Recenzja Life is Strange: Before the Storm – epizod 2. Dramat na każdym kroku

Fenomen Life is Strange trwa i nie wróżę mu rychłej śmierci. Ponad trzy miliony sprzedanych kopii pierwszej części od DONTNOD Entertainment mówią same za siebie i nie trzeba być wizjonerem, aby mieć pewność, że Before the Storm podzieli ten sukces. Recenzje krytyków, dotyczące pierwszego epizodu, były przytłaczająco dobre, choć mi osobiście bardziej przypadł do gustu hit, w którym to Max grała główną rolę. Mam nadzieję, że twórcy wyczują moment, kiedy trzeba będzie dać odejść marce tak, aby została legendą, a nie tasiemcem wyciągającym kasę z naszych kieszeni.

Czy drugi epizod – nazwany Brave New World – utrzymał poziom poprzedniego? Cóż, mimo że akcja jest nieco bardziej rozwleczona (odcinek jest dłuższy, bo trwa 4,5 godziny), to ostatecznie muszę przyznać, że nie wpłynęło to znacznie na spadek akcji. Nowy part zachowuję tę samą dynamikę fabularną. To znaczy, o ile początkowo bywa sielsko i anielsko, to napięcie narasta, aby finalnie po raz kolejny zostawić gracza z cliffhangerem dającym do myślenia. Taka jest już chyba taktyka twórców – prosta, ale skuteczna.


Drugi odcinek wita nas rozmową u dyrektora Blackwell Academy. Dyrektor Wells wezwał do siebie Chloe oraz Rachel wraz z rodzicami obu nastolatek. Powodem była ich ostatnia ucieczka ze szkoły. Uprzedzony Wells zamierzał za wszystko oskarżyć Chloe, jednak niespodziewanie Amber zdecydowała się wziąć winę na siebie. Plan był nawet dobry, lecz życie Chloe to ciąg niefortunnych zdarzeń (i fakt, że nie potrafi trzymać języka za zębami), więc ostatecznie dziewczyna nie wyszła z biura dyrektora szczęśliwa.

Chloe zostaje wyrzucona, ale Amber też się oberwało.

I może wszystko skończyłoby się nie najgorzej, gdyby do głosu nie doszedł znienawidzony ojczym Chloe, który przepełnił czarę goryczy i wpłynął na decyzję młodej Price, która wylądowała na złomowisku samochodów. I to będzie chyba najnudniejszy moment, w którym musimy po prostu odnaleźć porozrzucane części, które pozwolą nam doprowadzić rdzewiejącego Pick-upa do porządku, a może nawet do odpalenia i posłużenia jako element do ucieczki z Arcadia Bay?

Car mechanic simulator. Wersja dla nastolatek.

Przypadkowej znajomości ciąg dalszy

Godziny w Before the Storm upłyną nam na byciu świadkiem, a także i uczestnikiem wielu dramatycznych wydarzeń. W grę wejdą porachunki dilerów, zdrady małżeńskie, znęcanie się nad dziećmi i wiele innych – chciałoby się powiedzieć – problemów dnia codziennego. Twórcy Life is Strange potrafią jednak tak to wszystko poskładać, że graczowi robi się nawet zaskakująco smutniej niż powinno. Za wszystko odpowiada cholernie dobrze przemyślana kwestia immersji. Myślą przewodnią tego odcinka jest miłość, która z definicji wszystko powinna zwyciężyć. Jest to też zarazem głupia i szczeniacka wiara, że wystarczy uciec od problemów, aby odnaleźć ulgę. Może to i opcja dość romantyczna, ale mało praktyczna. Amber wciąż namawia Chloe, aby razem zwiały z Arcadia Bay, nawet dobrodusznie pozwala jej wybrać miejsce przeznaczenia. Będąc przy temacie Amber – niestety wszystko to, co poprzednio dawało nam do myślenia na temat umiejętności paranormalnych dziewczyny, w tym epizodzie jakby ucicha. Owszem, kruki wciąż latają nad naszymi głowami, a w tle płonie las za Arcadia Bay, ale poza tym niczego więcej nie dostaniemy. Budzi to nadzieję, że trzeci, ostatni odcinek będzie naprawdę bogaty w treść i emocje.

Złomowisko z lotu kruka.

Epizod drugi nie wywołał we mnie łez, mimo że był smutny. Wywołał paradoksalnie wybuchy śmiechu. Bardzo przyjemnie było patrzeć na to, jak harda i niezłomna Chloe staje się delikatną i podporządkowaną dziewczyną, a to wszystko za sprawą Amber. Najlepiej związek ten zobrazowałoby przysłowie „trafiła kosa na kamień”. Grymasy Price, gdy ta walczy ze swoim wewnętrznym ja z jednej strony i z nowym uczuciem z drugiej strony, są prześwietne. A moment, gdy zostanie wplątana w pewną niekomfortową sytuację i to, jak z niej wybrnie, sprawił, że moja sympatia do Chloe wzrosła.

