Recenzja South Park: The Fractured But Whole – Pierdzący Mściciel powraca

South Park jest jednym z tych amerykańskich wytworów popkultury, które albo się kocha, albo nienawidzi. Ten specyficzny, obleśny, absurdalny, rasistowski, ordynarny i prześmiewczy świat potrafi zniesmaczyć nawet kogoś, kto myślał, że nic go już nie zaskoczy.

Kreskówkowi trzecioklasiści z Cartmanem na czele, trzymają najwyższy poziom bezceremonialności bez znaczenia, czy oglądamy serial/ film, lub gramy w tytuł rozgrywający się w tym wyjątkowym uniwersum. Jeśli urzekł Was Kijek Prawdy, mający premierę 3 lata temu, z całą pewnością nie zawiedzie się na TheFractured But Whole. Mimo że tym razem za produkcję zabrało się wewnętrzne studio Ubisoftu, to pozostało ono wierne tradycji poprzedników z Obsidian Entertainment i ściśle współpracowało z Treyem Parkerem i Mattem Stone. Na dobrą sprawę nowy tytuł jest niemal nieodróżnialny mechanicznie od poprzednika i przypomina raczej DLC. Ale wbrew pozorom jest to zaleta gry. Ubistoft na długo przed premierą zapewniał, że The Fractured But Whole będzie najśmieszniejszą grą wszech czasów. Jeśli ktoś uważa upadek wzorców, wszędobylskie, mocarne pierdy i zerowy poziom moralności za zabawne, to śmiechu będzie faktycznie cała… kupa.


Koniec z normalnością za 3…2…1…

Pora na superbohaterów!

Charakter rozgrywki nie zmienił się w porównaniu do Kijka Prawdy, poza kilkoma drobnostkami. Wciąż jest to turowe RPG z widokiem 2D, identycznym zresztą jak w kreskówce. Jednak teraz, zamiast nabijania się z wszędobylskiego przed kilku laty fantasy, zamienimy obiekt drwin na superherosów.

Akcja ma miejsce bezpośrednio po wydarzeniach z Kijka Prawdy, a gracz po raz kolejny wciela się w postać Nowego – dzieciaka, który w tajemniczych okolicznościach pojawił się w South Park. Czy Nowy zjedna sobie przyjaciół wśród innych trzecioklasistów? I w jaki sposób bawiąc się w niewinne przebieranki wpakuje się z mafijne porachunki? Wszystko stanie się jasne w trakcie rozwoju fabuły. Przy nowym South Parku spędzimy ponad 20 godzin. Jest więc znacznie dłuższy od Kijka Prawdy, którego przechodzenie zajęło mi około 16 godzinek.

Netflix, milion dolców i serialowy prequel

Kiedy urwisom (jakiż to eufemizm zważywszy na osobowości bohaterów) z South Park znudziło się odgrywanie ról magów i innych fantastycznych postaci, przyszła pora na bycie superbohaterami. Ale tym razem zamiarem Cartmana i spółki była nie tylko zabawa, ale i stworzenie serii pod flagą Netflixu o tytule Szop i Przyjaciele (Coon & Friends). Aby jednak to się udało, dzieciaki muszą zdobyć milion dolarów. Ich szansą jest odnalezienie zaginionych w miasteczku kotów, za które znalazca dostanie właśnie tę magiczną sumę. Niestety, w trakcie planowania przyszłości serii Szop i Przyjaciele, w grupie dochodzi do rozłamu. Połowa bohaterów gardzi Cartmanem i zrzeszają się w swojej własnej grupie, nadając jej nazwę Kumple Wolności (Freedom Pals). Gdyby ktoś zastanawiał się jeszcze nad znaczeniem tytułu gry, to właśnie w tym momencie wszystko powinno się wyjaśnić. The Fracture But Whole miało przybrać docelowo polski tytuł: Podzieleni ale zRzyci, który moim zdaniem doskonale oddawałby sens i dwuznaczność angielskiej wersji, gdzie już tylko częściej od słowa butthole występuje słowo douchebag.

