po Złotej Otchłani dedykowanej PS Vicie, zostało rozbudowane następną, o wiele lepszą produkcją spoza głównej serii, jaką bez wątpienia jest Uncharted: Zaginione dziedzictwo. Ten samodzielny dodatek do świetnej czwartej części z 2016 roku umiejętnie uzupełnia jej wątki, rozbudowuje charakterystykę i tak nieźle przez nas znanych bohaterów oraz w żadnym momencie nie sili się na rewolucję, ponieważ jest ona zbędna. To po prostu gra ze sprawdzoną formułą Kresu Złodzieja, w której z miejsca można poczuć się jak w domu, no może poza jednym dość istotnym szczegółem, o którym z pewnością wiecie.


Tego Pana tutaj nie uświadczymy. Sorry Drake.

Bowiem w Uncharted: Zaginione dziedzictwo ani przez chwilę nie zobaczymy Nathana Drake’a. Główny bohater serii, któremu w polskiej wersji głosu dostarcza charyzmatyczny Jarosław Boberek, poszedł tym razem na zasłużony urlop, a jego miejsce zajęły dwie heroiny o dość odmiennych osobowościach, z którymi z resztą Nathan miał sporo wspólnego – to Chloe Frazer oraz Nadine Ross. Taka mieszanka okazała się udana do tego stopnia, że sam niespecjalnie tęskniłem za młodszym z braci Drake’ów. To tylko pokazuje, że Psiaki potrafią wydobyć ze swojej flagowej marki jeszcze sporo dobrego, nie zatracając jednocześnie charakterystycznego klimatu i samej jakości, która po raz kolejny stoi na najwyższym poziomie.

Tym razem dziewczyny wkraczają do akcji!

Wrzesień spędzamy w słonecznych Indiach

Najnowsza produkcja Naughty Dog rozgrywa się po spektakularnych wydarzeniach z Uncharted 4 i, w przeciwieństwie do tejże gry, rezygnuje z wypraw do różnych zakątków świata, skupiając się na mało eksplorowanych w grach wideo Indiach. W nich wcielamy się w piękną Chloe chcącą odnaleźć legendarny skarb Imperium Hojsala – złoty Kieł Ganesha poszukiwany przed laty przez jej nieżyjącego już ojca.

Panienka Chloe…

Do tego celu werbuje Nadine, którą zdążyliśmy dobrze poznać w poprzedniej odsłonie serii, gdzie nie odstępowała na krok Nathana i Sama. Nasz kobiecy tandem świetnie się uzupełnia. Chloe o nieco spokojnej i zrównoważonej osobowości bez przerwy ściera się ze spontaniczną Nadine, raz kłócąc się, a w innym momencie żartując z najbłahszych spraw. Przez całą grę zauważyć można rozkwit znajomości tych dwóch jakże odmiennych charakterów, która niejednokrotnie zostaje wystawiona na próbę…

… i jej towarzyszka Nadine.

Oczywiście w Uncharted nie mogło zabraknąć czarnego charakteru, którym został Asav – niepozornie wyglądający przywódca jednej z armii prowadzącej działania na terenie Indii. Antagonista bryluje w walce wręcz, nie mając sobie równych i głęboko wierzy w dziedzictwo krwi oraz przeznaczenie. Nie jest jednak tak charyzmatyczny, co Lazarević z Uncharted 2: Pośród Złodziei czy chociażby Rafa Adler z Uncharted 4: Kres Złodzieja i raczej szybko o nim zapomnicie.

Asav – antagonista ze średniej półki.

Wracając do miejsca akcji – jego niezwykły klimat poznajemy z różnych stron. Początkowo są to tereny miejskie o mocno orientalnej architekturze, pełne targowisk, rikszy, skuterów i masy drobiazgów, które już w pierwszych chwilach z grą budują fantastyczne tło dla fabuły. Choć początek Zaginionego dziedzictwa jest spokojny, a wręcz za spokojny, nadrabia właśnie otoczką samego miasta w stanie wojny. Noc, bezchmurne niebo, żołnierze na ulicach, a my przedzieramy się przez kolejne zakamarki, widząc przez okna rodziny bytujące w ciszy przy skromnych lampach. Jest w tym dużo głębi i uwierzcie – to jeden z fragmentów, które najbardziej zapadnie wam w pamięci po przejściu tej gry!

Miasto na pozór spokojne.

