Recenzja Captain Toad: Treasure Tracker. Wielka przygoda w mikroskali

Malutki bohater, malutkie poziomy i ogromna grywalność. Dzielny Toad po raz pierwszy wystąpił jako główny bohater gry i od razu zdobył moje serce.

Każdy, kto choć trochę interesuje się tytułami z serii Super Mario, musiał choć raz zobaczyć pojawiającego się tu i ówdzie Toad’a. Jego występy sprowadzały się zazwyczaj do roli statysty. Ot, jeden z kumpli niezwyciężonego Mario. Co prawda mogliśmy czasem wcielić się w małego bohatera, nawet na Wii U. To przecież jedna z postaci, którą szaleliśmy w Mario Kart 8. Specjalne levele dla Toad’a pojawiły się także w rewelacyjnym Super Mario 3D World. Sława wąsatego hydraulika jednak zawsze przygniatała nieśmiałego Toad’a, który ciągle pozostawał w cieniu. Aż do teraz…

Captain Toad: Treasure Tracker to kolorowa platformówka z elementami logicznymi, która w zasadzie rozbudowuje koncepcję małych poziomów ze wspomnianego 3D World. Czy z czegoś, co początkowo stanowiło dodatkowe mini-poziomy do całkowicie innej gry, może powstać dobry, pełnoprawny tytuł? W tym przypadku udało się na medal.

Podobnie jak w platformówkach z Mario, tak i tutaj fabuła sprowadza się do uratowania porwanej panny. Toad nie ugania się jednak za księżniczką Peach. Z opresji, a raczej szpon okropnego ptaszyska, musi wyrwać Toadette, która również jest grywaną postacią w Captain Toad: Treasure Tracker. Kiedy się w nią wcielimy, rola się odwraca i ruszamy na odsiecz małemu Toad’owi. I tyle – bez żadnych zawiłości fabularnych.

Wielki potencjał w małym sześcianie

Każdy poziom w Captain Toad: Treasure Tracker – a jest ich ponad 70 – to małe dzieło sztuki. Zazwyczaj plansze wyglądają jak trójwymiarowy sześcian, który możemy obracać w niemal dowolnym kierunku, co jest jak najbardziej wskazane, jeśli chcemy odkryć wszystkie sekrety.

Raz biegamy po zielonej i usianej kwieciem łące, by za chwilę znaleźć się w starej kopalni, nawiedzonym domu, na szalonych zjeżdżalniach czy na dachu pędzącego przez śnieżycę pociągu. Wszystko chodzi w rozdzielczości 720p oraz płynności 60 klatek na sekundę i ani myśli zwolnić choćby na moment. Krajobrazy zmieniają się co chwilę, a wraz z nimi ścieżka dźwiękowa, która buduje klimat każdego mini świata.

Szybki przegląd poziomów, które czekają na naszych bohaterów

Choć na pierwszy rzut oka poziomy nie wyglądają na zbyt rozległe, czasem przyjdzie pokręcić się po niektórych przez kilka minut. Co prawda możemy wszystko przebiec i zaliczyć grę w pięć godzin, lecz tak naprawdę największą przyjemność w Captain Toad: Treasure Tracker sprawia odkrywanie sekretów oraz ukrytych przejść, które skrywają diamenty oraz złote monety. Wyssanie z gry wszystkich soków zajmuje około 12-15 godzin.

Po ukończeniu każdej planszy dowiadujemy się, co zrobić, by dany level był w 100 procentach zaliczony. Wyzwania mogą polegać na zdobyciu określonej liczby monet, przejściu poziomu w ukryciu, by przeciwnicy nas nie zauważyli, odnalezieniu złotego grzybka czy takiego, który daje nam dodatkowe życie. Czasem zaliczenie wyzwania jest dziecinnie proste, innym razem musiałem powracać do danej planszy po kilka razy, by odkryć, jak je wykonać.

Wspomniałem już, że Captain Toad: Treasure Tracker zawiera elementy logiczne. Nie są to jednak jakieś złożone zagadki i większość z nich rozwiązujemy bez większego zastanowienia. W dalszej części rozgrywki ich poziom nieco wzrasta, lecz nie do tego stopnia, by poczuć frustrację kombinując i nie mogąc osiągnąć celu. Nintendo postawiło sobie wyraźny cel – przygody Toad’a mają rozluźniać, uprzyjemniać czas, a nie męczyć, doprowadzając nas do szewskiej pasji.