Kiedy wśród przyjaciół dochodzi do rozłamu… trzeba ich wykończyć!

Grę jako Nowy zaczynamy w momencie po podzieleniu grupy, a całej historii sprzed rozłamu możemy dowiedzieć się oglądając odcinek specjalny serialu, który jest prequelem do The Fractured But Whole. Odnośnik do odcinka znajdziemy w menu głównym gry.

Grubsza sprawa

Tym razem Nowy (bądź Nowa w zależności od przybranej płci), będzie od samego początku traktowany honorowo, ze względu na swoje wyjątkowe moce. Nowy jest naprawdę świetny w walce. Prócz głównej (do pewnego momentu) misji odzyskania zaginionych kotów, Nowy dostał zlecenie od Cartmana, aby uzbierać jak największą ilość obserwujących na SZOPstagramie. Zdobywamy ich, zapraszając postaci, aby zrobiły sobie z nami selfie. Nie od razu wszyscy się na nie godzą, gdyż nie jesteśmy aktualnie wystarczająco popularni, albo musimy najpierw wykonać dla nich jakąś misję.

Słitfocia z Morganem zawsze na propsie!

Poruszając się po miasteczku do dyspozycji dostajemy mapkę, na której widać aktywne misje, zarówno te główne jak i poboczne. Początkowo musimy cały ten teren przebyć na pieszo, jednak co kawałek odkrywamy stacje szybkiej podróży, dzięki którym nie trzeba już biegać z jednego końca mapy na drugi. Wykonując misje, odblokowujemy nowych kumpli, którzy później pomagają nam w walce z przeciwnikami. Na raz do walki stają 4 osoby, które możemy wymienić bezpośrednio przed starciami. Misje, w których zdobywamy przyjaciół, są wyjątkowo idiotyczne. W innych tytułach działania takie by nie przeszły, ale to jest South Park, więc wiele się mu wybacza.

Na mapie mamy wszelkie dostępne wskazówki dotyczące misji.

Równolegle dzieje się kilka innych zwariowanych historii. Mianowicie w mieście czai się niezależnie działający Profesor Chaos (Butters), który uważa, że plan Cartmana na serię niczym Suicide Squad – parafrazując – ssie. Gdy zabrniemy dalej w fabułę okaże się, że ginące koty to wierzchołek góry lodowej, a w historię zamieszana jest m.in. rosyjska mafia i… Szóstoklasiści, przed którymi drży nawet sama rosyjska mafia. Kiedy okazuje się, że nikomu nie można już ufać, Cartman posyła Nowego na przeszpiegi. Nowy przybywa więc do siedziby Kumpli Wolności usiłując przekonać ich, że nie chce już dłużej walczyć w szeregach Szopa i Przyjaciół. Jak to się skończy i czy chłopakom uda się zjednoczyć do walki ze wspólnym zagrożeniem, chcącym po raz kolejny zniszczyć miasteczko South Park? Dowiecie się gdy zagracie, a gdy już zagracie, to z pewnością nie pożałujecie.

Nie ujęłabym tego lepiej niż sam Szop!

Głównym bohaterem być

Wszystko tym razem zależy od nas. O ile w pierwszej odsłonie gier z logiem South Park mogliśmy jedynie zarządzać strojem Nowego, o tyle teraz możemy ingerować w więcej cech jego osobowości. I tak już na samym początku gry określimy poziom trudności, poprzez wybór koloru naszej skóry. Czym ciemniejsza tym trudniej – w imię zasady, że czarnoskóry w serialach zawsze umiera pierwszy. Takie rozwiązanie nie powinno zaszokować fana South Parku. Nietrudno zauważyć, że kreator postaci od strony wizualnej jest bardziej rozbudowany niż choćby w Simsach. TFBW oferuje mnóstwo fryzur bądź ubrań, których ilość w trakcie gry dodatkowo wzrasta. Możemy choćby kupić nowe dodatki w rozmieszczonych po miasteczku sklepikach, znaleźć je poukrywane w skrzyniach lub zdobyć na nie przepis, by potem móc stworzyć je samemu.