Później natomiast zapuszczamy się w zapomniane przez ludzkość miejsca, czyli do pozostałości Imperium Hojsalów, z okazałymi miastami, gargantuicznymi statuami hinduskich bóstw oraz gęstymi lasami pełnymi małp i słoni (możemy jednego uratować i się na nim przejechać!). W Uncharted 4 dużym powiewem świeżości był Madagaskar o otwartej strukturze, gdzie za kierownicą terenówki pochłanialiśmy kolejne połacie dzikich terenów, szukając tropu do skarbu Henry’ego Avery’ego. W Zaginionym dziedzictwie takim odpowiednikiem, w dodatku większym – warto dodać, są Ghaty Zachodnie. Znajduje się tam wiele świątyń, ukrytych znajdziek oraz tokenów, które można opcjonalnie zbierać, aby otworzyć pewien skarbiec.

Dla takich widoków warto grać!

Dla ułatwienia poszukiwań autorzy udostępnili mapę, na której widać nasze położenie, zaś Chloe zakreśla miejsca, gdzie odnaleźliśmy wspomniane tokeny. Trzeba podkreślić, że po raz kolejny pojawił się samochód z wyciągarką, która pełni w tej grze nieco inne zadanie. O ile w Uncharted 4 było wiele stromych, zabłoconych dróg, które pokonywaliśmy przywiązując linkę do drzew, tak w Zaginionym dziedzictwie ani razu nie było to konieczne. Wyciągarka służyła mi bowiem do… kruszenia rygli wrót. Pomysł fajny, choć zabrakło bardziej wymagających zmagań z terenem.

Jazda pełna przyjemności.

Znajome doznania

Trudno napisać coś odkrywczego o samej rozgrywce, która niemalże niczym nie różni się od Uncharted 4, zawierając jego dobrodziejstwa, ale i kilka dyskusyjnych rozwiązań. Po raz kolejny autorzy położyli nacisk na liniową, w większości gry, eksplorację i skakanie po najbardziej absurdalnych miejscach, przy których widoki zapierają dech w piersiach. Chloe oraz Nadine posiadają ponadprzeciętne umiejętności, radząc sobie w najbardziej patowych sytuacjach. Nie straszne im wspinaczki po kilkudziesięciometrowych posągach czy pościg za pociągiem w towarzystwie uzbrojonych wozów Asava. Jest momentami szybko i filmowo, choć dopiero gdzieś w połowie gry.

Takie akcje to dla Chloe chleb powszedni.

Walki z poplecznikami naszego wroga mogą przebiegać wedle naszych preferencji. Umieszczenie gęstych traw, gałęzi z możliwością zaczepu liny czy dodanie całego arsenału przeróżnych broni daje szerokie pole do popisu. Możemy po raz kolejny bawić się w cichego zabójcę lub dla przykładu rozpętać małą wojnę w klimatach Rambo, gdzie kule świszczą nam nad uszami a trup ściele się gęsto. Ciekawym urozmaiceniem rozgrywki jest dodanie skrzyń, które możemy otwierać spinką do włosów Chloe. Wygląda to podobnie jak w Skyrimie (otwieraniu towarzyszą wibracje), choć jest prościej. Czasem w skrzyniach znajdują się znajdźki, a czasem broń. W przypadku walki z opancerzonym pojazdem czy helikopterem musimy regularnie zaglądać do nich, aby zdobyć wyrzutnię RPG czy ładunki C4. Jest w tym sporo zabawy, bo towarzyszy nam presja spotkania wroga w każdym momencie, stąd warto dobrze wyczuć odpowiednią chwilę. W przerwach od wymiany ognia możemy szukać miejsc, gdzie Chloe zrobi zdjęcie swoim telefonem, które możemy w każdej chwili na nim zobaczyć.

Zagadki trzymają poziom i nie nudzą.

Mocną stroną poprzednich odsłon Uncharted były zagadki i tutaj jest podobnie. Jest całkiem sporo miejsc, gdzie musimy układać obrazki z okręgów. Przyjdzie nam również skakać po platformach, które wprowadzają w ruch kilkumetrowe posągi uzbrojonych wojowników, mogące z łatwością zabić naszą bohaterkę. Nasze czujne oczy sprawdzą też zagadki z ułożeniem cieni figur w odpowiednim ustawieniu czy klasyczne skorygowanie luster odbijających promienie światła. Niektóre zadania są stosunkowo proste, inne zaś wymagają skupienia i poświęcenia nawet kilkunastu minut! Po raz kolejny Naught Dog pokazało też klasę przy level designie lokacji. Rozmach, przywiązanie do detali i bajeczne krajobrazy towarzyszą nam od pierwszej do ostatniej minuty gry. Pod względem ścieżki audio jest tak samo wspaniale, co w Uncharted 4 i aż dziw bierze, że tak szybko udało się to wszystko stworzyć. Szacun!