Mały Toad bez wielkich możliwości?

Nasz bohater – choć z pozoru bezbronny – posiada kilka asów w rękawie. Pierwszym jest latarka, którą można w każdej chwili włączyć lub wyłączyć. Istnieją poziomy, w których jest tak ciemno, że poza snopem światła latarki niemal nic nie widać. Innym razem światełko przydaje się do likwidowania duchów oraz wyskakujących spod ziemi obślizgłych stworów, które po kilku sekundach w zasięgu latarki rozpływają się w powietrzu.

Z pozostałymi przeciwnikami nie jest już tak łatwo. Co prawda można – podobnie jak Mario – zmiażdżyć wroga własnym kufrem, lecz Toad ma ku temu okazję jedynie wtedy, gdy spada na głowę przeciwnika z wyższej półki. Nasz malutki bohater nie potrafi bowiem skakać. Przy gruncie trzyma go skutecznie (dotyczy to również Toadette) ogromny i ciężki plecak, w którym przechowujemy zebrane skarby.

Odebranie bohaterom mocy skakania nie wpływa jednak negatywnie na gameplay. Szybko się z tym oswoiłem i zaakceptowałem jako coś naturalnego. Można powiedzieć, że brak skoków nawet urozmaica rozgrywkę. Zamiast skakać przeciwnikom po głowach musimy bowiem ruszyć własną i pokombinować, jak przejść niezauważenie lub wspiąć się wyżej, by spaść na wroga z wysokości.

Toad może również wyrywać rosnące gdzieniegdzie rzepy i w ten sposób pozbywać się goniących go natrętów. Czasem znajdziemy kilof, wówczas nikt nam nie podskoczy. W ostateczności powstrzymamy wroga własnym palcem, naciskając nań na ekraniku dotykowym pada. Zyskujemy wówczas cenną sekundę na wydostanie się z opresji.

Ekran dotykowy został wykorzystywany w Captain Toad: Treasure Tracker również na inne sposoby. Nieraz przyjdzie nam poruszyć np. jakiś element otoczenia, by przedostać się dalej lub wypełnić jedno ze wspomnianych już wyzwań. Inne funkcje pada od Wii U też zostały zaangażowane. Czasem dmuchniemy w mikrofon, by poruszyć windę. Wbudowany w kontroler żyroskop przydaje się z kolei w poziomach, gdzie obserwujemy świat z oczu postaci. Choć nie jest to zbyt częste, znacznie urozmaica zabawę.

Warto również wspomnieć, że całą grę możemy przejść nie włączając telewizora. Captain Toad: Treasure Tracker da się ukończyć na ekraniku pada.

Czego brakuje w tym morzu grywalności?

Na pewno trybu wieloosobowego, choćby kooperacji dla dwóch graczy. Aż się prosi, by Toad i Toadette wystąpili wspólnie na jednej planszy. Kto wie – być może powstanie druga część i moje życzenie się spełni.

Poza tym po prostu trudno do czegokolwiek się przyczepić. Sterowanie jest idealne, mamy pełną kontrolę nad kamerą, a podczas całej gry nie zauważyłem choćby jednego buga. Jednym słowem – świetna robota.

Jeśli jesteście fanami kolorowych platformówek, lubicie prostą rozgrywkę bez zbędnych najazdów fabularnych, spokojnie sięgajcie po Captain Toad: Treasure Tracker. To naprawdę udany tytuł, który dorzucam do worka z napisem must have on Wii U.

PLUSY:

  • design poziomów
  • elementy logiczne
  • płynna i śliczna animacja
  • kolorowa grafika

MINUSY:

  • brak trybu multiplayer
Darek Madejski

Darek Madejski

Wychowany na Amidze i pierwszej odsłonie PlayStation. Do dziś często sięga po hity z lat 90.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Chronimy się przed spamem, dlatego prosimy, rozwiąż captcha zanim klikniesz WYŚLIJ:

1 Shares
Share1
+1
Tweet