Kto nigdy nie marzył o takim super-hełmie superbohatera?

Crafting jest tu ważnym elementem gry i świetnie odwzorowuje dobre produkcje RPG, gdzie trzeba się nakombinować oraz nazbierać wszelkich śmieci. Tworzyć możemy artefakty wzmacniające nasze moce, przedmioty kluczowe do ukończenia misji, stroje oraz przedmioty potrzebne do dalszego craftingu.

W miarę, jak wykonując zadania fabularne oraz poboczne awansujemy postać, możemy wybierać jej klasy bohaterów oraz przypisywać artefakty zwiększające określone umiejętności. Rozmyślne rozwijanie postaci jest mocno opłacalne i nie zostało zrobione tylko dlatego, żeby gra wyglądała jak RPG. The Fractured But Whole JEST naprawdę dobrym RPG. Podczas instalowania gry spostrzegłam, że plik instalacyjny ma 30 GB. Zastanawiałam się, co u licha zajmuje tyle miejsca? Teraz mogę powiedzieć – gra jest mocno rozbudowana pod wieloma względami.

Opcje, jakie oferuje nasza komórka.

Rozbudowana jest także kwestia zjawiska gender. Nowy co jakiś czas zapraszany jest do szkolnego pedagoga, z którym urządza sobie pogadanki (a raczej monologi psychologa, gdyż Nowy jest niemową), na temat seksualności. W trakcie tych pogadanek ustalamy, jaką z trzech płci mamy od urodzenia, z jaką się utożsamiamy, jakie mamy skłonności, a także jakiej rasy jesteśmy. Za każdym razem Mr. Mackey ostrzegać nas będzie, że świat jest pełen zła i za nasze poglądy niejednokrotnie zostaniemy wyśmiani, a nawet doświadczymy przemocy fizycznej. I tak faktycznie jest, bo w South Park dostać możemy za wszystko. Zza rogów napadają nas hordy Ninja, Wieśniacy, Księża pedofile czy też Szóstoklasiści – jest się z kim bić. Jednym z niewielkich, ale znaczących ulepszeń jakie pojawiły się w nowym South Parku, jest możliwość (ograniczonego) poruszania się postaci w czasie walki. Dotąd bohater stał i rzucał mocami z jednego punktu. Teraz jest o wiele ciekawiej, a przy tym nieco trudniej. Zanim jednak uderzymy z kimś w pięści, warto na niego… napierdzieć. Tym sposobem już na starcie zyskujemy przewagę, gdyż w trakcie walki turowej przeciwnik będzie osłabiony choćby wymiotowaniem. South Park w pełnej krasie.

Człowiek-Komar kosi przeciwników z prędkością światła.

Pierdkour i inne supermoce

Chociaż w Kijku Prawdy nieco bardziej śmiałam się ze wszystkich tych wymyślnych nazw, jak choćby z mocy Prukoczar, to w The Fractured But Whole wypadły one nieco słabiej. Mimo to, South Park wciąż oferuje ciekawe moce takie jak wykręcanie sutów, obrzucanie fiolkami na szczyny, a także pierd na tyle potężny, że może cofać czas, pozbawiając przeciwnika jednej tury (tej umiejętności nauczy nas sam Morgan Freeman). Znajdźki mają również swój urok, zwłaszcza jeśli znajdziemy Paczkę sosu sojowego z glutenem lub Przewodnik dla chóru pod tytułem Gejowskie zabawy z dziećmi. Jednak każdy ma swoje granice nawet głupiego poczucia humoru i South Park w pewnym momencie potrafiło mnie konkretnie zdegustować. Ale hej, to w końcu South Park i niczego innego (delikatniejszego) nie można było się po nim spodziewać! Jakby nie było, podczas grania pobiłam własny rekord Facepalmów na minutę.