Jesteście ciekawi, co znajduje się w środku?

Tak jak wspomniałem, Zaginione dziedzictwo powtórzyło kilka błędów z Uncharted 4. Pierwszy rzucający się w oczy przykład to nasza towarzyszka, która jest niewidoczna dla wrogich żołnierzy. Potrafi przechodzić im koło nosa nie wzbudzając żadnych podejrzeń. Strasznie to sztuczne i naciągane. SI wysłanników Asava ma natomiast dobre i złe momenty. Pozytywnym aspektem jest ich reagowanie na wydarzenia, gdzie przeważnie jesteśmy atakowani od kilku stron, aby mieć jak najtrudniej w walce. Średnio natomiast wygląda to, jak potrafią nas zauważyć. Mimo że przez chwilę jesteśmy widoczni w całej okazałości, potrafią mieć wątpliwości, gdy nie zapełnił się na czas specjalny pasek wykrywalności. Rozumiem, że takie są założenia gry, ale Naught Dog powinno w przyszłości zwrócić na ten detal większą uwagę, aby rozgrywka nie zawierała tak naiwnych momentów.

Na uwagę zasługują dodatki, które możemy odblokować za zgromadzone punkty. Autorzy udostępnili nam do zakupu różne skórki dla naszych postaci, galerię z bohaterami i pojazdami, czy filtry, dzięki którym możemy grać w sepii, cel-shadingu czy w morzu pikselów w klimatach 8-bitów. Są również modyfikacje do gry, takie jak zmniejszona grawitacja, nieskończona amunicja czy zwolniony/przyspieszony czas, stąd warto osobiście przetestować takie smaczki. Oprócz tego w Zaginionym dziedzictwie dostępny jest multiplayer, w którym dochodzi tryb Survival arena i Przetrwanie. Jeśli ktoś poznał zabawę sieciową w Uncharted 4, tutaj nic tak naprawdę go nie zaskoczy.

Naughty Dog spisało się niemal wzorowo!

Brać i grać?

Uncharted: Zaginione dziedzictwo w świetny sposób odnosi się do wydarzeń jednej z najlepszych gier 2016 roku, zarówno pod względem rozgrywki, jak i kunsztu grafików z Naughty Dog. Jest to zarówno dar, jak i przekleństwo tej gry, ponieważ przechodząc każdy kolejny rozdział nic, poza niezłą fabułą starczającą na około 9-10 godzin, nas nie zaskakuje. Nie zrozumcie mnie źle – to świetna gra, w dodatku kosztująca tylko 149 zł, jednak nie wywołuje już efektu „wow” i nie zapada w pamięci tak, jak często przytaczane przeze mnie Uncharted 4. Naughty Dog mimo wszystko należą się słowa uznania za odwagę i postawienie na Chloe oraz Nadine, których przygody poznaje się z czystą przyjemnością. Uncharted: Zaginione dziedzictwo to tylko (albo aż) kawał solidnej roboty i przykład, jak tworzyć udane spin-off’y. Mimo sporej odtwórczości gra jest jak najbardziej warta przejścia, tym bardziej, że fani serii znajdą tam wiele smaczków i będą po prostu dobrze się bawić. Reszta zaś powinna w pierwszej kolejności nadrobić Uncharted 4 i dopiero później brać się za dziewczyny.

PLUSY:

  • kobiecy duet
  • graficzny majstersztyk
  • klimat Indii
  • rozmach nie mniejszy, niż w Uncharted 4
  • dodatki

MINUSY:

  • spora odtwórczość

OCENA: 4/5

Recenzja Uncharted: Zaginione dziedzictwo – screeny pochodzą od redakcji.

Łukasz Kędzierski

Łukasz Kędzierski

Fan twórczości H.P Lovecrafta i Michaela Crichtona, lubiący ponadto popkulturę lat 80 i 90. W wolnych chwilach wielki kibic Juventusu F.C i miłośnik power metalu. Ubóstwia filmowego Batmana Tima Burtona i komiksowego od Douga Moencha. Entuzjasta gier wszelakich, w których ceni przede wszystkim pomysł i grywalność. Wychowany na Pegasusie, PlayStation i GameBoy’u Advance.

41 Shares
Share41
+1
Tweet