Recenzja Ori and the Blind Forest. „Indyk” najlepszą grą roku?

Przyszykujcie się na tonę zachwytów, ochów i achów. Lecz w tym przypadku inaczej się nie da.

Pytanie zadane w tytule jest oczywiście prowokacją do dyskusji. Czy potrzeba milionów dolarów, by zrobić grę, która jest niemal arcydziełem, pochłaniającym do reszty nasze zmysły, wzruszającym i oszałamiającym do tego stopnia, że chcemy więcej i więcej, zapominając o całym świecie?

Można. Jeśli nie wierzycie, zagrajcie w Ori and the Blind Forest.

To tytuł niezależnego studia Moon, które pod skrzydłami Microsoftu (wydawca) pokazało światu, że nie musimy oglądać trójwymiarowej grafiki, realistycznych twarzy oraz kinowych efektów specjalnych, by zatrzymać się przy monitorze/TV na dłużej niż przysłowiowe dziesięć minut.

Tyle właśnie chciałem poświęcić temu tytułowi tuż po instalacji, by w wolnej chwili powrócić do zabawy i przetestować wszystko jak należy. Niestety (a może całe szczęście, bo na takie coś od dawna czekałem!), siła Ori and the Blind Forest zmusiła mnie do pozostania w przepięknym baśniowym świecie przez kilka kolejnych godzin i gdyby nie późna pora, łyknąłbym cały produkt na raz. Tak skończyło się na dwóch niezapomnianych wieczorach. Zapytacie – czym się tak podniecać? Lecimy z wyjaśnieniami.

Widzieliście lepszy opening?

Włączając Ori and the Blind Forest wiedziałem mniej więcej tyle, że mam do czynienia z kolejną platformówką pokroju Rayman Legends czy starych dobrych Metroid’ów. W pewnym sensie nie myliłem się. Tytuł studia Moon jest bajkowy jak Rayman, a z Metroid’a czerpie garściami, jeśli chodzi o mechanikę rozgrywki. Ale o tym nieco później.

Ori and the Blind Forest – premierowy zwiastun

Pierwsze, co bije w oczy oraz w uszy, to kapitalna oprawa tej niezależnej gry. Grafika oraz muzyka wypadają wprost genialnie. Soczystość barw wylewa się z ekranu. Ręcznie rysowane tła, które są oczywiście wielopoziomowe i szczodrze animowane, to małe arcydzieło. Dochodzi do tego przejmująca, orkiestrowa muzyka – wierzcie mi, jeszcze długo po zakończeniu rozgrywki jej nie zapomnicie.

Recenzja-Ori-and-the-Blind-Forest
To przez tego ptaszka to całe zamieszanie.

Zatem pierwszy kontakt z grą jak najbardziej na plus. Jednak prawdziwą potęgę Ori and the Blind Forest poznacie dopiero po pierwszym kwadransie w tajemniczym lesie zwanym Nibel. Tytuł nie zawiera klasycznego intra, wprowadzającego nas w fabułę. Zamiast biernego oglądania filmiku we wszystkim bierzemy udział.

Poznajemy wówczas naszego bohatera, którym jest mały duch lasu imieniem Ori. Zagubiony wśród potężnych drzew zostaje pewnego dnia odnaleziony przez istotę, która przypomina wielką niedźwiedzicę. Stworzenie wychowuje duszka jak własne dziecko, do czasu, aż wydarzy się tragedia. Las zaczyna umierać, a Ori traci dosłownie wszystko. Tak rozpoczyna się przygoda, podczas której znajdziemy swoją tożsamość oraz uratujemy Nibel przed ostateczną zagładą.

Opening trwa kilkanaście minut i po jego zakończeniu czułem się, jakbym siedział w kinie na filmie roku. Nie chodzi o to, że fabuła Ori and the Blind Forest rzuca na kolana. Wcale nie jest jakaś szczególnie wyjątkowa. Wyjątkowy jest natomiast sposób, w jaki ją zaprezentowano. Naprawdę wzruszająco i efektownie podany początek historii. Jeśli dodatkowo jesteście fanami anime pokroju Księżniczka Mononoke, powinniście być w siódmym niebie.

A później jest tylko lepiej…

W końcu zaczynamy właściwą rozgrywkę. Sterowanie możemy dostosować do własnych potrzeb (klawiatura, klawiatura+myszka, pad), więc każdy znajdzie dla siebie najlepsze rozwiązanie.