Kwestią, która została mocno dopracowana, jest rodzaj superbohaterów. Mamy więc Człowieka-Komara, którego mocą jest Gorączka Zika. Spotkamy jąkającego się, niepełnosprawnego Człowieka-Błyskawicę, który jest niespotykanie szybki. Człowiek-Latawiec pomoże nam w naszych szalonych akrobacjach Pierdkouru, a Człowiek-Cukrzyca to już po prostu bajka. Wystarczy, że zje odrobinę za dużo słodyczy i zamienia się w prawdziwego Hulka. Nasz charakter również ma do wyboru kilka ścieżek mocy. Pędziwiatr, Brutal, Blaster czy Gadżeciaż to tylko kilka z nich i każdy ma swoje unikatowe moce, pomagające w walkach. Ale nie zawsze siła jest tym, co pozwoli nam wygrać. Przyda się nam też prędkość, zwłaszcza, gdy goni nas ważąca 300 kg prostytutka, starająca się zgnieść nas pewną nieszlachetną częścią ciała.

A do jakiej frakcji należysz Ty?

Poziom absurdu niskich lotów

The Fractured But Whole jest najprościej mówiąc złe. Złe w tym dobrym znaczeniu. Nabija się z wojenki pomiędzy Marvelem a DC Comics. Nabija się mocy superbohaterów, z ludzkich przywar, z ludzkich ułomności, z tego, że przyszło nam żyć w czasach, w których strach przyznać się do bycia białym, heteroseksualnym mężczyzną. Robi więc to, co potrafi najlepiej – nabija się.

Marka South Park ma już 20 lat i aż dziw bierze, że pomimo tak wielu lat wciąż trzyma poziom bawiąc i przede wszystkim szokując. Wyjątkowe jest też to, że cała ta otoczka bezpruderyjności skrywa w sobie głębszy przekaz (no, może nie aż tak głęboki) dotyczący naszej codzienności na przestrzeni lat. Trafnie uderza w największe bolączki społeczeństwa i choć często używa tych samych, wyświechtanych sposobów na rozśmieszenie widza oraz gracza, to wciąż mu się udaje. The Fractured But Whole to wielogodzinna przygoda na pograniczu normalności i bliżej niesprecyzowanej choroby psychicznej, która zachwyci każdego degenerata. I kilku normalnych graczy z pewnością też.

South Park to też śmiech przez łzy. Ale ciągle śmiech!

PLUSY:

+ 100% southparkowości – powoduje łzy radości wywołane rubasznym humorem
+ w walkach liczy się teraz także strategia
+ dopracowana charakterystyka superbohaterów
+ planowane DLC
+ minigry niewymagające posiadania mózgu
+ czas rozgrywki
+ starcia są coraz ciekawsze wraz ze wzrostem mocy bohaterów…

MINUSY:

– …jednak wydaje się, że jest ich za dużo
– w niektórych miejscach naprawdę niesmaczna
– to, że musiała się kiedyś skończyć

OCENA: 5/5

Recenzja South Park: The Fractured But Whole powstała w oparciu o wersję tytułu na PC. Screeny pochodzą od redakcji.

Ewelina Stój

Ewelina Stój

Lubi szybkie auta i szybkie komputery. Mówią, że ma „techniczne zacięcie” objawiające się naprawami wszelkiego typu sprzętu komputerowego, zwłaszcza kolegom. Z blaszakiem i jego podzespołami trwa w nieformalnym związku od jedenastego roku życia, kiedy to uczestniczyła w pierwszym składaniu peceta. Przez długi czas zdradzała blaszaka z PlayStation One pocinając w Harvest Moon i Call of Duty (cóż za rozbieżność).

44 Shares
Share44
+1
Tweet