Ta chwila, kiedy uświadamiasz sobie, jak bardzo dasz się upokorzyć dla miłości.

Pod kątem technicznym muszę przyznać, że wciąż największą bolączką tytułu jest brak synchronizacji usta-dźwięk, a także beznamiętny niekiedy głos Amber, która w obecnej odsłonie, ma o wiele więcej linii do wygłoszenia. Na plus (przynajmniej dla mnie) jest to, że mimo trwającej wciąż przewagi dialogów nad pozostałą zawartością gry, tym razem postawiono bardziej na rozwiązywanie zagadek. Nie są oczywiście trudne (Life is Strange nigdy takich nie miało, prócz ucieczki przed Jeffersonem), jednak są one wielopoziomowe. Musimy się gdzieś włamać, ale nie mamy kluczy, klucze ma ktoś, ale stoi i się gapi… Takie tam niewyrafinowane przeszkody do ominięcia.

Znów posługiwać się będziemy backtalkiem, który coraz bardziej mi się podoba.

Czy coś nas jeszcze zaskoczy?

Co do wyborów moralnych w grach, już jakiś czas temu przestałam wierzyć, że coś wciśnie mnie w fotel tak, jak pierwsze odcinki The Walking Dead od Telltale. To były decyzje, które wymagały wstania od monitora, pokręcenia się po mieszkaniu, wyrwania sobie połowy włosów z głowy, powrotu przed monitor i dalszego braku decyzji. Twórcy robią co mogą, aby zadowolić wybrednych jak ja graczy, którzy niejedno już widzieli i wiele decyzji musieli podjąć (w Tyranny zabijało się dzieci, więc jaka decyzja może być gorsza do podjęcia?). Muszę jednak przyznać, że ten odcinek pozytywnie mnie w tej kwestii zaskoczył. Nie spodziewałam się mindblowu, jednak kilka razy musiałam zastanowić się, co faktycznie będzie dobrym wyborem i miałam przy tym wrażenie, że mój wybór faktycznie coś zmieni.

Mindblow sprawił jednak powrót do tej łazienki, gdzie wszystko dopiero się zacznie.

Brave New World wrzuca do worka wszystko co najgorsze na tym świecie i próbuje pokazać, jak poradzi sobie z tym szczenięca miłość. Grając w Life is Strange mamy wrażenie, że nikt nie może mieć aż tak przechlapane jak Chloe. Tego nigdy nie można być pewnym, ale jeśli już dojdziemy do takich wniosków, to znaczy, że twórcy wykonali świetną robotę, potrafiąc zmusić gracza, aby włożył w grę swoje serce.

Ile tajemnic skrywa jeszcze Rachel Amber?

PLUSY:

+ utrzymany poziom poprzedniczki
+ dłuższy niż odcinek pierwszy
+ powrót do TEJ łazienki, gdzie wszystko się… zacznie
+ w końcu dowiemy się, kim jest tajemnicza kobieta

MINUSY:

– przewidywalne zakończenie epizodu
– temat umiejętności paranormalnych jakby ucichł

OCENA: 4/5

Recenzja Life is Strange: Before the Storm – epizod 1 powstała w oparciu o wersję tytułu na PC. Screeny pochodzą od redakcji.

Ewelina Stój

Ewelina Stój

Lubi szybkie auta i szybkie komputery. Mówią, że ma „techniczne zacięcie” objawiające się naprawami wszelkiego typu sprzętu komputerowego, zwłaszcza kolegom. Z blaszakiem i jego podzespołami trwa w nieformalnym związku od jedenastego roku życia, kiedy to uczestniczyła w pierwszym składaniu peceta. Przez długi czas zdradzała blaszaka z PlayStation One pocinając w Harvest Moon i Call of Duty (cóż za rozbieżność).

  • ACS

    Fragment z Jeffersonem to duży spoiler do pierwszej gry…

  • „Chloe została wyrzucona”. Nieprawda, jeśli podjęło się decyzję, żeby trzymać się gry aktorskiej Rachel to zostaje ona tylko zawieszona na rok, z tego co pamiętam. Wiele rzeczy jest względnych…

    • Ewelina Stój

      To fakt, aczkolwiek wyrzucona, czy zawieszona bedzie miało taki sam wpływ – przewidywać można, że do szkoły w trzecim odcinku uczęszczać już nie będzie 🙂

  • Karol

    Mi przejście zajęło jakimś cudem 6h… 😝

    • Ewelina Stój

      Zaglądając w każdy kąt i czytając wszystko od deski do deski jest to całkiem możliwe 🙂 A jak się podobało?

21 Shares
Share21
+1
Tweet