Ori porusza się bardzo zwinnie i czujemy, że mamy nad nim pełną kontrolę. Na początku nasz duszek nie dysponuje wieloma możliwościami. Może po prostu skakać i biegać jak szalony po kolorowych planszach. Mechanika rozgrywki przypomina wspomnianego Metroid’a. Twórcy nie silili się w tej kwestii na jakąś oryginalność, lecz dopracowali znane już szablony. Poruszamy się zatem w środowisku 2D, początkowo mamy dostęp do niewielu miejsc na mapie, lecz z czasem poznajemy nowe umiejętności, które pozwalają na coraz to większą eksplorację świata.

Ori szybko uczy się wspinania po ścianach, podwójnego skoku, pływania itd. Nie będę zdradzał za wiele. Możemy oczywiście unieszkodliwiać wrogów. Wraz z mrokiem, który zawisł nad lasem Nibel, pojawiły się nieprzyjazne stwory, jak pająki, żaby i inne paskudztwa, które chcą nas dopaść.

Oprócz poznawania nowych umiejętności będziemy rozwijać naszą postać. Z pokonywanych przeciwników wysypują się kuleczki doświadczenia. Jeśli zbierzemy wystarczającą ilość takich perełek, możemy ładować zdobyte punkty w jedno z trzech drzewek rozwoju. Stajemy się przez to wytrzymalsi, nasze ataki skuteczniejsze, a Ori jeszcze sprawniej porusza się po wielkim lesie.

Twórcy w doskonały sposób rozwiązali sprawę z zapisywaniem stanu gry. Możemy to zrobić praktycznie wszędzie, lecz pod warunkiem, że posiadamy niebieską kulę energii (często znajdujemy je podczas podróży). Save’a nie stworzymy jedynie w miejscu, które jest strefą niebezpieczną, czyli znajdujemy się zbyt blisko wrogów. Stan gry zapisuje się dodatkowo automatycznie przed każdym bossem, co również jest dobrym rozwiązaniem.

Muzykę nagrano przy udziale prawdziwej orkiestry

Ori and the Blind Forest nie jest grą łatwą, dlatego wspominam o systemie save’ów. Pojedynczy przeciwnik oczywiście nam nie podskoczy, lecz bossowie to już inna bajka. Przy czym walki z nimi są zorganizowane naprawdę pomysłowo i przy kolejnych musimy korzystać z nowo poznawanych umiejętności.

Gra od początku do końca trzyma w napięciu i niejednokrotnie podnosi ciśnienie. Nie dlatego, że jest przesadnie trudna (w żadnym razie nie wywołuje frustracji), lecz z powodu świetnie dawkowanych emocji i odkrywanej stopniowo historii. Skończenie tej leśnej przygody zajęło mi niecałe 9 godzin, podczas których ani razu nie poczułem, że tracę czas na zwykłego indyka. Choć prawdę mówiąc, Ori and the Blind Forest do typowych indie nie należy – przypominam, że projekt został wsparty przez sam Microsoft.

I co z tym fantem zrobić?

Nic, tylko grać. Studio Moon stworzyło naprawdę coś pięknego, o czym na pewno długo nie zapomnimy. Mimo że tytuł kopiuje w pewnym stopniu styl rozgrywki zwany jako metroidvania, nie powinniście marudzić, że wydaliście kasę na marne. Jeśli jesteście fanami platformówek i niestraszne Wam trudne wyzwania, bierzcie bez zastanowienia.

A minusy? Jakie minusy? Nic takiego w Ori and the Blind Forest nie znalazłem. Dla mnie to póki co najlepsza gra niezależna tego roku i kto wie, czy już na tym podium nie zostanie. Czas pokaże…

PLUSY:

  • Gra na emocjach
  • Muzyka oraz grafika wgniatają w fotel
  • Baśniowy i przepiękny świat
  • Ciężko się oderwać, dopóki nie dotrzesz do końca
  • System zapisów stanu gry

MINUSY:

  • Nie istnieją, lecz jeśli nie lubisz trudnych gier, możesz się sparzyć

Recenzja Ori and the Blind Forest powstała w oparciu o wersję gry na PC. Tytuł jest dostępny również na konsolę Xbox One.

Darek Madejski

Darek Madejski

Wychowany na Amidze i pierwszej odsłonie PlayStation. Do dziś często sięga po hity z lat 90.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Chronimy się przed spamem, dlatego prosimy, rozwiąż captcha zanim klikniesz WYŚLIJ:

6 Shares
Share6
+1
Tweet