Recenzja Layers of Fear. Zanurz się w odmętach obłędu

Strach to zdecydowanie negatywna emocja, która towarzyszy nam zwykle w stanach zagrożenia. 

Mimo to ludzie uwielbiają odczuwać ekscytację, doświadczając gęsiej skórki przy świadomości, że dzieje się to w warunkach kontrolowanych i nic im nie grozi. Mam nadzieje, że po przeczytaniu recenzji chcąc doświadczyć wspomnianego stanu, sięgnięcie po Layers of Fear.

Nie od razu Kraków zbudowano

Pierwsze zapowiedzi gry studia Bloober Team nie przykuły nazbyt mojej uwagi. W pamięci miałem bowiem ich poprzednią produkcje Brawl, która okazała się być niedopracowanym i nieprzemyślanym gniotem, bazującym na koncepcji nieśmiertelnego Bomberman-a. Gdy jednak zapoznałem się z horrorem stworzonym przez Polaków, moim zachwytom nie było końca. Jakość dzieląca oba produkty jest niewiarygodna i aż trudno uwierzyć, że za obie produkcje odpowiada podobny skład pracowników. Myślę, że współcześnie polscy gracze mają szczególne powody, by być dumnym z naszego kraju – wysyp genialnych tytułów takich jak: Wiedźmin, Dying Light, a teraz Layers of Fear to pozycje, które zasłużenie zdobyły największe uznanie wśród krytyków.

Strachy wytworzone przez wyobraźnie są naszymi gorszymi wrogami, bo niepodobna ich uchwycić, a przez to trudno z nimi walczyć

Akcja tytułu rozgrywa się w XIX wieku w posiadłości malarza, w którego przyjdzie nam się wcielić. Już po kilku minutach rozgrywki odkryty zostaje przed nami główny cel, koncentrujący się wokół ukończenia wiekopomnego dzieła – obrazu, który zachwycić ma kunsztem i artyzmem. Jak pewnie się zresztą domyślacie, zadanie to nie będzie należeć do łatwych, co ma związek z wieloma irracjonalnymi zjawiskami, których uświadczymy. Jestem przekonany, że początkowo będziecie zastanawiać się, czy ma to związek z faktem, iż eksplorowane przez nas miejsce jest opętane czy też to może umysł naszego protagonisty jest dotknięty obłędem. Historia dozowana jest stopniowo i w dużej mierze od naszej skrupulatności przy przeczesywaniu lokacji zależeć będzie, na ile naprowadzających nas na objaśnienie opowieści wskazówek natrafimy. Spostrzegawczy gracze zlokalizują więc listy, wycinki z gazet, a także zdjęcia rzucające światło na wydarzenia, w których uczestniczymy. Odkrywanie kolejnych kart intrygi daje niemałą przyjemność i byłoby niewskazane, bym zepsuł wam satysfakcję pisząc coś więcej o losach artysty.

Bać się to nic złego. (…) Tylko ludzie głupi, pozbawieni wyobraźni się nie boją

Atmosfera towarzysząca nam w trakcie wędrówek wąskimi korytarzami domostwa potrafi przyśpieszyć tętno nawet największym chojrakom. Lokacje zostały zaprojektowane z wielkim przywiązaniem do najdrobniejszych szczegółów, za co należą się deweloperom pochwały. Dzięki temu zabiegowi łatwo wsiąknąć w klimat, zwłaszcza uruchamiając tytuł w nocy i korzystając ze słuchawek. Proces zanurzania się w rzeczywistość elektroniczną zwany immersją, towarzyszył mi od pierwszych chwil spędzonych z grą. Nastrój przytłacza, dudniący za oknem deszcz roztacza melancholijną aurę, a ja już wiem, że budynek skrywa mroczną tajemnicę. Za późno na powrót, drzwi wejściowe są zamknięte, a jedyna droga prowadząca nas ku zakończeniu, prowadzi przez chaotyczne i złowieszcze wizje głównego bohatera.

Layers of Fear screeny:

Koszmary senne i halucynacje wzrokowe stały się moją nową rzeczywistością

W miejscu, które przyjdzie nam zwiedzać niczego nie można być pewnym, wnętrza i wyposażenie zmieniają swoje kształty na naszych oczach. Niepokojące obrazy prezentujące m.in. obdarte ze skóry psy, pojawiające się głosy, które towarzyszą zwykle osobom chorym na schizofrenie czy cienie przerażających upiorów, popychają umysł w stronę niekończącego się koszmaru. Inspiracje twórców uniwersum wykreowanym przez H. P. Lovecraft zdają się być oczywiste, łatwo jest też uchwycić analogie między grą polskiego studia a nieukończonym P.T. i rewelacyjnym horrorem W paszczy szaleństwa. Nie ma tutaj jednak mowy o plagiacie, Layers of Fear odwołuje się w wielu momentach do klasyków gatunku, ale jednocześnie potrafi dać wiele od siebie, wzbogacając kanon. Stwierdzenie, z którym spotkałem się w internecie, jakoby gra do straszenia wykorzystywała jedynie scary jumpy (technika oparta na nagłym pojawieniu się pewnych niepokojących elementów na ekranie, przy akompaniamencie głośnej muzyki) uważam za niesprawiedliwe. Za przykład niech posłuży scena, gdy puszczając muzykę z adaptera będziemy obserwować, jak pomieszczenie w którym się znajdujemy zaczyna stopniowo pokrywać ohydna czarna pleśń, rozkładająca przy tym meble. Tego rodzaju scen jest wiele i zdecydowanie potrafią one zmrozić krew w żyłach.

Krótki, lecz intensywny koszmar

Mechanika gry zdecydowanie nie jest rozbudowana, a stwierdzenie, że mamy w gruncie do czynienia z interaktywnym widowiskiem nie byłoby dużym nadużyciem. Tytuł jest do bólu liniowy, nie zezwalając nam na rekonesans całej posiadłości w dowolnym momencie. Jesteśmy prowadzeni niczym po sznurku, poruszając się w obrębie klaustrofobicznych miejscówek. Zapomnijcie o toczeniu jakiejkolwiek walki z przeciwnikami, ukrywaniu się przed wszechogarniającym złem czy ekwipunku, mieszczącym przydatne przedmioty. Gra jest całkowicie odarta ze wspominanych powyżej elementów, pojawiają się wszakże zagadki, ale są one banalnie proste. Czy to źle? Moim zdaniem nie, dzięki temu zabiegowi w żadnym miejscu nie zabawimy długo, a akcja będzie się płynnie rozwijać. Nie doświadczycie więc frustracji, godzinami starając się rozwikłać wyjątkowo uciążliwą łamigłówkę.

Jest jednak jedna poważna wada, której nie mogę zbyć milczeniem. W żadnym fragmencie zabawy nie jesteśmy w stanie zginąć, co niestety negatywnie wpływa na odbiór całości. Nie zrozumcie mnie źle, klimat jest rewelacyjny i w pełni absorbuje gracza, ale mimo wszystko zdajemy sobie sprawę, że nasze poczynania nie rodzą większych konsekwencji, a nieśmiertelny bohater nawet w wyniku podejmowania bezsensownych działań – bieg w stronę monstra – nie ucierpi. Skoro jesteśmy przy mankamentach, nietrudno nie uwzględnić krótkiego czasu rozgrywki, napisy końcowe zobaczymy bowiem po około 5 godzinach. Ja niemniej nie mogę tego zarzutu potraktować nazbyt poważnie, bo po pierwsze gra jest stosunkowo tania, a całkiem bogate w zawartość wydanie pudełkowe (zawierające m.in. artbook) kosztuje jedynie 59 zł. Po drugie zadajcie sobie pytanie co jest ważniejsze, ilość czy jakość? Zaprojektowany przez Bloober Team schemat produkcji doskonale sprawdza się przy emocjonującym i chwytającym za gardło tytule, trwającym raptem kilka godzin. Przedłużane w nieskończoność wędrówki przy tytule nieomal odartym z mechaniki, mogłyby się stać po prostu po jakimś czasie nużące.

Wszystko dopięte na ostatni guzik

Zdążyłem już zawrzeć w tekście kilka ciepłych słów na temat oprawy, chwaląc wykonane z pietyzmem lokacje – wyjęte żywcem z XIX wieku. Scenografię zaliczyć możemy zdecydowanie na plus, chociaż pomieszczania są do siebie stosunkowo podobne i z kilkoma wyjątkami niespecjalnie się odznaczają. Nie uświadczyłem żadnych poważnych błędów, kod gry został należycie dopracowany, więc nic nie powinno zakłócać waszego kontaktu z tytułem. Muzyka jest piękna a zarazem niepokojąca, szkoda jedynie, że tak rzadko towarzyszy nam w trakcie przemierzenia budynku. Trudno jest więc wypunktować jakieś słabe strony w odniesieniu do strony technicznej – nie pokpiono sprawy.

Trudno nie zakochać się w oprawie dźwiękowej:

Tytułem zakończenia

Layers of Fear spełnił moje oczekiwania, a wszyscy, którzy opłakiwali P.T. nie mają powodów do smutku. Doczekaliśmy się pełnoprawnej pozycji nawiązującej do zatrważającego dema wydanego przez Konami. Kto by pomyślał, że to właśnie nasi rodacy tak wzorcowo wypełnią powstałą niszę. O ile pozycja odniesie sukces, na pewno doczekamy się duchowych następców. Mam nadzieję, że odpalając recenzowany tytuł doświadczycie przyśpieszonego bicia serc, spoconych dłoni, a strach napędzi u was uwolnienie adrenaliny. Będzie to bowiem dowód na to, że produkcja zasługuje na wysoką notę, nawet jeśli to zabawa tylko na jeden raz.

Ocena: 4/5

Plusy:

  • nastrój grozy
  • ciekawa historia
  • sugestywna oprawa audio-wizualna
  • gra naprawdę potrafi przestraszyć!

Minusy:

  • nieśmiertelny bohater
Bartłomiej Balcerzak

Bartłomiej Balcerzak

Miłośnik staroszkolnych gier RPG takich jak Baldur's Gate czy Planscape Torment a jednocześnie nowszych przedstawicieli tego gatunku z Mass Effectem na czele.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Chronimy się przed spamem, dlatego prosimy, rozwiąż captcha zanim klikniesz WYŚLIJ:

5 Shares
Share5
+1
Tweet